Zmądrzałem, ale wstyd pozostaje
Weszło Extra

Zmądrzałem, ale wstyd pozostaje

Ireneusz Mamrot przyznał, że z żadnym piłkarzem nie wykonał tak dużej pracy mentalnej, co z Patrykiem Klimalą. W Legii 21-latek osiągnął najwyższą tkankę tłuszczową w drużynie, imprezował, jego warszawski sen o wielkiej piłce zakończył się wyrzuceniem i powrotem do Dzierżoniowa. Zamiast słuchać, dogadywał. Zamiast pokornie podchodzić do piłki, zdarzały mu się wypowiedzi w stylu: “Jeśli miałbym występować tylko w Ekstraklasie, po prostu przestałbym grać w piłkę”. Wypowiadając je nie miał jeszcze gola w lidze.

Dziś już podobne słowa nie przeszłyby mu przez gardło. Patryk Klimala sam przyznaje, że zmądrzał. Dojrzał. Wyrzucił z głowy głupoty. – Jakby ktoś 1,5 roku temu powiedział mi, że będę wolał posiedzieć z narzeczoną i psem w domu niż iść na imprezę, pomyślałbym, że to chyba jakiś stand-up. Dziś tak wygląda rzeczywistość – przyznaje piłkarz, który imprezy i pyskowanie zamienił na budowanie gniazda rodzinnego i pokorne słuchanie się trenera. Patryk Klimala o swojej przemianie, zapraszamy.

Czy Patryk Klimala jest łatwym do prowadzenia piłkarzem?

Myślę, że trenerzy generalnie – pomijając rok, może dwa – lubili mój charakter, tę zadziorę we mnie. Na boisku nie odpuszczam i nie daję sobie w kaszę dmuchać. Nieraz jako zbyt młody chłopak mówiłem za dużo. Czy żałuję? Może nie, ale zdaję sobie sprawę, że nie powinienem w tamtym momencie robić takich rzeczy. Powiedziałem, stało się. Teraz wiem, w którym momencie mogę się odezwać, a w którym nie. Byłem chłopakiem, który się nie słuchał, nie wyciągał wniosków. Przyznaję, ciężko się ze mną pracowało. Ale to były krótkie momenty. Jakbym miał oceniać ogółem, myślę, że pracowało się ze mną dobrze.

Pewność siebie bardziej pomaga czy przeszkadza?

Kiedyś przeszkadzała, bo zamieniała się w arogancję. Teraz to czysta pewność siebie. Pomaga.

Miałeś ego gdzieś pomiędzy kosmosem a stratosferą?

Aż tak może nie, ale nie wiedziałem, w których momentach mogę sobie na pewne rzeczy pozwolić. Komentowałem i dogadywałem ludziom, którym nie powinienem. Dyskutowałem z trenerami, zdarzało się też, że na boisku. Trener to autorytet i nie można odzywać się do niego w ten sposób. Zdałem sobie z tego sprawę po czasie. Teraz wiem, jak to powinno funkcjonować.

W którym momencie zrozumiałeś, że musisz trzymać język za zębami?

Zaczęło się w Legii, gdzie dostałem największego dzwona w całym piłkarskim życiu. Zostałem wyrzucony i wróciłem do Dzierżoniowa. W tamtym momencie już wiedziałem, co robię źle. Błędy powielałem w mniejszym czy większym stopniu w pierwszej lidze czy u trenera Mamrota, ale myślę, że teraz jestem już takim zawodnikiem, który wie co mówić, do kogo i w jakim momencie.

Legię wskazujesz jako najgorszy okres, jeśli chodzi o twoje podejście do piłki.

Największym błędem w Legii było to, że zgodziłem się przesunięcie mnie na prawą obronę. Trener zapytał mnie, co bym powiedział na taką zmianę pozycji. W tamtym momencie nie było żadnego prawego obrońcy, a ja chciałem grać. Zagrałem trzy mecze i z powrotem wylądowałem na trybunach czy ławce. Do tego zdarzały się wybryki takie jak wychodzenie na miasto. W Legii zawsze się coś działo i zawsze ja byłem pierwszy do głupot. Teraz jest wręcz odwrotnie – kiedy można, jestem wodzirejem, ale kiedy nie można, umiem sobie odmówić. Potrafię już przyhamować.

Warszawa to dobre miejsce dla chłopaka z małej wioski, który w bardzo młodym wieku jedzie do niej sam, bez opieki?

Myślę, że dla chłopaków z małych miejscowości przeskok może być ciężki. Moja rodzinna miejscowość ma trzystu mieszkańców. Nie ma co się oszukiwać – nie poradziłem sobie z tym.

Wpadłeś w złe towarzystwo?

Nigdy nie miałem innego towarzystwa poza chłopakami z Legii. Wszyscy brali udział w tym, co ja. Pozwalałem sobie na zbyt dużo i skończyło się tak, jak się skończyło.

Ile zarabiałeś wtedy w Legii? To taka kwota, że już mogło zaszumieć?

Poniżej tysiąca złotych. Same pieniądze nie sprawiały, że mogło zaszumieć. To nie było tak, że nie wiadomo jak imprezowaliśmy czy kupowaliśmy alkohole. Zupełnie nie na tym polegało. Bardziej na tym, by do późna posiedzieć na mieście, porobić głupoty. Nigdy nie chodziliśmy jacyś pijani. Robiliśmy takie rzeczy, jak każdy młody człowiek. Nam ich jednak nie wypadało robić. Podrabiałem zgody rodziców, że mogę mieszkać poza bursą. Drukowało się je, podpisywało.

I gdzie chodziłeś?

Do chłopaków z drugiego zespołu, którzy mieli już mieszkania. Nie był to dla nich wielki problem.

W jaki sposób melanżowaliście?

Chodziliśmy w dwunastu i w Legii zawsze wiedzieli, kto był, ale zawsze padało tylko nazwisko Klimala, bo ja byłem wodzirejem. Od zawsze najbardziej mi się obrywało. Na tamten moment w ogóle mi to nie przeszkadzało. Zawsze byłem chłopakiem, który się o nic nie martwił. Kwestia przyzwyczajenia – skoro zawsze mi się obrywa, to OK, tak już widocznie jest. Robiłem bardzo głupie rzeczy. Głowa była niepokorna, niepoukładana. Jakbym się teraz cofnął, w trzy czwarte z tych wypadów nie brałbym udziału. Od dwóch-trzech lat nie robię już żadnych głupot. Powiem szczerze, nie żałuję. Bardzo się cieszę, że głupoty przychodziły mi do głowy, gdy miałem 16-17 lat, a nie 20-23. Trenerzy w rozmowach nakierowywali mnie. Zaczęło się od trenera Probierza, przez trenera Skowronka, po trenerów Mamrota i Michniewicza. Dziś jestem, moim zdaniem, mądrym zawodnikiem.

Od czego się wzięło to, że zawsze obrywałeś?

Jak coś się działo, to byłem pierwszy do głupot. Nie potrafiłem przejść obok, zawsze w centrum. Nawet jak coś mnie nie dotyczyło, byłem brany pod lupę.

Brakowało ci opieki w postaci rodziny? Za szybko wyszedłeś z domu?

Od gimnazjum mieszkam poza domem. Poza szkołą praktycznie nigdy nie robiłem głupot, bo tata trzymał nade mną bat. Prawdę mówiąc, do tej pory trzyma. Nawet po ostatnim meczu z Cracovią, po którym wszyscy mnie ubierają w nie wiadomo jakie słowa, zadzwonił mówiąc, że oprócz dwóch bramek zagrałem słabo. Ja się z tym zgadzam. Każda zagrana do mnie piłka wracała. Tata grał w piłkę, więc ma pojęcie.

Jaki poziom?

Stara pierwsza liga, czyli poziom taki jak dzisiejsza Ekstraklasa. Grał w Górniku Wałbrzych.

Pozycja?

Dawny forstoper. Typowy do wycinki, boiskowy cham.

Tata zaprowadził na pierwszy trening?

Tak, grał wtedy w Zjednoczonych Żarów, siłą rzeczy też poszedłem trenować.

Pamiętasz tatę z trybun?

Pamiętam. Chodziliśmy z mamą i małą siostrą w wózku. Myślę, że charakter odziedziczyłem po tacie. Oczywiście mówię o zadziorności, a nie głupocie! Jak tata wchodził w starcie, to kości pękały.

W jaki sposób dorobiłeś się w Legii największej tkanki tłuszczowej z całego rocznika?

To jeden z moich błędów. Jakbyś teraz powiedział komuś w drużynie, że Klimala ma problem z tkanką tłuszczową, odpowiedziałby, że nie ma na to szans. Wtedy miałem ją na poziomie 23-24%.

Bardzo dużo.

Była duża. Jadałem w McDonald’s czy takich różnych, w cudzysłowie, restauracjach. Słodycze jadłem codziennie.

W którym momencie zorientowałeś się na dietę?

Przez moment jeździłem nawet ze swoim cateringiem na mecze, ale gdy narzeczona się do mnie wprowadziła stwierdziłem, że to bez sensu. Razem gotujemy w domu. Zupełnie inne jedzenie, bardziej smaczne niż te cateringi. Dietą zainteresowałem się, gdy przyszedłem do trenera Kulhawika w Jagiellonii. Poznałem trenera Zinkiewicza od przygotowania motorycznego, który zaczął nam nakreślać to wszystko w juniorach i od tamtej pory trzymam się diety bardzo dobrze.

Potrafisz gotować?

Umiem zrobić, można powiedzieć, wszystko. Mama mnie zawsze uczyła. Gotowałem sobie sam. I było w miarę zjadliwe.

Popisowe danie?

Ryż z marchewką gotowaną! Śmieję się. Lubię jeść makarony, na przykład z pieczarkami czy kurczakiem. Lubię eksperymentować, choć w gotowaniu podjazdu do narzeczonej niestety nie mam.

WARSZAWA 02.05.2019 MECZ FINAL TOTOLOTEK PUCHAR POLSKI SEZON 2018/19 --- FINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH IN WARSAW: JAGIELLONIA BIALYSTOK - LECHIA GDANSK 0:1 PATRYK KLIMALA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Gdy zostałeś wyrzucony z Legii, znalazłeś się w trudnym położeniu. Mamy piłkarza, którego odpalił większy klub, za którym ciągnie się zła opinia. Musiałeś wrócić do Lechii Dzierżoniów.

W Dzierżoniowie wszyscy się cieszyli, pamiętali mnie jako zawodnika, który strzelał dużo bramek. W jednym sezonie miałem ich kiedyś czterdzieści. Wiedziałem, że na dłuższą metę nie chcę tam zostać i zacząłem sam dzwonić po klubach. Do trenera Górnika wziąłem numer ze strony internetowej, do trenera Kulhawika kontakt podał mi Paweł Olszewski, który dziś gra w Stali Mielec. Mówiłem, że nazywam się tak i tak, chciałbym przyjechać się sprawdzić. Udało się zorganizować testy w Jagiellonii i kilka dni potem w Górniku. Jakby nie wyszło w jednym klubie, miałbym kolejną szansę. Trener Kulhawik po trzech treningach i sparingu powiedział, że się we mnie zakochał i chce, bym został na dłużej. Tak się stało i cieszę się, bo zadzwoniłem do niego jako obcy człowiek.

Znalazłem informację, że po powrocie do Dzierżoniowa rzuciłeś szkołę, by poświęcić się piłce. Kolejna ryzykowna decyzja.

Wyrzucili mnie w Legii w połowie semestru i wróciłem do Dzierżoniowa, gdzie musiałem chodzić do szkoły, ale miałem tam zupełnie inne przedmioty. Musiałbym nadrabiać, co byłoby bardzo trudne. Z rodzicami podjęliśmy decyzję, że odpuszczę to pół roku. Jestem zadowolony z tej decyzji, bo to pomogło mi nadrobić rzeczy, które zaniedbałem w Warszawie i skupić się tylko na grze. A szkołę generalnie skończyłem, już w Białymstoku.

Matura zdana?

Nie, podchodzę w tym roku szkolnym.

Tak czy inaczej była to ryzykowna decyzja.

Ryzykowna. W tamtym momencie w ogóle nie myślałem o szkole. Nigdy nie wiązałem z nią przyszłości. Zdawałem tylko po to, by rodzicom było miło. Nauka przez książki, nauka języka – takie rzeczy są naprawdę spoko. Ale sensu w szkole nie widziałem, jak mogłem, to się urywałem.

W szkole też objawiał się twój trudny charakter? W stosunku do nauczycieli odzywałeś się jak do trenerów?

Moja opinia poprawiła się w ostatnim czasie, ale jakbym poopowiadał rzeczy, które działy się w szkole, to… byłoby wstyd. Jakbym ja był nauczycielem, to zostałbym zwolniony z takiej szkoły, bo takiemu szczeniakowi jak ja dałbym w łeb za to, co robi. Ale o takich rzeczach się publicznie nie opowiada. Co było, to było.

Ale bez zakładania kosza na głowę?

Bez (śmiech).

Podpiszesz się pod stwierdzeniem, że Wigry to idealny klub dla młodego piłkarza?

Idealny. Znajdują tam szansę chłopaki, którzy nie grali w rezerwach swoich klubów, jak np. Grzegorz Aftyka. Chłopaki, którzy nie łapali się w pierwszych zespołach wyróżniają się w Suwałkach na tle pierwszej ligi, bo dostają dużo szans.

Spokój małego miasta był czymś, co pomogło?

Oprócz aquaparku, odnowy biologicznej, centrum rehabilitacji, Biedronki i Kauflandu i kilku restauracji na krzyż nie ma tam nic.

Nie to, że się wyśmiewasz, po prostu pokazujesz, że to dobre miejsce dla młodego zawodnika.

Dokładnie, dobre. Choć znam ludzi, którzy będąc ze mną w Suwałkach znajdowali pokusy.

Monopolowe są wszędzie.

Małe miasto, ale imprezy są, ludzie chcą się bawić. Do Białegostoku też nie jest daleko.

W Wigrach także byłeś bity obuchem po głowie. Czym nabroiłeś, że trener Skowronek cię odstawiał?

Przed Wigrami strzeliłem dziewiętnaście bramek w juniorach i miałem pół roku przerwy spowodowane kontuzją. Zadebiutowałem w Ekstraklasie u trenera Probierza, po pierwszym obozie u trenera Mamrota zszedłem do pierwszej ligi. Myślałem, że będę wszystko grał. A jak nie grałem, frustrowałem się. Byłem jeszcze niepoukładanym chłopakiem, który myślał, że coś mu się należy. Na początku grałem bardzo słabo. Tak naprawdę jakby ktoś mnie chciał teraz bronić, to patrząc po meczach jest w stanie tego zrobić, choćby nie wiem jak bardzo chciał. Były dwie sytuacje, w których zostałem odsunięty. Nie było to przyjemne, ale nie denerwowałem się na trenera, motywowało mnie to do pracy. Po dwóch dzwonach powoli dochodziło do mnie, że jak nie zacznę grać w Wigrach, to tym bardziej nie zacznę grać w Jagiellonii. Z tygodnia na tydzień wyglądałem coraz lepiej.

WARSZAWA 02.05.2019 MECZ FINAL TOTOLOTEK PUCHAR POLSKI SEZON 2018/19 --- FINAL OF POLISH CUP FOOTBALL MATCH IN WARSAW: JAGIELLONIA BIALYSTOK - LECHIA GDANSK 0:1 PATRYK KLIMALA MICHAL NALEPA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Do Jagiellonii pojechałeś już jako chłopak, który dużo zrozumiał?

W juniorach nie sprawiałem w ogóle problemów. Jestem przekonany, że to dzięki dziewczynie, już narzeczonej. Gdybym przyszedł do Legii w wieku 16 lat i poznałbym swoją narzeczoną od razu, być może grałbym dziś na prawej obronie w pierwszej drużynie Legii i zbierał dobre recenzje. W głowie były jednak głupoty. Milena skutecznie je zniwelowała. Osiemdziesiąt procent wykonałem ja, dwadzieścia procent ona. Uspokoiła mnie.

W którym momencie się poznaliście?

W Warszawie, miesiąc przed tym jak mnie wyrzucili z Legii. Przyjeżdżała do mnie do Białegostoku raz na miesiąc, potem coraz częściej, coraz częściej, aż zamieszkaliśmy razem.

Co sprawiło, że miała na ciebie wpływ? Jest bardzo poukładana i musiałeś się do niej dostosować?

Jeśli chodzi o dziewczyny, zawsze ciągnęło mnie do przeciwnych charakterów. Moja narzeczona jest mega spokojna, w ogóle nie imprezowa. Pochodzi ze spokojnego, poukładanego domu. Ja jestem taki, że zawsze byłem pierwszy do wszystkiego. Dostosowałem się do niej. Gdyby to poszło w drugą stroną i ona dostosowałaby się mnie, to by nic dobrego nam z tego nie wyszło. Dzięki niej się uspokoiłem i poukładałem życiowo. Gdy strzelałem bramki w pierwszej lidze i trzeba było mnie ściągnąć na ziemię, potrafiła to zrobić, bo widziała, że – jak to mówicie – odlatywałem. Za każdym razem widziała to szybciej od trenerów. Wspólna praca nam pomogła i teraz wszystko funkcjonuje jak powinno.

W jaki sposób narzeczona cię dociska, byś nie odleciał?

Rozmową. W Suwałkach czasami ktoś widział, że zaczęło mi się mieszać w głowie, ale nie chciał mi powiedzieć, bo może mnie lubił, nie chciał sprawić mi przykrości. Nie mówili wprost. Milena zawsze ma odwagę, by mówić w oczy, szczerze, bez patyczkowania się.

Zdarzało się obrazić, gdy ktoś szczerze ci coś wytknął?

Denerwowałem się na tatę. Jestem podobny do niego – jakby wywiad przestał mi się podobać, wyszedłbym w połowie. Narzeczona ubierała przekaz w fajne słowa, a tata ładował z grubej rury. Wiedziałem, że to prawda, ale tak mnie to bolało, że nie dopuszczałem tego do siebie. Teraz nauczyłem się rozmawiać z ludźmi. Wcześniej jak ktoś mi powiedział coś złego, denerwowałem się, obrażałem. Nie chciałem rozmawiać. Dziś wysłucham i wyciągnę wnioski, jeśli uznam, że faktycznie popełniam błąd.

Dlaczego – cytując trenera Mamrota – pochwały ci szkodzą?

Zgadzam się, nie pomagają. Nawet nie lubię, jak się mnie chwali. Rozumiem, jeśli dzień po meczu ktoś powie “zagrałeś fajnie”. Jak przyjechałem po reprezentacji, to chłopaki mnie pochwalili, że było OK, brawo. Wszyscy wiedzą, że raz, dwa jest w porządku, ale na dłuższą metę mnie to irytuje. Nie lubię jak ktoś mnie głaszcze. Ostatnio trener chciał, bym zszedł z treningu, bo po zgrupowaniu kadry musiałem się zregenerować. Odebrałem to tak, że jestem w jakiś sposób oszczędzany, a ja nie lubię takich sytuacji. Źle to zrozumiałem, bo trener chciał mnie po prostu świeżego na mecz, a ja odebrałem to tak, że chce na mnie chuchać.

Odlatywałeś po pochwałach?

Nie wiem co by się musiało stać teraz, żebym odleciał. Jestem na tyle ustabilizowany, że już nie myślę o tym, żeby wyjść na imprezę, polansować się. Jeśli myślę o wyjściu, to z narzeczoną i psem na spacer. Albo o odwiedzeniu rodziny, bo dawno jej nie widziałem. Myślę dojrzale, już nie jak dzieciak.

Skoro rodzina została na Dolnym Śląsku, okazji do odwiedzin niewiele.

Ostatnio mieli możliwość widzenia mnie częściej – byli na Śląsku, na reprezentacji w Łodzi. Do końca rundy będziemy mieli jeszcze mecze blisko Dolnego Śląska, więc do świąt może zobaczą mnie jeszcze ze trzy razy. Trzy-cztery razy w roku to maksimum.

Podczas wyjazdu meczowego jest szansa jakkolwiek spędzić czas z rodziną?

Nawet jakby przed meczem trener pozwalał, to wydaje mi się, że nie wypada. Takie mam zasady, wolę nie. Po meczu zawsze znajdzie się pół godziny na to, by porozmawiać. Akurat miałem fajnie, bo po Śląsku była przerwa na reprezentację i mogłem pojechać do domu na dwa dni, odpocząć, pośmiać się z rodziną i stamtąd pojechać na reprezentację do Poznania.

WARSZAWA 03.04.2019 MECZ 28. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19 --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN WARSAW: LEGIA WARSZAWA - JAGIELLONIA BIALYSTOK 3:0 PATRYK KLIMALA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Powtórzyłbyś słowa z wywiadu na 2×45, że jakbyś miał grać tylko w Ekstraklasie, to przestałbyś grać w piłkę?

Nie. Źle dobrałem słowa. Jak byłem mały, marzeniem zawsze była gra w Ekstraklasie. W momencie wypowiadania tych słów, w Ekstraklasie nie zagrałem jeszcze pół dobrego meczu. Nawet ostatnio w waszej rozmowie z trenerem Mamrotem padł ten tekst. Chciałem, by zabrzmiało to tak, że jestem ambitny. Teraz powiedziałbym inaczej: że chcę zagrać jak najlepsze mecze w Ekstraklasie i dzięki nim wyjechać zagranicę. Nie pomyślałem, poszło w świat…

A jakbym ci powiedział, że do końca kariery będziesz grał w Ekstraklasie, to co?

Nie ma problemu.

W każdym razie to kolejny moment, w którym dostałeś po głowie od trenera Mamrota.

Pamiętam, że trener wziął mnie na siłowni na rozmowę. Powiedział, że nawet jeżeli tak myślę, to nie powinienem mówić tego typu rzeczy, bo to idzie w eter, a ludzie się żywią takimi słowami. Trener miał rację. Teraz podobne słowa nie przeszłyby mi przez gardło. Zmądrzałem. Wiem, co mówiłem źle. Z perspektywy czasu za niektóre rzeczy jest mi wstyd. Nigdy niczego nie żałuję, ale wstyd pozostaje.

Jak zareagowali koledzy z szatni, którzy grają tylko w Ekstraklasie?

Nie odebrali tego jakoś mocno, nie jechali po mnie. Nigdy tego nie odczułem na własnej skórze. Zdarzyły się tylko docinki. Wystarczył dobry trening w moim wykonaniu i ktoś rzucał: – Nie no, ty to już musisz wyjeżdżać!

Do szyderki też jestem pierwszy, oczywiście nie do chamskiej, wiem z kim mogę jak pożartować. Dla zbudowania atmosfery to niezbędne.

Jesteś łatwym celem do szyderki?

Kiedyś ktoś mógł mnie łatwo podłapać, ale na przestrzeni ostatniego pół roku raczej ciężko.

Ile miałeś lat, gdy kupiłeś Mercedesa?

Dwadzieścia.

Ile minęło od podpisania kontraktu do zakupu?

Dwa tygodnie.

Po co 20-latkowi wypasiony Mercedes za pierwsze większe pieniądze?

Jaram się samochodami. Zawsze podobały mi się ładne auta. Obiecałem sobie kiedyś, że za pierwszy poważniejszy kontrakt kupię sobie taki samochód. Jak już podpisałem umowę i wiedziałem, jakie będę miał pieniądze w perspektywie kilku lat, usiedliśmy z rodziną, narzeczoną i porozmawialiśmy. Dużo obliczeń było, czy to opłacalne, czy lepiej uzbierać i kupić za gotówkę. Dostałem ostatnio pytanie, czy jakbym się cofnął, kupiłbym tego Mercedesa raz jeszcze. Zdecydowanie tak. To była przemyślana decyzja, a nie taka, że Klimala nagle pojechał do salonu i wrócił Mercedesem. Było to też załatwiane z pewną osobą, dzięki czemu dostałem bardzo dużą zniżkę. Niektórzy myślą, że to był samochód za 200 tysięcy, a to kompletna bzdura. Wydałem dużo, dużo mniej.

Wziąłeś go w leasing?

Większość to wpłata własna, reszta w leasing.

Spodziewałeś się, że ten samochód urośnie do rangi symbolu? Nawet jak wpiszesz w Google “Patryk Klimala”, na pierwszym miejscu wyskakuje propozycja “Patryk Klimala Mercedes”.

Tata zadzwonił do mnie ostatnio, że napisaliście artykuł w stylu “rośnie nam napastnik”, chciałem wpisać w Google “Patryk Klimala Weszło” i… od razu wyskoczyło mi “Mercedes”. W tym momencie mnie to śmieszy i wtedy w sumie też śmieszyło. Ja nigdy nikomu w portfel nie zaglądałem, nie rozliczałem, kto ma jaki samochód. Niektóre osoby w moim wieku, w Ekstraklasie czy nawet w pierwszej lidze, mają dużo lepsze samochody. Ale OK, chcieli podpromować to auto i się udało!

Za chwilę twarzą marki zostaniesz.

Jakbym był Robertem Lewandowskim, Mercedes mógłby być mi wdzięczny (śmiech)

A tak na serio – nie uważasz, że to niezbyt mądry zakup? Nie moje pieniądze, nie moja sprawa, ale da się znaleźć lepsze inwestycje za pierwsze większe pieniądze. Zresztą nawet trener Mamrot przyznał, że była po tym zakupie rozmowa wychowawcza.

Rozmowa była, choć ludzie, którzy pisali o tej rozmowie, przedstawiliśmy ją inaczej niż w rzeczywistości. Rozmawialiśmy z trenerem, ale raczej pół żartem, pół serio. Pisano, że dostałem nie wiadomo jaką reprymendę. Wyolbrzymiono temat. Decyzje finansowe? Myślę, że są OK.

Jeszcze wtedy nie mogłeś zakładać, że wyjdzie ci w piłce i będziesz grał na wysokim poziomie. Gdyby ci nie poszło, byłby to zakup ponad stan.

Zaplanowaliśmy to tak, że leasing się kończy w połowie mojego kontraktu. Zdawałem sobie sprawę, że może mi nie pójść. Praktycznie w ogóle nie grałem, nie było drugiego zespołu, więc tylko trenowałem. Ale potoczyło się tak, jak sobie zakładałem.

Jak planujesz następne inwestycje?

Rozmawialiśmy z trenerem Mamrotem o nieruchomościach. Proponował, bym inwestował w mieszkania. Już się do tego zbieram, bo nie chciałem zaciągać kredytów, wolę wejść czysto gotówkowo. Nie chcę mieć myśli w głowie, że muszę coś spłacać. W niedługim czasie zacznę to wdrażać w życie, tylko chcę to zrobić na spokojnie, przemyśleć, zastanowić się, czy lepiej kupić mieszkanie w Białymstoku, czy gdzieś indziej. Nie wiem, jak na przestrzeni roku się rozwinie moja sytuacja. Mogę gdzieś odejść, a może Jagiellonia mnie nie będzie chciała. Nigdy nie mogę być niczego pewnym. Przekonałem się o tym nie raz.

Widzę, że trener Mamrot naprawdę kompleksowo podchodzi do twojego rozwoju. Nie bez powodu mówił, że z żadnym piłkarzem nie wykonał tyle mentalnej pracy, co z tobą.

Nie ma co owijać w bawełnę – jak wróciłem z Suwałk, odbierałem każde słowo trenera tak, że się mnie czepia. Podchodziłem z dystansem do wszystkiego, co mówił. Jednym uchem wpadało, drugim wypadało. Potrzebowałem czasu, by zrozumieć, że trener chce dla mnie dobrze. Na przestrzeni ostatnich ośmiu miesięcy trener bardzo często bierze mnie na rozmowy. Wykonaliśmy razem bardzo dobrą robotę.

Tak, podejmuje też rzeczy typowo prywatne: podpowiadał, żebym inwestował, nie roztrwaniał pieniędzy. Nie mówił tego złośliwie, te słowa nie były spowodowane tym, że coś sobie kupiłem. Taką miał chęć i nie ukrywam, że dzięki tej rozmowie zmądrzałem. Trener tłumaczy mi, jak funkcjonuje środowisko piłkarskie i jak powinienem się zachowywać. Dzięki niemu stałem się lepszym i mądrzejszym człowiekiem.

Za co dostałeś od trenera największego gonga?

Jak trener chciał dobrze, a ja myślałem, że się czepia. Były takie sytuacje, gdy trener coś mi tłumaczył, a ja chciałem od razu powiedzieć swoje zdanie. A wiemy, że trenerowi nie powinno się przerywać, zwłaszcza na boisku, przy zawodnikach. Nieraz się zdenerwował, ale nigdy nie było wielkiego gonga. Zawsze to były małe rzeczy, w piłce seniorskiej nie robiłem już głupot. Jakbym to ja był trenerem, też by mnie irytowały te małe rzeczy.

W tym sezonie też zdarzyło ci się dostać pstryczka w nos. Jak oceniasz swoją zmianę w meczu z Arką?

To było słabe wejście. Przed kolejnym meczem poszedłem do trenera zdenerwowany zapytać, dlaczego nie ma mnie w dwudziestce. Powiedział, że dałem słabą zmianę. Na tamten moment się z tym nie zgadzałem, po czym obejrzałem mecz i… ja bym takiego gościa też nie chciał mieć w dwudziestce. Jeśli mogę mieć pretensje, to tylko do siebie. Zrozumiałem, że robię coś źle. Zacząłem dużo pracować taktycznie i myślę, że to procentuje tym, co jest teraz.

Można zagrać źle, ale ja miałem wrażenie, że kompletnie nie biegałeś.

Trener miał do mnie dużo pretensji, że nie pracowałem w defensywie. Wytłumaczył mi, co muszę poprawić. Z tego, co pamiętam, w ofensywie też nie dałem za dużo. Z tego meczu nie można było wyciągnąć pozytywu. Za to, że trener mnie wyrzucił z kadry, mogę tylko tak naprawdę podziękować. Dzięki niemu zrozumiałem, co robię źle. Zacząłem podglądać, jak poruszają się w inni napastnicy. Dziś już to wiem. Jeszcze bardziej teoretycznie niż praktycznie, bo cały czas nad tym pracuję. Wciąż mam na przykład zbyt dużo spalonych. Próbowałem wcześniej robić rzeczy, które nigdy mi nie wychodziły. Nigdy nie potrafiłem przedryblować dwóch zawodników, a ja próbowałem to robić, traciłem, denerwowałem się, nie wracałem za zawodnikami.

Chciałeś od razu robić na boisku spektakularne rzeczy?

Tylko że nigdy wcześniej mi nie wychodziły. Teraz już doszedłem do momentu, w którym wiem, że po prostu tego nie potrafię. Uczę się, w treningach staram się wchodzić w dryblingi, ale w meczach mniej tego pokazuję. Zacząłem wykorzystywać swoje atuty – strzał z dystansu, gra na wolne pole. Nad grą ciało w ciało, zastawką, jeszcze pracuję. Już jest na lepszym poziomie.

BIALYSTOK 15.05.2019 MECZ 36. KOLEJKA LOTTO EKSTRAKLASA SEZON 2018/19: JAGIELLONIA BIALYSTOK - LEGIA WARSZAWA --- POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH: JAGIELLONIA BIALYSTOK - LEGIA WARSAW PATRYK KLIMALA MARKO VESOVIC FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Gdy w kadrze jest zdolny młodzieżowiec, ludzie często od razu oczekują, by grał jak najwięcej. Tobie sama nauka systemu Jagiellonii zajęła sporo czasu.

Gdy w pierwszej lidze zdobyłem trzynaście bramek, myślałem, że wejdę do Ekstraklasy i od razu strzelę w pierwszym sezonie dziesięć goli. Sądziłem, że nie ma przepaści pomiędzy pierwszą ligą i Ekstraklasą. A jest ogromna. W pierwszej lidze wystarczyło, że biegłem prosto i dostawałem piłkę od Patryka Sokołowskiego, byłem sam na sam i strzelałem. Na tym polegała gra Wigier. W Ekstraklasie jest gorzej z piłkami prostopadłymi. Nawet jak jestem szybszy, muszę wyczuć moment, w którym najlepiej wystartować, wyciągnąć obrońcę, poszachować go. Jak pobiegnę po prostej, będą się ze mnie tylko śmiali.

To wynika z tego, że w Ekstraklasie jest mniej miejsca?

W pierwszej lidze jest na pewno więcej chaosu. W samym środku jest tam mniej miejsca, ale w sektorach z przodu robią się luki i można grać za plecy. Szybki napastnik z dobrym wykończeniem poradzi sobie bez problemu. W Ekstraklasie już trzeba pracować w obronie, dobrze poruszać się taktycznie. Nigdy o takich rzeczach nie myślałem, a są bardzo ważne.

Trener Mamrot komentując twoją asystę do Imaza w meczu z Górnikiem powiedział, że kiedyś na pewno byś strzelał. Byłeś zbyt samolubny?

Grałem juniorską piłkę. Zawsze podchodziłem do tego na zasadzie: co mi po asyście, skoro ja bramki chcę strzelać? Nie wiem jak duża byłaby szansa, żebym strzelił bramkę, gdybym zdecydował się wtedy na strzał. Widziałem Jesusa i wiedziałem, że on strzeli, bo był po pierwsze w niesamowitej formie, po drugie – miał przed sobą całą bramkę. Mądrość boiskowa przyszła wraz z minutami.

Skąd się u ciebie wziął ten gaz? Miałeś go od zawsze?

Zawsze byłem jednym z szybszych w drużynie. Nie wykorzystywałem tego w Jagiellonii, jak w pierwszym meczu, gdy nie biegałem, więc nikt nawet nie mógł wiedzieć, że jestem szybki. Ludzie zaczęli się o tym przekonywać po meczu z Zagłębiem Lubin, na tamten moment było to moje najlepsze spotkanie. W późniejszych meczach można było zauważyć, że prostopadłe piłki to mój konik, z którego powinienem korzystać. Drużyna też zaczęła nabierać zaufania do mnie, zaczęli mi grać piłki na wolne pole, dlatego mam tyle sytuacji.

Czemu uważasz, że metaforą twojej drogi życiowej są schody, które masz wytatuowane?

To schody, które zawsze stawiałem przed sobą sam. Nie było tak, że miałem ciężko przez kogoś. Trafiałem na dobrych ludzi, ale postępowałem z nimi tak, że miałem pod górkę. Teraz metafora nie jest już aktualna. Jakby ktoś 1,5 roku temu powiedział mi, że będę wolał posiedzieć z narzeczoną i psem w domu niż iść na imprezę pobawić się, pomyślałbym, że to chyba jakiś stand-up. Dziś tak wygląda rzeczywistość. Myślę bardziej dojrzale, ale nie jestem jeszcze tak odpowiedzialny, jakbym chciał. O wielu rzeczach zapominam. Nie o jakiś ważnych, bardziej o rzeczach typu: muszę odebrać narzeczoną z pracy. Durne rzeczy, które jeszcze mnie w sobie denerwują, choć w żaden sposób nie przekładają się na grę. Narzeczona mnie uczy, przyjdzie z czasem. Na boisku poukładany jestem na tyle, że powstrzymam nerwy na wodzy nawet, gdy przyjdzie słabszy okres. Potrafię odróżnić, kiedy wyglądam źle, kiedy dobrze i w miarę spokojnie do tego podejść.

Dużo zostało jeszcze w tobie dziecka?

Na boisku i w szatni dziecka już nie widać. Prywatnie mam często taki humor, że cały dzień śpiewam i tańczę, śmieję się. Kiedyś mój humor przekładał się na głupie rzeczy. Dziś już tylko na śmieszne i nieszkodliwe.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. newspix.pl / FotoPyK

KOMENTARZE (8)