Lechia i minimalizm, czyli małżeństwo z braku rozsądku
Blogi i felietony

Lechia i minimalizm, czyli małżeństwo z braku rozsądku

Był taki moment w tym sezonie, gdy wydawało się, że Lechia odkręciła się po starcie w europejskich pucharach, wraca na właściwą ścieżkę i będzie regularnie punktować. Ba, wygrywać. W końcu gdańszczanie z dość upierdliwego terminarza wyszli obronną ręką, goląc Piasta, Lecha i Legię, dorzucając w międzyczasie planowe zwycięstwo z Koroną. No, ale kiedy większość spodziewała się, że ekipa Stokowca pójdzie za ciosem i przy trzech prostszych meczach zgarnie siedem, może dziewięć oczek, ta machina się zacięła. Dlaczego?

Głównie przez ten cholerny minimalizm.

ekstraklasa-2019-10-29-15-10-12

Lechia boryka się z nim od dłuższego czasu i właściwie jak myślisz „Lechia”, w drugiej czy trzeciej kolejności wymieniasz właśnie ten problem. W audycji Trójmiasto Jest Nasze na ciekawy wątek zwrócił uwagę Tomasz Osowki. Otóż gdańszczanie mają duże kłopoty, by przy prowadzeniu 2:0 doprowadzić mecz spokojnie do końca. Jasne, raz albo dwa to się może zdarzyć, w końcu klątwa Czesława Michniewicza jest nieśmiertelna, ale na litość, ile można? Zresztą spójrzcie:

– prowadzenie 2:0 z Wisłą Płock, kończy się na 2:1 i nerwach w końcówce,

– od 2:0 do 2:1 z Piastem, w ostatnich minutach Tuszyński marnuje sytuacje z głowy z około siedmiu metrów,

– od 2:0 do 2:1 z Lechem, pod koniec musi się uwijać Kuciak, broniąc choćby uderzenie Gytkjaera,

– od 2:0 do 2:2 z Arką, czyli komentarz jest zbędny.

Nie mamy więc wątpliwości: Lechia szuka problemów i już w derbach Trójmiasta je znalazła, a i tak dobrze, że tylko w tym meczu, bo punktów naprawdę mogła mieć jeszcze mniej. Tylko raz gdańszczanom udało się w lidze wyjść na dwubramkowe prowadzenie i je dowieźć do końca. Z Koroną u siebie. Ponadto: to jest jedyne zwycięstwo Lechii w Ekstraklasie, które skończyło się większym zwycięstwem niż przy przewadze jednego gola. I wreszcie: biało-zieloni w lidze ani razu nie strzelili choćby trzech bramek w jednym spotkaniu.

To jest minimalizm, też jakiś lęk przed porażką i na to zwraca uwagę również Stokowiec. Po Górniku mówił: – Mamy wnioski do wyciągnięcia. Przychodzi 75. minuta i dostajemy paraliżu umysłowego. Zaczynają się trząść łydki i gramy wtedy mało stabilnie i irracjonalnie. To nas trochę weryfikuje i powtórzenie wyniku z ubiegłego sezonu będzie niezwykle trudne.

I tak naprawdę ta diagnoza jest szokująca, bo przecież w Lechii nie brakuje doświadczonych piłkarzy, którym nie powinny trząść się łydki. Tylko w meczu z Górnikiem grali:

– Kuciak: 224 mecze w lidze, trzy mistrzostwa Polski,
– Mladenović: przeszłość w Lidze Mistrzów, reprezentant Serbii,
– Sobiech: siedem lat na pierwszym i drugim poziomie w Niemczech, były reprezentant Polski,
– Peszko: cztery sezony w Niemczech, do tego epizod w Anglii, mistrz Polski, uczestnik dwóch dużych turniejów z kadrą,
– Wolski: już 26-letni chłopak, który swoje przeżył we Włoszech i Belgii, też przecież całkiem niedawny kadrowicz,
– Paixao, 35-letni weteran.

Do tego dorzućcie Nalepę i Augustyna, o których trudno powiedzieć, że są niedoświadczeni i wówczas można się zastanowić: jak taka drużyna, już zostawiając mecz z Górnikiem, może przez półtora sezonu dawać tyle okazji rywalom, by ci podnosili się z gleby?

Ktoś zapyta: a może problemem jest tylko skuteczność, bo tak naprawdę Lechia chce ładować kolejne gole, lecz nie potrafi? Rzeczywiście w ostatnim starciu z Górnikiem gospodarze pudłowali jak opętani, też na przykład z Lechem spokojnie mogli prowadzić 4:1 do przerwy, ale… to wyjątki. Po 12. kolejce Ekstrastats liczy: Lechia wykorzystała 43% swoich okazji. To trzeci wynik w lidze. Można zakładać, że po doliczeniu starcia z zabrzanami ten rezultat się nieco pogorszy, natomiast wciąż będzie to czołówka, jeśli chodzi o PKO Bank Polski Ekstraklasę.

Liczba okazji? To już nieco większy problem, było ich 23, ale znów bez przesady: siedem drużyn ma ich mniej, więc Lechia nie odstaje w ani jedną, ani w drugą stronę.

Coś się niestety w tej drużynie zakodowało negatywnego i pewnie też dlatego Stokowiec już w październiku zaczyna przebąkiwać o wzmocnieniach. Być może niektórym piłkarzom jest za wygodnie? Mladenović i Fila nie mają realnej konkurencji. Po karze dla Udovicicia pewniakami do gry mogą się czuć Haraslin i Peszko, w końcu nie czuć, by Mihalik naciskał, trudno szarżować skrzydłem z 35- letnim Paixao. Z tego samego powodu względnie spokojny o swoje miejsce jest Sobiech.

Trudno stwierdzić bez żadnego cienia wątpliwości, że akurat to jest głównym powodem, dla którego Lechia jest minimalistyczna, natomiast świeża krew jest potrzebna. Zwróćcie uwagę na mecz w Superpucharze (swoją drogą jedyny w sezonie, kiedy Lechia walnęła trzy sztuki). Nowe rozdanie, nowe twarze i gdańszczanom chciało się pójść za ciosem. Niestety potem okazało się, że Udovicić nie dojechał mentalnie, Gajos – na razie – piłkarsko, Maloca siedzi na ławce, Żuk zaginął już kompletnie i to wszystko gdzieś uleciało.

Ale oczywiście: najłatwiej powiedzieć, że zimą dwa-trzy transfery ściśle do pierwszego składu i będzie pięknie. Nie. Cała Lechia, łącznie z trenerem, już teraz musi zrobić rachunek sumienia. Dokładniej mówiąc: spojrzeć na kadrę Wisły Płock, a potem na jej wyniki i miejsce w tabeli. Wykluczamy refleksję, że czują się gorsi od Nafciarzy, więc następnym razem, gdy gdańszczanie będą prowadzić w meczu, powinni się zastanowić – cholera, skoro tamci potrafią docisnąć, to czemu my patrzymy na stadionowy zegar?

Paweł Paczul

KOMENTARZE (3)