Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Wydawało mi się, że najbardziej efektowną kłótnią na styku amerykańskiej koszykówki i międzynarodowej polityki będzie turecka wymiana kuksańców w wykonaniu najsłynniejszych koszykarzy z tego kraju. Tydzień temu opisywałem tu u siebie przepychankę między legendarnym tureckim sportowcem, obecnie doradcą Recepa Erdogana, Hedo Turkoglu oraz legendarnym tureckim sportowcem, obecnie przez rząd Recepa Erdogana uznanym za terrorystę, Enesem Kanterem. 

Kolejny spór jest jednak o wiele ciekawszy, bo dotyczy nie tyle oceny polityki wewnętrznej autorytarnego państwa na styku Europy i Azji, ale wartości trochę bardziej uniwersalnych, z wolnością słowa na czele.

***

Zacznijmy może od roku 1997, gdy po okresie dzierżawy Hongkong stał się częścią Chin, ale z rozłożoną aż na 50 lat gwarancją sporej autonomii. W dużym skrócie to właśnie w tamtym okresie nastawiono bombę zegarową z optymistycznym przesłaniem: ci, którzy przyjdą tu po nas, z pewnością zdołają ją rozbroić. Niestety, sytuacja w Hongkongu na przestrzeni ostatnich paru lat każe twierdzić, że próby rozbrajania prowadzone są wyjątkowo niezdarnie, a zamiast łagodzenia pewnych kwestii („gwarancja” wygasa już za 28 lat!), mamy zaostrzanie sporów.

Na przestrzeni ostatnich 5 lat wyjątkowe miasto dwukrotnie stawało na krawędzi poważnego wewnętrznego konfliktu – za pierwszym razem, w 2014 roku, chodziło o zapowiedź ograniczenia autonomii wyborczej przez Chińską Republikę Ludową (wystawienie kandydatów przez komunistyczny rząd), ale po wystąpieniach, w których prawie 500 demonstrantów zostało rannych, a tysiąc został zatrzymany – władze utrzymały status quo. Dziś sytuacja jest jeszcze gorsza – chodzi bowiem o ustawę ekstradycyjną, która w oczywisty sposób ułatwiłaby Chinom wpływanie na wewnętrzne sprawy Hongkongu. Jak przy każdej próbie poszerzania władzy komunistów w tym unikalnym regionie, z miejsca ruszyły protesty, które nieprzypadkowo rozpoczęły się w dniu rocznicy zdarzeń na placu Tian’anmen.

To zresztą pokazuje skalę problemu – przecież rocznicowe demonstracje to pierwsze dni czerwca, zaraz powita nas listopad, a spokoju w Hongkongu nadal trudno wypatrywać. Wręcz przeciwnie, w październiku obie strony sporu zaostrzyły walkę: jeden z policjantów, przyparty do muru, użył ostrej amunicji, protestujący z kolei coraz śmielej posługiwali się benzyną i ogniem. Patrząc na obrazki w sieciach społecznościowych – w kategorii cudu trzeba traktować fakt, że na razie jedyne ofiary to efekt samobójstw ludzi, którzy nie mogli się pogodzić z obecną sytuacją.

Nie chcę wnikać w szczegóły, zwłaszcza, że demonstranci poza słusznym sprzeciwem i pięknymi słowami manifestów mają też na koncie chociażby demolowanie banków. Ogólnie jednak zarys sporu można uprościć: coraz bogatsze, ale wciąż komunistyczne Chiny chciałyby umacniać swoją kontrolę nad Hongkongiem. Równie bogaty, ale wciąż wolny Hongkong, chciałby utrzymania, a najlepiej rozszerzenia autonomii od swojego wielkiego patrona.

Nic dziwnego, że wielu wielkich zachodniego świata stanęło po stronie wielomilionowej rzeszy demonstrantów (Reuters podał, że tylko podczas jednego z sierpniowych weekendów frekwencja mogła sięgnąć dwóch milionów ludzi w 7-milionowym mieście). We wrześniu wsparcie dla „zagwarantowania praw Hongkongu” ogłosiła Angela Merkel, swoje słowa wsparcia przekazał też Emmanuel Macron, któremu chińska ambasada od razu wypomniała, że sam boryka się z identycznymi protestami we własnym państwie.

Na początku października obrazek z poparciem dla protestujących w Hongkongu zamiesił Daryl Morey, główny menedżer Houston Rockets. Pseudonim Franek Dolas.

***

Być może Daryl nie rozpętał trzeciej wojny światowej, ale dobitnie udowodnił wszystkim, że biznesu nigdy nie da się kompletnie odciąć od świata polityki.

Reakcje na w sumie dość niewinne wsparcie dla w sumie dość niewinnych demonstrantów protestujących we w sumie dość niewinnej sprawie pokazały w pełni siłę pieniądza. Być może gdyby chodziło o inny klub, sytuacja nie stałaby się tak głośna. Ale przecież to Houston Rockets, czyli byłe miejsce pracy samego Yao Minga. Chiński wieżowiec, kochany przez cały naród, swoją karierę w NBA spędził w całości w zespole Rakiet, te zaś odwdzięczyły się zastrzeżeniem jego numeru. Po zakończeniu kariery Yao wrócił do Chin, gdzie jest szefem tamtejszego związku koszykarskiego. Jak się domyślacie – raczej swojego państwa za agresora tłamszącego Hongkong nie uważa.

Chiny uznały, że nie ma sensu bawić się w półśrodki i zareagowały błyskawicznie – sponsorzy Rockets z tamtego regionu z miejsca zawiesili współpracę, a kanał transmitujący amerykańską koszykówkę tej wyjątkowo licznej publice zapowiedział bojkot zdarzeń z udziałem zespołu z Houston. Wprawdzie Morey bardzo szybko usunął tweeta, a właściciel klubu, również na Twitterze, poinformował, że klub ma w Chinach wielu przyjaciół, których nigdy nie chciał urazić, ale maszyna już ruszyła. Ucierpieć miała w pierwszej kolejności organizacja Rockets, ale Chińczycy poczuli się na tyle dotknięci, że wizerunkowy pożar objął całą NBA.

***

Przepraszamy, kochamy Chiny. Kochamy tam grać. Jeździmy tam raz czy dwa razy do roku i fani zawsze nas gorąco wspierali i kochali. Doceniamy naszych wiernych kibiców i kochamy wszystko, co robią. Ich wsparcie jest dla nas ważne.

~ James Harden, najlepszy koszykarz Rakiet, dla NBC, cytat za tvn24.pl.

***

Wystarczyło kilku sponsorów, wystarczyło kilka stanowczych wypowiedzi, zmarszczeń czoła. Chiński biznes okazał się wcale nie taki kapitalistyczny, za jaki mógł uchodzić. Wręcz przeciwnie, okazał się gotowy do natychmiastowych ruchów, gdy ktoś śmiał podważać ruchy państwa, z którego ten biznes się wywodzi. To wszystko jest o tyle fascynujące, że przecież działacze czy koszykarze NBA nie unikają trudnych tematów – by wspomnieć choćby o wypowiedziach gwiazd w tematach dotyczących decyzji Donalda Trumpa.

Zobaczmy najpierw LeBrona Jamesa w wersji „rebeliant, prowadzący lud do wolności przeciw despocie”.

„U bum”? Do prezydenta? Oj, trzeba mieć jaja ze stali.

No to teraz wersja LeBrona Jamesa w wersji „to wszystko jest bardzo złożone, przepraszam bardzo, nad łóżkiem mam panoramę Pekinu”.

– Nie chcę się wdawać w spory z Darylem, ale uważam, że nie miał wiedzy o całej sytuacji, a się wypowiedział. Trzeba uważać na to, co się tweetuje – nawet jeśli mamy wolność słowa – bo to może przynieść wiele negatywnych skutków – tłumaczył jego wypowiedzi portal sport.pl. Potem wprawdzie LBJ prostował na Twitterze, że chodziło wyłącznie o świadomość konsekwencji słów, a nie samą treść, ale Ulica już osądziła: Król bardziej niż swoimi poddanymi z Hongkongu przejmuje się banknotami z Chin.

Nie należę do fanów Trumpa, ale dysproporcję pomiędzy odważną krytyką w stronę prezydenta USA, a wyjątkową wręcz wyrozumiałością wobec chińskiego rządu da się zauważyć z kosmosu. Co gorsza – trudno się nawet temu dziwić, biorąc pod uwagę jaką potęgą gospodarczą są Chiny, jaką potężną publiką są chińscy fani sportu, jak wielkim rynkiem zbytu są ich głowy, starannie przygotowane na noszenie czapeczek z logiem Houston Rockets. Konkretne liczby przywołał TVN 24 – za prawo do transmitowania NBA na chińskim rynku Tencent zapłacił 1,5 miliarda dolarów.

Chiny były zresztą gospodarzem niedawnego koszykarskiego mundialu, pamiętamy zresztą wszyscy, jak fantastycznie sędziowany był ich mecz z Polakami. Na turnieju była obecna reprezentacja USA. Protesty w Hongkongu trwały przez cały okres turnieju. Środowisko trzymało się kurczowo „apolityczności” i powstrzymywało od komentarzy. Przypomnę tylko, że apolityczność nie obowiązuje, gdy trzeba objechać prezydenta USA.

Michał Kiedrowski ze sport.pl słusznie zauważa – wśród fanów NBA w USA największe grupy to mniejszości etniczne, zazwyczaj wspierające Demokratów. Dla tego elektoratu słowa krytyki wobec Trumpa ze strony Curry’ego czy LeBrona Jamesa to kolejny powód, by jeszcze mocniej pokochać NBA. Ich ewentualna krytyka Chin nie przyniosłaby żadnych korzyści dla ligi, za to zaszkodziła jej pod względem finansowym.

Tylko że tutaj dochodzimy do tej ściany, której nie spodziewaliśmy się zobaczyć. Wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się zielony mur z banknotów.

***

Dlaczego to takie przerażające?

Może się mylę (obym się mylił!), ale jesteśmy w ten sposób oplatani przez wiele podmiotów, które na razie w spokoju obserwują sytuację i odgrywają rolę pasjonatów sportu, żywo zainteresowanych wyłącznie rywalizacją na boiskach oraz ewentualnie pomnażaniem swoich fortun. Ale jaką mamy gwarancję, że to, co właśnie dzieje się na linii Chiny – NBA kiedyś nie odbierze nam smaku z oglądania meczów? Na razie mieliśmy przykład zakneblowania poprzez ekonomiczny szantaż, tak chyba trzeba to nazwać. Albo zamkniecie mordy, albo zabierzemy wam pieniądze. Sprawa dość złożona, przyznaję, w dodatku szantaż dość dobrze zamaskowany, dlatego w teorii to jeszcze nie jest żaden koniec świata.

Ale czy jeśli Chiny są w stanie wymusić milczenie na jednym z dwóch największych koszykarzy w historii, to czy w przyszłości inwestor z innego państwa nie byłby w stanie wymusić zabrania głosu? Staram sobie wyobrazić na przykład Krzysztofa Piątka, który za sprawą chińskich inwestorów Milanu jest zmuszony do przeczytania oświadczenia potępiającego rozruchy w Hongkongu. A może któryś z rosyjskich oligarchów, którzy inwestują w futbol, za jakiś czas zorganizuje sparing z zespołem z Krymu? Chelsea – FK Sewastopol, na trybunach premier Republiki Autonomicznej Krymu, Siergiej Aksionow, na murawie gwiazdy Premier League odczytują podziękowania za wspaniałą gościnę, które nie byliby w stanie uświadczyć na żadnym ukraińskim stadionie.

Na razie brzmi jak science-fiction, ale pewne ścieżki właśnie zostały wydeptane. Skoro w państwie, które symbolizuje dla wielu wolność, jeden z najważniejszych sportowców obawia się tupnięcia nogą sponsorów z Chin…

Ale są też dobre strony. W polskich klubach zagraniczny kapitał nie będzie wymuszał żadnych politycznych deklaracji, bo w polskich klubach zagranicznego kapitału nie ma.

KOMENTARZE (11)