Sobolewskiego prosta recepta na wygrywanie
Weszło

Sobolewskiego prosta recepta na wygrywanie

Najdłuższa seria ekstraklasowych zwycięstw z rzędu w historii klubu. Uczynienie z domowego stadionu istnej twierdzy. Wyciągnięcie zespołu z dołu tabeli na miejsca premiowane grą w europejskich pucharach. Odbudowanie atmosfery w szatni. Szalony bilans 2,4 punktu na mecz po dziesięciu kolejkach na ławce Wisły Płock. Tego wszystkiego dokonał Radosław Sobolewski. I chwała mu za to. To wszystko jednak tylko efekty jego pracy, ciekawsze wydaje się, co konkretnie zdecydowało o tym, że jego zespół, jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki, nagle zaczął regularnie punktować?

Czwartkowy trening na obiekcie im. Kazimierza Górskiego w Płocku. Piłkarze są nabuzowani. Widać duże zaangażowanie. Wszystkie zagrania są na pograniczu faulu. Organizowana przez sztab szkoleniowy gierka w swoim założeniu ma koncentrować się na organizacji zintensyfikowanego pressingu na połowie rywala po stracie piłki. W pewnym momencie po całej murawie rozlega się głośny krzyk:

– Co to ma być?! Powrót, powrót, powrót! Wszyscy mają wracać! Myślicie, że jak w będziecie w pięciu bronić przeciw Jagiellonii, to cokolwiek wam wyjdzie? Nie ma szans. Każdy ma zapierdalać!

To Radosław Sobolewski. Do tej pory całe zajęcia oglądał z boku. Wyręczali go asystenci. Zresztą takim ma zwyczaj. Nie wchodzi w gierki, ale nie folguje sobie w regularnym przerywaniu ich, żeby naprowadzić swoich podopiecznych na optymalne rozwiązania. Cała sytuacja dobrze opisuje jego główny pomysł taktyczny na najkonsekwentniej punktujący polski zespół ostatnich tygodni. Recepta jest tak prosta, jak i skuteczna – sprawna organizacja zespołu po obu stronach boiska za wykorzystaniem dobrych warunków swoich zawodników do tego typu futbolu.

– Na pewno do tego, że teraz gramy dobrze, przyczynił się również okres przygotowawczy, prowadzony przez trenera Ojrzyńskiego, bo jakby nie patrzeć dalej na nim jedziemy. Później trener Sobolewski wprowadził swoje zasady, swój sznyt, swoje pomysły taktyczne, ale fizycznie jesteśmy przygotowani przez letnie zgrupowania trenera Ojrzyńskiego. I myślę, że trener Sobolewski się za to nie obrazi. Zresztą, kiedy ten przyszedł do Płocka, zrobił nam wszystkim badania wydolnościowe, żeby potwierdzić swoje hipotezy i sam przyznał, że problem wcale nie leży w przygotowaniu motorycznym, tylko leży gdzieś indziej. Przygotowanie do sezonu nie mogło być więc złe. Nie wiem, czy jeśli trener Ojrzyński zostałby w klubie, to byłoby gorzej, ale nie byłoby łatwo według mnie zrobić podobny rezultat, który w tym momencie zaprowadził nas na pozycje wicelidera – zwracał uwagę na aspekt motoryczny w rozmowie z nami Alan Uryga.

No właśnie, tego Wiślakom nie brakowało, ale biegać potrafi każdy. O wywindowaniu w górę tabeli musiało zdecydować bieganie mądre. Co więc zmienił Sobolewski? Ano kilka rzeczy.

Na pewno pod jego wodzą znacznie lepiej funkcjonuje środek pola, którego wszystkie elementy nagle zaczęły się wzajemnie komponować i dopełniać. Dominik Furman przestał być osamotnionym samurajem na prostej drodze do seppuku z żałości postawy swoich kompanów walki liderem, który choć prezentuje jakość, stara się, biega, to jest w tym tak bezradny, jak zwyczajnie sfrustrowany. W tamtym momencie swojej kariery na pytania, czy zamierza przedłużyć swój kontrakt w Płocku, po prostu odpowiadał podając do informacji swoją klauzulę odstępnego. Minęło trochę czasu i zyskał wsparcie. Całą brudną robotę odwala za niego Damian Rasak. Jeździ na tyłku, wyłącza z gry najgroźniejszych pomocników rywali, fauluje, kiedy trzeba naprawić błędy kolegów, zbiera taktyczne żółte kartki, przepycha się i robi generalnie wszystko to, co męczyłoby jego bardziej utalentowanego kolegę.

Poczynania Rasaka przywodzą trochę na myśl boiskowe postawy, jakie jeszcze nie tak dawno prezentował na przeróżnych murawach… Radosław Sobolewski. I za to był najbardziej ceniony. W konsekwencji Furman może spokojnie skupić się na prowadzeniu ataków Wisły, a też nie jest tak, że w tym aspekcie wszystko spoczywa na jego barkach, bo od jakiegoś czasu solidniej wygląda Mateusz Szwoch. A jest to o tyle dziwne i godne zainteresowania, że 26-latek po pierwszych meczach sezonu wydawał się absolutnie stracony dla jakiejkolwiek sensownej piłki. Nie przypominał nawet cienia siebie ze swoich najlepszych czasów w Arce. Flegmatyczny, nieobecny, chaotyczny, żałosny. Typowy ligowy dżemik.

Sobolewski nie zamierzał go jednak skreślać. Spokojnie konsekwentnie na niego stawiał, widział w nim potencjał, wiedział, że może się odbudować i teraz tylko na tym korzysta. Choć nie stał się żaden cud, Szwoch nie jest wcale nowym Sebastianem Milą, ale potrafi wybić się ponad przeciętność. Strzelał z Rakowem, asystował z Arką, nieźle kreował z Koroną. Widać progres.

Mniej spektakularną, ale równie ważną przemianę w nowym rozdaniu przeszedł Jakub Rzeźniczak. Leszek Ojrzyński konsekwentnie ustawiał go na pozycji bocznego obrońcy, gdzie ten zwyczajnie sobie nie radził. Brakowało mu pewności, popełniał błędy, widocznie nie czuł się w tym ustawieniu komfortowo. Później przydarzyła mu się kontuzja mięśnia dwugłowego, przyszła przerwa reprezentacyjna, zimny prysznic od Zagłębia Lubin i zmiana pozycji. Sobolewski przywrócił go na pozycję stopera i stworzył duet Rzeźniczak-Uryga. Strzał w dziesiątkę. Pięć ostatnich meczów Wisły Płock to raptem trzy stracone bramki. Duża w tym zasługa dobrej współpracy wspominanych zawodników i Cezarego Stefańczyka, który solidnie radzi sobie na prawej obronie.

Charakterny 42-letni szkoleniowiec przestał rzucać po pozycjach Ricardinho i Szwocha, co owocuje ich niezłą postawą, postawił też na Piotra Tomasika, którego wymyślił dla pozycji lewego skrzydłowego. W pierwszym założeniu miał wspierać mniej doświadczonego Damiana Michalskiego, ale nagle okazało się, że ma naprawdę przyzwoite warunki do gry ofensywnej. Z Rakowem w osiemnaście minut zdążył zdobyć bramkę, a z Arką do trafienia dołożył jeszcze asystę.

screencapture-207-154-235-120-admin-2019-10-27-00_03_43

To wszystko tworzy obraz Sobolewskiego, który przyszedł do klubu z jasnym pomysłem na zmiany. Wykorzystał fakt, że zespół był dobrze przygotowany do sezonu, zmienił jego mentalność, zrobił dużo, żeby jego podopieczni przestali myśleć o sobie w kategorii chłopców do bicia i zaczęli wierzyć, że w tej lidze tak naprawdę nie jest trudno zacząć wygrywać. I to zaprocentowało.

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (1)