Jagiełło: Debiut smakował jak dobre spaghetti. Apetyt tylko rośnie
Włochy

Jagiełło: Debiut smakował jak dobre spaghetti. Apetyt tylko rośnie

Roi się od Polaków we Włoszech, ale jak pokazał nam początek sezonu Serie A, ich losy są bardzo różne. Najbardziej kłują w oczy odstrzeleni do Serie B Patryk Dziczek i Paweł Jaroszyński. Z kolei Żurkowski, Walukiewicz czy Jagiełło zniknęli nam trochę z radaru. Ten ostatni dostał szansę debiutu z Parmą, wchodząc w niedzielę wieczorem na 20 minut. Jak Filip odnajduje się we Włoszech? Ile energii poświęcił na naukę języka. Jak wygląda jego sytuacja w zespole? Porozmawialiśmy z nim na ten temat. 

Dzień po debiucie makaron smakował lepiej?

Tu codziennie smakuje dobrze. Jest zadowolenie, że udało się zadebiutować, że dostałem szansę pokazania się. Ale też nie ma co popadać w jakiś huraoptymizm, bo zagrałem dopiero 20 minut.

Nie ma co popadać w huraoptymizm, ale trochę na debiut czekałeś.

Jak powiedziałem, cieszę się bardzo. Czekałem na to tak naprawdę od końca sierpnia, kiedy zaczęła się liga. Czekałem, obserwowałem sytuację.

Dlaczego tyle musiałeś wzmacniać swoją cierpliwość?

Uważam, że jedynym powodem, przez który nie grałem, był brak doświadczenia na poziomie zawodników, którzy grają u nas w środku pola – jak Radovanović czy Lasse Schone. To są mega doświadczeni piłkarze i właśnie dlatego dopiero teraz dostałem szansę. Patrząc na treningi i aspekty czysto piłkarskie, już dawno bym zadebiutował. Cierpliwie czekałem, ale nie siedząc na tyłku, tylko pracując. Najpierw w Polsce – po podpisaniu kontraktu z Genoą szykowałem się do tego wyjazdu pół roku. Zdawałem sobie sprawę, że mogę mieć na początku miesiąc, dwa miesiące bez gry. To nie będzie tak, że wyjdę i od razu zacznę grać. Jak zapytasz znajomych czy moją narzeczoną Agnieszkę, nawet ona ci powie, że podchodziłem do tego spokojnie, cierpliwie. Pracowałem, pokazywałem na każdym treningu trenerowi, że warto na mnie stawiać. Ale głód rósł i że teraz przyszedł ten wyczekiwany moment, to smakuje świetnie, jak dobre, włoskie spaghetti. Apetyt tylko rośnie.

Agnieszka jest cały czas z tobą?

Przyjechała na początku sierpnia. Wcześniej wybrałem tylko mieszkanie. Ona ogarnęła dom, zajmuje się nim. Na pewno bez niej bym sobie tutaj nie poradził, bo to, co ona zrobiła w domu i dla mnie, to jest naprawdę coś dużego. Jest tutaj cały czas, teraz pojechała tylko na dwa tygodnie pozałatwiać swoje sprawy do Polski, ale wraca już jutro i będzie ze mną do świąt Bożego Narodzenia.

Powiedziałeś, że bez niej byś sobie nie poradził. A jak radzi sobie ona?

Dobrze, w Lubinie wspólnie chodziliśmy na lekcje włoskiego. Ja byłem bardziej gorliwy w nauce, wiedziałem, że to dla mnie kluczowe do dobrego wejścia w drużynę. Agnieszka uczy się włoskiego, ale zna angielski, więc bez problemu sobie radzi. Mamy już tutaj znajomych, z którymi ja się komunikuję po włosku, Agnieszka też po angielsku, więc nie ma już z tym problemu. Pierwszy miesiąc to wiadomo – nowe otoczenie, nowy kraj, wszystko inne. I jesteśmy w tym „nowym” non stop razem. Jak jakiegoś dnia mieliśmy siebie dość w Lubinie, to ona pojechała do rodziców, ja gdzieś do kolegów. A tutaj jesteśmy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Była to dla nas nowa sytuacja. Na początku się tego bałem, jak to będzie, ale bardzo dobrze się dogadujemy, jesteśmy zżyci, nie nudzi się nam, także jest super.

Krzysiek Piątek w „Weszło butami” powiedział, że największy pantoflarz w Zagłębiu to… sam wiesz..

(śmiech) Jak się poznawałem z Agnieszką, to Krzychu był jeszcze w Zagłębiu. A wiesz, jak to na początku – chciałem się pokazać z jak najlepszej strony. Jesteśmy ze sobą pięć lat i to już są normalne relacje, świetnie się dogadujemy. Jest już moją narzeczoną, planujemy ślub w niedalekiej przyszłości, także wszystko po kolei, powolutku.

Tęsknicie za Polską czy jednak trafiliście do innego, trochę lepszego świata?

Bardzo dobrze nam się żyje. Ale przez pierwsze dwa miesiące brakowało mi Polski, rozmów ze znajomymi, klimatu z Lubina.

Konrad Forenc mi mówił, że dzwonisz do niego – jak nie każdego dnia, to w każdym tygodniu.

Właściwie ze wszystkimi mam dobry kontakt. Praktycznie codziennie rozmawiam z Dominikiem Jończym, Damianem Oko, Arturem Siemaszko, Adrianem Błądem. Z „Forim” właśnie, z Kubickim. Dzisiaj rozmawiałem z Filipem Starzyńskim. Zawsze mnie denerwowało, gdy ktoś wyjeżdżał z Zagłębia i się odcinał, nie utrzymywał kontaktu. Staram się być takim, który je utrzymuje. Brakuje mi rozmów ze znajomymi ze starej szatni, więc staram się być na bieżąco w takich relacjach.

A z Polakami grającymi we Włoszech masz jakiś kontakt?

Nie za bardzo. To znaczy z Karolem Linettym albo Beresiem mógłbym mieć dobry kontakt, jesteśmy Polakami i widzieliśmy się, kiedy podpisywałem kontrakt, ale dziwnie byłoby napisać coś typu: „hej, wyjdziemy gdzieś?”, bo tak naprawdę rozmawiałem z nimi raz w życiu. Co innego, kiedy się poznasz w szatni. Wyjdziesz gdzieś raz, drugi. To jest naturalne nawiązywanie kontaktu. Gdybym miał to kogoś teraz napisać, to byłoby trochę sztuczne, nie byłoby to w moim stylu. Ale po meczu rozmawiałem z Krzyśkiem Piątkiem. Na Cagliari rozmawiałem z Walukiewiczem. Jak gra jakiś Polak, zawsze staram się podejść i pogadać.

A jak z gadaniem z miejscowymi?

Intensywnie uczyłem się przez cztery miesiące włoskiego, ale kiedy przyjechałem do Ligurii, tak naprawdę rozumiałem tylko pojedyncze słowa. Myślałem, że będę rozumiał dużo więcej. Nie potrafiłem złapać kontekstu zdania. Miałem szczęście, że Paweł Jaroszyński był tu na początku i dużo mi pomagał, tłumaczył. Jak mieliśmy pierwszy obóz, miałem jeszcze po dwóch treningach lekcje włoskiego. Zmęczony, ale wiedziałem, że muszę to ogarnąć, bo bez języka sobie tutaj nie poradzę. A teraz mamy końcówkę października, normalnie chodzę z chłopakami na kolację. Rozmawiamy po włosku, rozumiem odprawy trenera Andreazzoliego. Już nie potrzebuję tłumaczenia na angielski.

Z Polakami po włosku się rozmawia łatwiej niż z Włochami?

Miałem jedną nauczycielkę języka włoskiego, uczyłem się powoli. Ale tak, mamy tutaj chłopaków z Ameryki Południowej, z Afryki i z nimi się inaczej rozmawia po włosku, po angielsku. Nie mają takiego akcentu. Jeżdżę z nimi na treningi, oni jeżdżą ze mną. Normalnie z nimi rozmawiam – tak jak teraz z tobą. Natomiast Włochów z ich akcentem, kiedy szybko mówią, nie zawsze łatwo zrozumieć.

Włochów da się lubić?

Tu wszyscy są otwarci. W porównaniu z Lubinem jest różnica. Małe miasto, wszyscy się znają. Tutaj wychodzisz na miasto i jesteś anonimowy. Możesz pójść na kolację z dziewczyną, nikt do ciebie nie podchodzi, nie prosi o autograf. Jak idę do sklepu i czegoś potrzebuję, to zawsze z uśmiechem pomagają. To mi się podoba. Ale nie chcę narzekać na Polskę, bo nasz kraj i Lubin też mi się podobają. Tu i tu jest po prostu inna kultura.

Wiosną w Lubinie uczyłeś się mocno włoskiego, poza słownictwem i gramatyką oglądałeś filmy, seriale po włosku?

Z seriali próbowałem oglądać „Gomorrę”, ale Paweł Bochniewicz powiedział mi na kadrze, żebym tego nie oglądał, bo to język neapolitański, który nigdy nie będzie mi potrzebny, więc przestałem. Teraz zacząłem oglądać „Suburrę” po włosku.

W Zagłębiu byłeś jednym z tych, którzy nie tykali piwa. Jak już, to jedno. Włosi słyną z podeścia, że lampka wina do obiadu to nie grzech i nawet sportowcy nie muszą się z tym kryć.

W ogóle nie widziałem, by ktoś tu pił piwo. Może ewentualnie jak byliśmy na obozie, to jedno piwo ktoś wypił, rządzi wino. Goran Pandew zorganizował niedawno kolację urodzinową i piliśmy tylko wino. Ale wiesz – wypijesz lampkę, dwie, trzy i coś zjesz. Tę lampkę pijesz sobie przez pół godziny, siedzisz sobie, gadasz, sączysz. To nie jest tak jak u nas, że pijesz jedno piwo w dziesięć minut, zaraz drugie. Tutaj jest inaczej, spokojniej. Nie spotykasz się na wino, tylko pogadać, a lampka wina to dodatek. W Polsce idziesz na kolację z drużyną na trzy-cztery godziny, rozmawiasz o wszystkim, zasiedzisz się. Tutaj kolacja drużynowa to półtorej godziny, zjedliśmy, napiliśmy się i rozeszliśmy. Jest inny klimat.

Jesteś wychowankiem Zagłębia, w „jedynce” byłeś od 16. roku życia, więc teraz dopiero drugi raz w życiu poznajesz nową szatnię.

Przez pierwszy miesiąc byłem cicho, słuchałem i musiałem się oswoić z językiem. Miałem najlepszy kontakt z chłopakami z Ameryki Połudnowej: z Antonio Sanabrią, Cristianem Romero, który teraz podpisał kontrakt z Juventusem. Dziś coraz więcej rozmawiam z Włochami. Szatnia jest inna. W Zagłębiu przychodziliśmy godzinę przed treningiem – pogadać, pograć w siatkonogę, robiliśmy siłownię. Tu przyjeżdżamy godzinę przed zajęciami, masz śniadanko, schodzisz sobie 10 minut przed ćwiczeniami, wcześniej oglądasz telewizję i wiesz wszystko, co mówią o piłce. Schodzisz po treningu, dwadzieścia minut, pół godziny, już nikogo nie ma. Niektórzy zrobią jeszcze coś dla siebie, no i tyle. W Lubinie potrafiliśmy dwie i pół godziny po treningu zostać, grać w siatkonogę, rozmawiać w szatni.

Mateusz Borek mówi, że Polak za granicą mógłby sobie poradzić w meczu, ale do meczu w sobotę musi dojść walką w poniedziałek, wtorek, środę, czwartek, piątek. Poradziłeś sobie z intensywnością treningu?

Mieliśmy ciężkie przygotowania w Zagłębiu z trenerem Stokowcem. Tak samo wspominam obozy z trenerem Van Daelem czy Lewandowskim. Ale to, co tutaj trenujemy – ja przez pierwszy miesiąc chodziłem spać o 21:00, bo nie mogłem wytrzymać takiego codziennego wysiłku. Codziennie biegaliśmy, gierki po czterdzieści minut na każdym treningu. I tak cały czas. Dzień w dzień biegamy i gierki. I nie ma narzekania, że znowu to samo. Tu każdy wychodzi i walczy o swoje. Sam wiesz, jak jest. Jak w Polsce jest bieganie czy długa gierka, to zaraz narzekanie. Ja gram szybko piłką, rozwijają mnie te treningi. Gierka na jeden, dwa kontakty. Nie możesz dryblować, zastanawiać się, tylko musisz szybko podejmować decyzje. To jest cięższe niż przyjęcie, poprawianie sobie piłki, drybling.

To było też widać w debiucie z Parmą. Szukałeś pierwszego zagrania do przodu, potem wziąłeś rzut wolny, który był minutę po twoim wejściu. Kiedy piłkarze Parmy zapędzili cię do linii, ty zagraniem fałszem między nimi otworzyłeś drogę koledze. Widać było, że myślisz o grze do przodu, dynamice, cofanie piłki nie wchodziło w grę. Zebrałeś dobre recenzje za te 20 minut.

Debiut mógł być wcześniej. Czułem, że mogę wejść z Milanem przed przerwą reprezentacyjną. Ale tak się potoczyło, że nasz kapitan doznał kontuzji, potem była czerwona kartka, czyli już dwie wymuszone zmiany. Ale przed Parmą mówiłem sobie: stać cię na grę tutaj i albo wejdziesz i im pokażesz, że możesz się liczyć w tym zespole albo zagrasz na alibi i więcej nie wejdziesz. Uważam, że wykorzystałem te dwadzieścia minut.

Czekasz na jakiegoś rywala?

Nie, bardziej czekam na grę. Możliwe, że za tydzień znowu będę miał okazję się pokazać. A za dwa tygodnie gramy z Juventusem.

Kusi, żeby zagrać przeciwko Cristiano Ronaldo, nie oszukujmy się.

Gramy w Turynie, więc nie tylko Cristiano Ronaldo, chodzi ogólnie o Juventus. To będzie dla mnie wielkie wydarzenie, jeśli ja tam zagram.

Zmieniłeś Lasse Schone pół roku po tym, jak on grał w półfinale Ligi Mistrzów. To jest najlepszy piłkarz, którego możesz podpatrywać?

Pod względem piłkarskim, technicznym uważam, że on jest najlepszy. Jest mały, zwinny, ma szybką nogę. Jak ma piłkę przy nodze, no nie ma szans, by mu ją odebrać.

Często słyszysz hasło „Pio! Pio! Pio!”?

Nie, nic z tych rzeczy. Raz na mieście widziałem, jak ktoś sprzedawał koszulkę Krzyśka, ale nie słyszałem jeszcze, by ktoś mnie do niego porównywał. Inna pozycja, robi wielką karierę. Tutaj mnie nawet ludzie jeszcze nie rozpoznają. Może jedna, dwie osoby podejdą, zrobią zdjęcie, ale tak to nie. Spokojne życie. Można się skupić na pracy, na treningu, żeby się dobrze pokazać, pracować nad sobą.

Masz już jakąś knajpę, do której wpadasz na pizzę, makaron czy preferujesz jedzenie w domu?

Pizzę jadłem tylko raz, odkąd tu przyjechałem. Nie mam tutaj ochoty na takie jedzenie. Tu jest tyle restauracji, w każdej jest przepyszna kuchnia. Zamawiam mięso, steki, wieprzowinę, takie rzeczy. Jeśli chodzi o makaron, jem w klubie, bo w domu Agnieszka robi mi najczęściej sałatki.

Czyli węglowodanów mało.

Wieczorem mało, tylko w klubie. Tutaj mamy ważenie co trzy-cztery dni.

Ile masz?

Jak przyjechałem, miałem 75,8 kg, teraz mam 75,76. Zawsze w granicach 75,5-76 kg.

Mówiliśmy wcześniej, jak świetnym piłkarzem jest Lasse Schone. A Pandew? On też robi wrażenie, czy już więcej znaczy w szatni niż na boisku?

Pandew też robi wrażenie na treningu. Według mnie to jest taka dziesiąteczka lub podwieszony napastnik. Idealnie, żeby był typowy napastnik i pod nim Goran, który potrafi zagrać fałszem, kiwnąć, znaleźć miejsce. Super zawodnik. Na murawie widać, że grał wysoko, wygrał Ligę Mistrzów.

W końcu grał u Mourinho.

A poza tym jest normalną osobą. Mógłby patrzeć na mnie z góry, a zawsze podejdzie, zagada, przybije piątkę, pochwali. Przedwczoraj czekałem na chłopaków, bo jechałem z nimi do klubu. On jedzie, zobaczył mnie i pyta – na kogo czekam, że może mnie zabrać. Mega zawodnik i osoba.

Czesław Michniewicz napisał na Twitterze: „nareszcie debiut Filipa Jagiełły”. Ty mógłbyś już nie obchodzić trenera, bo nie ten wiek i nie ta kadra, ale macie jeszcze jakiś kontakt? Przekazuje ci wskazówki?

Tak, mamy kontakt. Napisałem do trenera po wygranych meczach eliminacyjnych. Życzę mu wszystkiego dobrego. Mam nadzieję, że z tą kadrą zrobi co najmniej taki wynik, jaki my zrobiliśmy w tym roku. Albo jeszcze lepszy, bo uważam, że trener jest bardzo dobrym szkoleniowcem. Wczoraj mu podziękowałem. Życzę mu wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że on mi też. Praca to praca, a człowiekiem zawsze trzeba być, bo gdybyś łączył piłkę i życie prywatne, to byś zwariował. Mamy dobre relacje. Zresztą przed Genoą to z nim zagrałem pierwszy raz na włoskich boiskach.

Rozmawiał Samuel Szczygielski

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (0)