Dary losu
Anglia

Dary losu

W szkołach nie było jeszcze świątecznych losowań, jeszcze nie zabrzmiało „Last Christmas”, ani „Coraz bliżej święta”, a piłkarze Tottenhamu już urządzili sobie na Anfield wcześniejsze mikołajki. Nie wiemy, czy był barszcz z krokietem, czy może pierogi z kapustą, ale bez dostępu do karteczek możemy wytypować w ciemno, że Serge Aurier wylosował do obdarowania Sadio Mane, a Danny Rose – Jordana Hendersona.

Tottenham pozytywnego wyniku w tym meczu potrzebował tak, jak człowiek po piątkowym melanżu jajecznicy w sobotę rano. Koguty męczy nieznośny kac, z którym nie mogą sobie poradzić i nie zmienia tego wygrana z Crveną Zvezdą w Lidze Mistrzów, przerywająca serię trzech meczów bez wygranej z bilansem bramek 3:11. Kac spowodowany sytuacją z pragnącym odejścia i oczekującym na upłynięcie kontraktu Christianem Eriksenem, przegraną końcówką minionego sezonu, ciągłymi spekulacjami wokół Mauricio Pochettino mówiącymi o tym, że menedżer zgubił gdzieś swój pomysł na Tottenham, że przydałoby mu się nowe wyzwanie, by ogień w jego trzewiach mógł zapłonąć znów z pełną mocą.

Paulo Gazzaniga, rodak Pochettino, rozumiał to doskonale. Zrobił tak wiele, by Tottenham nie stracił dziś gola, że kompletnie nas nie zdziwi, jeśli kibice Spurs wybiorą swojego golkipera graczem przegranego przecież 1:2 meczu. Zatrzymywał van Dijka, sprawiał ogromny zawód Mo Salahowi i Roberto Firmino, broniąc kolejno strzały obu w jednej z sytuacji. Nie potrafił się też w pierwszej połowie – bo wszystkie te znakomite interwencje miały miejsce przed zmianą stron – wstrzelić Sadio Mane, który w dogodnej sytuacji przestrzelił.

Nie pojęli tego w wystarczającym stopniu jednak Danny Rose i Serge Aurier. Choć patrząc na ich grę w ostatnim czasie można czasami odnieść wrażenie, że nie pojmują podstawowych zasad futbolu. Dziś przerosły ich dwie: Rose’a, że nie zgrywa się przeciwnikowi piłki na strzał we własnym polu karnym, Auriera – że jak rywal zgarnia piłkę, nie kopie się go w nogi od tyłu. Pierwszy dar losu wykorzystał bezlitośnie strzałem z pierwszej piłki Jordan Henderson, drugi – Sadio Mane do spółki z Mo Salahem. Senegalczyk wywalczył karnego, Egipcjanin pewnym strzałem, wobec zastygłego w środku bramki Gazzanigi, pokonał świetnego dziś golkipera gości.

Tottenham znów więc, po raz dwunasty z rzędu, nie potrafił wygrać na wyjeździe. A naprawdę mógł to zrobić. Mógł zrewanżować się za czerwcowy finał Ligi Mistrzów, mógł poprawić bardzo słaby bilans Mauricio Pochettino z Juergenem Kloppem. Mecz poukładał się gościom świetnie już w pierwszej minucie, gdy Kane dobijał skutecznie strzał Sona. Liverpool przecież w tym sezonie pięciokrotnie tracił gola jako pierwszy, tylko raz udało mu się w obrębie 90 minut wygrać takie spotkanie – z Newcastle, gdy w pierwszym kwadransie trafił Holender Willems. No i dziś mamy drugi taki przypadek w trwających rozgrywkach.

Klopp wygrywa więc po raz szósty z Pochettino (Argentyńczykowi udało się ograć Niemca raz), a Liverpool zachowuje bardzo bezpieczny, sześciopunktowy bufor oddzielający The Reds od Manchesteru City. Co jest o tyle istotne, że już tylko jedna kolejka dzieli nas od starcia na Anfield pomiędzy mistrzem i wicemistrzem i już teraz wiadomo na pewno, że to Liverpool podejdzie do niego z psychologiczną przewagą, jako lider.

Liverpool – Tottenham 2:1 (0:1)
Henderson 52’, Salah 75’ (k.) – Kane 1’

***

Pozostałe wyniki dzisiejszej Premier League:

Newcastle – Wolves 1:1 (1:0)
Lascelles 37’ – Jonny 73’

Arsenal – Crystal Palace 2:2 (2:1)
Sokratis 7’, David Luiz 9’ – Milivojević 32’ (k.), Ayew 52’

Norwich – Manchester United 1:3 (0:2)
Hernandez 88’ – McTominay 21’, Rashford 30’, Martial 73’
Marcus Rashford w 29. minucie nie wykorzystał rzutu karnego. Anthony Martial w 44. minucie nie wykorzystał rzutu karnego.

KOMENTARZE (2)