Poza kontrolą. Czy polski boks zawodowy jest gotowy na tragedię?
Inne sporty

Poza kontrolą. Czy polski boks zawodowy jest gotowy na tragedię?

Za nadzorowanie boksu zawodowego w Polsce odpowiada organizacja, która jest w istocie działalnością gospodarczą prowadzoną przez jednego człowieka, a nad tą firmą nie ma nadzoru ani Polski Związek Bokserski, ani Ministerstwo Sportu. Kto poniesie odpowiedzialność, jeśli w Polsce dojdzie do ringowej tragedii? To tylko jedno z wielu pytań, które należy sobie postawić po awanturze wokół Adama Balskiego, który po przejściu do grupy Knockout Promotions został zawieszony przez Polski Wydział Boksu Zawodowego, co skłoniło jego pracodawcę do poszukiwań nowego nadzorcy. Sprawa może doczekać się ciągu dalszego w sądzie.

Patrick Day, Maksym Dadaszew, Hugo Santillan i Boris Stanczow – to lista śmiertelnych ofiar boksu zawodowego w 2019 roku. Tak złego okresu nie było prawdopodobnie nigdy w historii. Pięściarze ginęli ostatnio nie tylko na małych galach w miastach, o których zapomniał świat, ale także na wielkich imprezach organizowanych przez platformę DAZN i telewizję ESPN. Całe środowisko zastanawia się, jak zminimalizować ryzyko odnoszenia ciężkich obrażeń, ale ta ważna dyskusja z jakichś względów omija Polskę.

Być może to wszystko się zmieni. 26 października organizowana przez największą w Polsce grupę Knockout Promotions gala boksu zawodowego w Sosnowcu będzie nadzorowana przez zagraniczną organizację. To oznacza, że w akcji nie zobaczymy dobrze znanych krajowych sędziów, a wszystko odbędzie się pod auspicjami innej federacji niż Polski Wydział Boksu Zawodowego (PWBZ) – jedynej tego typu organizacji w naszym kraju.

Skąd ta decyzja? Czynnikiem zapalnym okazała się specyficzna sytuacja Adama Balskiego (13-0, 8 KO). Jeden z lepiej rokujących młodych pięściarzy ostatnich lat przez większość kariery był związany z konkurencyjną grupą Tymex Boxing Promotion. Ostatnią walkę stoczył w grudniu 2018 roku w Radomiu jako zawodnik właśnie tej grupy. Nieoczekiwanie dla wszystkich kibiców i ekspertów niedoceniany Sergiej Radczenko (7-4, 2 KO) naprawdę wysoko zawiesił mu poprzeczkę. Na tyle wysoko, że losy walki ważyły się do ostatniej rundy, w której półprzytomny Polak słaniał się na miękkich nogach i w sobie znany tylko sposób nie padł na deski.

Po wszystkim Balski zniknął. Chciał rozstać się z dotychczasowym promotorem, ale wydawało się, że nie będzie to możliwe. W którymś momencie pięściarz zakomunikował, że kończy karierę i zamierza teraz poszukać życia poza boksem. W drugiej połowie 2019 roku wypłynął jednak po raz kolejny – w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia z treningów pod okiem Fiodora Łapina, długoletniego współpracownika grupy Knockout Promotions, który do mistrzowskich tytułów prowadził w tej samej kategorii wagowej Krzysztofa „Diablo” Włodarczyka i Krzysztofa Głowackiego.

Związek wkracza to gry

W mediach rozpoczęła się wojna podjazdowa. Dotychczasowy promotor Mariusz Grabowski przekonywał, że umowa podpisana z zawodnikiem wciąż jest wiążąca. Inne zdanie miał sam pięściarz i jego współpracownicy. Jeśli pojawiają się dwie sprzeczne wersje dotyczące interpretacji tego samego dokumentu, to najczęściej wszystko kończy się interwencją sądu. W tym przypadku do tego na razie nie doszło – zamiast tego chwilowo do akcji włączył się Polski Wydział Boksu Zawodowego, który postanowił zawiesić Balskiego, o czym poinformowano w oficjalnym piśmie.

Dlaczego? Według jednego z punktów regulaminu organizacji do takiego działania może dojść „na wniosek promotora, w przypadku nie wywiązywania się zawodnika z zapisów kontraktu”. Ramy czasowe takiego zawieszenia nie są jednak w żaden sposób określone. W teorii można sobie więc wyobrazić, że będzie obowiązywać bezterminowo – do czasu osiągnięcia porozumienia przez zwaśnione strony lub do prawomocnego orzeczenia sądu.

„Regulamin powstał w oparciu o stare zapisy stosowane jeszcze przez Polski Związek Bokserski. Zdarzają się sytuacje, z którymi wcześniej nie mieliśmy do  czynienia, więc sukcesywnie regulamin modyfikujemy. Konflikt na linii Adam Balski – Mariusz Grabowski, na taką skalę, wystąpił po raz pierwszy. Wcześniej szybko dochodziło do porozumienia bez udziału PWBZ, tym razem sytuacja była bardziej złożona. Strony nie chciały się porozumieć, musieliśmy podjąć decyzję zawieszenia – do czasu rozstrzygnięcia przez sąd. Zanim do tego doszło, konsultowaliśmy sprawę z bezstronnymi prawnikami” – tłumaczy w rozmowie z nami Krzysztof Kraśnicki, prezes Polskiego Wydziału Boksu Zawodowego.

„Zamierzamy uzupełnić zapisy regulaminu tak, aby zapobiegać podobnym sytuacjom.  Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego zawieszenia jak w przypadku Balskiego. Możliwe, że nie wszystko działa idealnie, dlatego zastanowimy się nad doprecyzowaniem tej kwestii. Jest jednak duża szansa, że i sprawa Balskiego zakończy się polubownie – porozumieniem między stronami” – dodaje sternik PWBZ.

Cała sprawa wyszła na światło dzienne po tym, jak grupa Knockout Promotions ogłosiła, że Balski wystąpi 26 października na gali tej organizacji w Sosnowcu. Po tej informacji rozpętała się burza, a pretensje zgłaszał dotychczasowy promotor pięściarza – Mariusz Grabowski. Wiadomo, że w tygodniu poprzedzającym potencjalny występ Balskiego doszło do spotkania założyciela grupy Tymex z Andrzejem Wasilewskim – szefem Knockout Promotions. Jakie były efekty? Tego do końca nie wiadomo, choć pojawiają się obiecujące symptomy. Mimo wszystko pięściarz zniknął z rozpiski gali, ale bardzo możliwe, że wystąpi na gali nowej grupy jeszcze w tym roku.

Zagraniczny nadzór

Problem wydaje się jednak głębszy, bo grupa Knockout Promotions nieoczekiwanie zdecydowała, że po raz pierwszy w historii gali nie będzie nadzorował PWBZ, tylko zagraniczna federacja boksu. Jeszcze we wtorek sprawę Balskiego jako pierwszy ze szczegółami opisał „Super Express”, a w tekście pojawiła się informacja, że „grupa tłumaczy ten wybór lepszą jakością procedur aniżeli w przypadku polskiego związku. Ma to związek ze śmiertelnymi przypadkami, które zdarzyły się w światowym boksie w ostatnich tygodniach”.

Mariusz Grabowski – poprzedni promotor Balskiego, który uważa, że jego umowa z pięściarzem wciąż jest wiążąca – oskarżył konkurencyjną grupę o próbę cynicznego obejścia przepisów. Pięściarz po wspólnych rozmowach został jednak ostatecznie zdjęty z karty, jednak grupa tak czy siak zwróciła się z prośbą o sankcjonowanie gali do zagranicznego podmiotu. Teoretycznie coś takiego nie powinno mieć miejsca, co potwierdził w rozmowie z nami Krzysztof Kraśnicki.

Wszystkie najważniejsze krajowe federacje są bowiem zrzeszone w European Boxing Union (EBU) – organizacji, która przyznaje pasy mistrza Europy i ogólnie rządzi na Starym Kontynencie, choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że czasy jej świetności dawno minęły. Owszem, podmiot wciąż utrzymuje związki w federacją WBC, jednak wiele pozostałych federacji ma swoje „europejskie” pasy, które zaburzają czytelną niegdyś hierarchię. Jak wygląda wchodzenie w nieswoje kompetencje krajowych federacji? Tak tłumaczy to Krzysztof Kraśnicki:

„Aby nadzorować imprezę na terenie innego kraju – również zrzeszonego w EBU (co nie dotyczy marginalnych organizacji np. GBA) – należy uzyskać zgodę organizacji w tym kraju. Federacja austriacka, która będzie nadzorować galę w Sosnowcu, nie wystąpiła do nas o zgodę, więc będziemy interweniować w EBU, gdzie relacje pomiędzy organizacjami są jasno wyrażone w regulaminie. Jestem przekonany, że EBU właściwie oceni takie postępowanie, aby taki incydent nie miał miejsca w przyszłości. Inaczej czeka nas chaos. Było już takie zdarzenie, bodajże na Wyspach Brytyjskich – federacja zagraniczna, która nadzorowała tam zawody została zawieszona” – tłumaczy szef PWBZ.

Zanosi się więc na to, że sprawa w jakiejś formie doczeka się ciągu dalszego. Ciekawe w całej sprawie jest jeszcze coś – polska federacja nie odpowiada właściwie przed nikim. Od 2013 roku polski boks olimpijski i zawodowy to właściwie dwie różne dyscypliny, które mają niewiele wspólnego. Za pierwszą z nich odpowiada Polski Związek Bokserski, który z kolei znajduje się w strefie wpływów Ministerstwa Sportu i Turystyki jako sport olimpijski.

Zawodowa odmiana pięściarstwa długo była związana z PZB, ale wszystko zmieniło się na przełomie 2012 i 2013 roku. Międzynarodowe Stowarzyszenie Boksu Amatorskiego (AIBA) zmieniło statut i chciało usunąć działaczy związanych z boksem zawodowym z krajowych związków. Niektóre federacje – na przykład włoska – postawiły się jednak i nie zastosowały się do wytycznych. W Polsce sprawę wziął na siebie Krzysztof Kraśnicki.

„PWBZ jest prywatną firmą, działa w warunkach działalności gospodarczej. Większość organizacji działa w formie spółek, ale są wyjątki – np. w USA, gdzie sport zawodowy, również pięściarski, podlega Komisjom Stanowym. PWBZ powstał wskutek wycofania boksu zawodowego ze struktur Polskiego Związku Bokserskiego (PZB). Tuż po opuszczeniu Związku odbywały się kolejne imprezy, część zawodników boksowała poza granicami kraju. Imprezy musiał ktoś nadzorować, pięściarze startujący zagranicą musieli posiadać autoryzacje. Ponieważ w PZB prowadziłem biuro boksu, posiadałem dokumentację medyczną, aby wystawiać pięściarzom niezbędne zezwolenia” – tłumaczy szef organizacji.

Od 2013 roku PWBZ działa więc jako prywatna firma w warunkach wolnego rynku. Żaden konkurent do tej pory się jednak nie pojawił, ale przez lata wydłużała się litania zastrzeżeń wobec federacji. Krytykowano zwłaszcza sędziowskie werdykty oraz sankcjonowanie niektórych rywali dla polskich pięściarzy. Pewien scenariusz uporczywie się powtarzał – sędziwi zawodnicy z długą i skomplikowaną historią dostawali szansę właśnie w Polsce, bo w rodzinnych Stanach Zjednoczonych nie mogli na to liczyć.

Kto wpuszcza do ringu?

Bulwersujące były zwłaszcza dwa przykłady. W kwietniu 2017 roku rywalem Krzysztofa Zimnocha był Michael Grant – ten sam, który prawie dwie dekady wcześniej stoczył pamiętny pojedynek z Andrzejem Gołotą, który doczekał się finału na sali sądowej w związku z kłamliwymi pomówieniami „Masy”. Amerykanin był cieniem dawnego zawodnika już w 2010 roku, kiedy to pewnie wypunktował go Tomasz Adamek. Przed walką z Zimnochem ten 44-latek nie występował w ringu trzy lata.

Oliver McCall z kolei był jeszcze starszy i miał na koncie długą historię walki z uzależnieniem od narkotyków. Mimo to gościł w Polsce aż trzy razy, odnosząc nawet jedno zwycięstwo i pokazując się z bardzo solidnej strony, co pewnie więcej mówi o jakości czołówki kategorii ciężkiej w naszym kraju. Po tych walkach Amerykanin zniknął, a ostatnio znów wypłynął w Meksyku. Patrząc na te dawne legendy nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tak rozbici pięściarze nie powinni wychodzić do ringu. A jednak robili to właśnie w nad Wisłą…

„Obowiązuje zasada, że narodowe organizacje wystawiają zgodę na zagraniczny występ zawodnika, tzw. autoryzację, która jest warunkiem do stoczenia walki w tym kraju. Tak jest w większości państw” – tłumaczy Krzysztof Kraśnicki. „Zawodnik nie musi przed każdą walką dostarczać aktualnych badań, jeśli nie skończył się termin ważności poprzednich. PWBZ prowadzi kartotekę badań zawodników i po otrzymaniu karty walk kolejnej imprezy informuje promotora, który z pięściarzy musi je wykonać, ponieważ minął termin ważności poprzednich” – dodaje sternik PWBZ.

Pozostaje jeszcze kwestia jakości tych badań i ogólnego pilnowania standardów. Na oficjalnej stronie internetowej organizacji jest tylko dwóch delegatów medycznych, z czego na zdecydowanej większości gal pojawia się jeden z nich – dr Cezary Ruchniewicz. Jego działalność medyczna została dość brutalnie oceniona przez użytkowników portalu Znany Lekarz. Medyk odpowiedzialny za zdrowie polskich pięściarzy został oceniony na 0,5 gwiazdki w pięciostopniowej skali. Otrzymał zaledwie jedną pozytywną recenzję i aż dziesięć negatywnych, a niektóre komentarze pacjentów naprawdę dają do myślenia:

„Podczas wizyty lekarz nawet nie wziął do ręki zdjęć wykonanych w szpitalu ani opisu chirurga. Spojrzał na nogę i wypisał wniosek na refundację usztywniacza na staw skokowy, który w ogóle nie był skręcony. Zapytałam kiedy mogę zacząć stawać na nodze, więc odpowiedział, że jest demokracja i pacjent sam dzisiaj decyduje o tym. Nie dostałam żadnej informacji o rodzaju urazu, o jakiejkolwiek rehabilitacji, o wizycie kontrolnej – nic.”

„Serdecznie odradzam Pana. Brak profesjonalizmu – diagnozę wyczytuje z oczu , zdjęcia nie ogląda (ponieważ wszystko wie) i badania też nie wykonuje  (mimo że stoją tam dwa łóżka). Wizyta to – wchodzisz i wychodzisz.”

„Pan doktor Ruchniewicz na dzień dobry ochrzanił mnie, że w ogóle do niego przyszłam,a następnie bez badania skierował mnie na operację nadgarstka. w gabinecie lekarskim spędziłam może 3 min, z czego 2,5 to moje marudzenie i prośby o pomoc… Powiedzieć o doktorze, że jest gburowaty i nie interesuje się pacjentem to w zasadzie komplement. Chyba zacznę studiować medycynę, bo jak sama się nie wyleczę, to na służbę zdrowia nie mam co liczyć.”

To zaledwie kilka cytatów – krytycznych wypowiedzi jest dużo więcej. Doktor ani razu nie skorzystał z możliwości odpowiedzi na zarzuty i w ogóle nie udziela się w portalu. To wszystko byłoby może nawet i zabawne gdyby nie to, że w boksie giną ludzie. Czasami nie potrzeba do tego żadnego błędu. „Kiedyś, statystycznie, coś wydarzy się u nas w Polsce. Jest wiele obszarów odpowiedzialności, poczynając od sumienia, na prawie skończywszy. Od dawna o tym myślę” – pisał po śmierci Patricka Daya na Twitterze promotor Andrzej Wasilewski.

Załóżmy na moment na potrzeby eksperymentu myślowego, że rzeczywiście na gali nadzorowanej przez PWBZ dochodzi do tragedii, która zdarzyła się na przykład przez spóźnioną interwencję arbitra lub innego rodzaju błąd – błędną diagnozę medyczną po walce. Do jakiej odpowiedzialności można pociągnąć prywatną firmę, która w pewnym sensie jest sobie sama sterem, żeglarzem i okrętem?

„Działalność pięściarska jest ubezpieczona w PZU na wypadek nieszczęśliwych wypadków na kwotę jednego miliona, jednak – zgodnie z sugestiami osób współpracujących – zamierzam zwiększyć tę kwotę” – zdradził nam Krzysztof Kraśnicki. Dużo, mało? Amerykańskie orzecznictwo w podobnych przypadkach zdaje się sugerować, że to tylko kropla w morzu potrzeb.

W listopadzie 2013 roku Magomed Abdusalamow po dziesięciu rundach twardej walki przegrał na punkty z Mikiem Perezem. Po wszystkim pokonany poczuł się źle, ale badania neurologa Barry’ego Jordana przeprowadzone jeszcze w hali wykluczyły obrzęk mózgu. Stan pięściarza pogarszał się jednak z minuty na minutę i w końcu taksówką udał się do szpitala na własną prośbę. Natychmiast trafił na stół operacyjny i został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. Chirurdzy wycięli z jego mózgu skrzep krwi, ale obrażenia były już zbyt rozległe, by pięściarz mógł odzyskać pełną sprawność.

Abdusalamow odzyskał po paru dniach przytomność, ale nie mógł mówić ani się poruszać. Z czasem jego stan nieznacznie się poprawił. Koszty zabiegów i bieżącej opieki nad pięściarzem szybko urosły do astronomicznego poziomu, a sam zawodnik do dziś wymaga stałej opieki. Czołowi amerykański promotorzy zaproponowali zrzutkę w środowisku, a rodzina pozwała nowojorską komisję stanową, żądając 100 milionów dolarów za dopuszczenie się zaniedbań, które przyczyniły się do okaleczenia Abdusalamowa. Ostatecznie komisja zapłaciła 22 miliony dolarów – najwięcej w swojej historii. Jak się do tego ma ewentualne polskie ubezpieczenie? No właśnie…

KACPER BARTOSIAK

KOMENTARZE (1)