Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Blogi i felietony

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Pamiętam swój pierwszy świadomie obejrzany mecz reprezentacji Polski – świadomie, czyli nie urywki, świadomie, czyli nie przypadkiem, nie pokątnie, nie z rozpędu, a z pełną odpowiedzialnością podjętej decyzji.

Nie przejaskrawiam: Polska – Węgry dla powodzian w debiucie Janusza Wójcika, 1997 rok, wrzesień, sobota 8080 dni temu; w domu dziadków jakieś imieniny czy urodziny, dom pęka w szwach, jest pełen ludzi, ale przy starym telewizorze łapiącym dwa kanały jestem sam, nie chciał tego oglądać nikt.

Nie chciałem go oglądać sam. Marzyło mi się, że obejrzy go ze mną wuj, jeden i drugi. Obejrzy kuzynostwo, może zajrzy jakaś ciotka zapytać o wynik, może obejrzy tata. Ale dla wszystkich poza mną sparing Polska – Węgry był okazją śmieszną, żadną. Pamiętam, podjąłem nawet rozpaczliwą próbę zagajenia mojego chrzesnego – wiem, ze pisze się chrzestnego, ale nie oszukujmy się, istnieje tylko chrzesny, ewentualnie prędzej nawet krzesny niż chrzestny – czy by nie chciał obejrzeć ze mną, odpowiedział jednak tylko:

– A po co to oglądać, i tak przegrają.

Miał prawo tak powiedzieć, jest starszy ode mnie dokładnie o tyle, by swoją inicjację z kadrą zacząć w momencie, kiedy zaczęliśmy wszystko przegrywać.

Wtedy jednak nie mogłem tego zrozumieć. Zanim obejrzałem ten mecz – pierwszy, od początku do końca, bez zająknięcia – miałem wcześniejsze przetarcia, jakieś migawki 0:2 z Anglikami czy 4:1 z Gruzją za Krzysztofa Pawlaka, a przede wszystkim czytałem od deski do deski „Piłkę Nożną”, więc kadrą żyłem przez papier. W konsekwencji choć to był pierwszy świadomie obejrzany mecz reprezentacji Polski tak nie wyobrażałem już sobie, że meczu reprezentacji Polski można nie obejrzeć.

Wyszliśmy składem Kłak – Ratajczyk, Łapiński, Jóźwiak – Ledwoń, Brzęczek, Michalski, Iwan, Majak – Juskowiak, Kowalczyk. Inspiracja kadrą IO 92 więcej niż mała, Wójcik niesłychanie wierzył w Olka Kłaka, choć pozycja Wandzika czy Szczęsnego w piłce była obiektywnie nieporównywalnie mocniejsza.

Wygraliśmy 1:0 po przeciętnym meczu, dokładnie takim, jakim spodziewacie się, że mógł być sparing Polska – Węgry w 1997 roku. Miałem niby satysfakcję, że chrzesny wieszczył porażkę, a jednak wygraliśmy, z drugiej strony już wtedy czułem, że dyskusji podejmować nie ma co: spędziłem blisko dwie godziny z transmisją Polska – Węgry 1997 zamiast na rodzinnej biesiadzie, brnąć nie ma w co, jestem w dyskusji „co było bardziej wartościowe” przegrany.

W każdym razie jedyną bramkę strzelił Ratajczyk, a uderzenie było piękne, choć stanowi zarazem doskonały przykład mitologizacji: zanim nastał Youtube, a wraz z nim zabłąkane skróty różnych meczów kadry, uderzenie Ratajczyka piękniało w wyobraźni.

Ilu z was ma podobnie?

Gol, którego nie widzieliście od lat, a tylko go pamiętacie, nabiera barw? Kiwka jest jeszcze bardziej fantazyjna, strzał bardziej soczysty, zawodnicy szybsi, skuteczniejsi, bardziej techniczni?

Przez lata byłem przekonany, że Ratajczyk strzelał gdzieś z czterdziestu metrów, że to było uderzenie godne jakiegoś piłkarskiego Herkulesa, że Roberto Carlos obejrzawszy ten strzał skończyłby karierę, bo wiedziałby, że czegoś takiego nigdy nie powtórzy.

Uderzenie, owszem, jest piękne. Ale nawet w połowie nie tak heroiczne, jak mi się zdawało.

Nie wiem czy odpuściłem przez te wszystkie lata jakikolwiek mecz reprezentacji Polski. Oglądałem wszystkie starcia zimowe starcia ligowego składu z Bośnią C na bocznym boisku Antalyasporu, pamiętam dalekowschodnie turnieje, podczas których graliśmy z Singapurem czy Brazylią Ź; za każdym razem, gdy ogłaszano w wiadomościach sportowych, że Polska ograła – powiedzmy – 6:0 Koronę Góra Kalwarię albo 2:0 Radomiak, żałowałem, że tego nie transmitowano, bo oglądałbym. Tak jak oglądałem transmisję meczu Polska – Jakiś Klub w przededniu Euro 2008, które mój współlokator na studiach wynorał na jakimś zabłąkanym Sopcaście.

Dlatego dla mnie biblioteka meczów kadry na ŁączyNasPiłka to jak gwiazdkowy prezent, który przyszedł dwa lata wcześniej. I ja wiem, że PZPN ma pilniejsze kwestie, którymi powinien się zająć, jestem tego doskonale świadom, kto nie wierzy, niech łapie 80 TYSIĘCY ZNAKÓW O SZKOLENIU TRENERÓW, najdłuższy reportaż jaki napisałem w swojej przygodzie z piórem (tu wspólnie z Przemkiem Mamczakiem), prześwietlający – według mnie – kluczowy punkt dla przyszłości polskiego futbolu, bo talenty nie biorą się z powietrza, tylko są szkolone. Nie przez ustalone odgórnie Narodowe Modele Gry, tylko przez konkretnych ludzi, którzy bez umiejętności nie wprowadzą niczego, choćby dostali do rąk wszystkie sekrety La Masii i Ajaxu.

Piję do tego, że kiedy PZPN coś zrobi źle, to trzeba powiedzieć, że robi źle, ale nie idźmy w skrajność, że gdy coś jest zrobione dobrze, to mówimy „Ale powinien się zająć czymś innym!”. Osoby, które były odpowiedzialne za archiwizowanie meczów, za całą witrynę, to zupełnie inny dział. Ujmę to tak: osoba, która pięknie odnalazła wypowiedź Janusza Wójcika „Pyzaty niuniuś idzie na dno!” po porażce Engela z Koreą, to klasyczny pasjonat historii polskiej piłki, specjalista w tej dziedzinie, a nie ktoś, kogo należało skierować na front walki Ku Chwale Polskiej Myśli Szkoleniowej. Finanse? Dajcie pokój: strona wygląda dobrze, ale wszyscy wiemy jakie kwoty krążą w piłce nożnej, ta biblioteka kosztowała przede wszystkim nakłady czasowe. Nie zgadzam się, że to ten osławiony PR czy marketing – a nawet jak ktoś chce się upierać, to musi przyznać, że zrobiony tak, że faktycznie daje wartość, coś konkretnego wszystkim kibicom, jakieś narzędzie, jakieś zasoby.

EG_UsAkWsAEUyYi

Wierzę, że są kibice reprezentacji Polski, którzy chcą, po prostu, oglądać najnowsze mecze i to im wystarczy. Ale wierzę też, że są tacy jak ja, którzy chcą pogłębiać swoją wiedzę, którzy chcą zobaczyć jak bywało, chcą zajarać się i historią.

Ja w ostatnich dniach obejrzałem wreszcie na spokojnie jak to było z tym meczem na wodzie, jak maszyna Gmocha zadziałała w 4:1 z Holandią Johana Cruyffa, a także jak się zepsuła z Argentyną w 0:2 na mundialu. Obejrzałem 5:0 z Cyprem, gdzie wyszliśmy dwoma obrońcami, a z przodu Lubańskim, Bońkiem, Deyną, Szarmachem i Stanisławem Terleckim, licząc na bicie rekordu strzeleckiego wszech czasów, a tymczasem – mimo 5:0 – okazało się pierwszy raz, że w Europie nie ma już słabych drużyn. Obejrzałem mecz z USA w Korei, czy faktycznie był taki dobry, a także mecz z Koreą, czy faktycznie był taki zły. Biblioteka wciąż ma być uzupełniania i dobrze, bo nie mogłem obejrzeć Polska – Brazylia z 1986, gdzie podobno graliśmy przez pół godziny wspaniale. Ale ogląda ze mną niektóre mecze teść, a nawet żonę zastanawiała się jak to możliwe, że rozegrali ten mecz z RFN z 1974 na takiej murawie:

Kto wie, może jeszcze Polska – Węgry z 1997 przyjdzie z kimś obejrzeć?

Nie wiem czy coś mi to daje, czy to mi w czymś pomoże. Mógłbym powiedzieć: no wiecie, złapię inną perspektywę, jak zagramy na Euro, dajmy na to, z Włochami, to się odwołam do meczu sprzed pół wieku, a porównanie Grosickiego z Sybisem jest niezbędne dla mojego warsztatu. Nie. Być może to para w gwizdek z punktu widzenia zawodowego.

Ale wiem, że to sprawia mi frajdę, a to wystarczy.

Jestem zwolennikiem hasła, według którego bez znajomości historii nie ma tożsamości, choć wiadomo, gdzie Rzym a gdzie Krym – nie przesadzajmy, mówimy o piłce nożnej. Ale żyjemy w czasach opcji – dobrze, że mamy opcje i co do wygodnego oglądania archiwaliów kadry, bez przekopywania odmętów sieci, tylko na stronach federacji. Im bardziej o tym myślę, tym bardziej uważam, że tam właśnie powinny być, tak to powinno wyglądać. Jeśli zgodzić się, że rządzenie polską piłką to misja – a tak jest – to oczywiście są misje ważniejsze, o wiele ważniejsze, rozliczajmy z ich realizowania. Niemniej dbanie o historię też jest jedną z nich. Multimedialne muzeum online to odpowiedź na fakt, że za chwilę wybije 2020 rok.

Leszek Milewski

KOMENTARZE (26)