Bayern zaczyna i kończy się na Lewandowskim
Weszło

Bayern zaczyna i kończy się na Lewandowskim

W ostatnich tygodniach Robert Lewandowski w Bayernie musi czuć się niczym altruistyczny mentor, który z najcierpliwszą konsekwencją naprawia wszystkie błędy swoich mniej zdolnych kompanów. Monachijczycy mogą stracić swoich podstawowych stoperów, popełniać niefrasobliwie błędy, kończyć piąty mecz z rzędu z dwoma straconymi golami, grać nudno, schematycznie, gubić się, oddawać inicjatywę rywalom, nie potrafić narzucić swojego stylu, ale nie zginą, mając w swoich szeregach wielkiego protektora w postaci polskiego napastnika.

Tym razem Lewy rozstrzelał Olympiakos Pireus.

Mistrz Niemiec ma swoje problemy. Jego forma pozostawia wiele do życzenia. Zespół Niko Kovaca, którego pozycja w klubie podobno zaczęła być znów kwestionowana, zaliczył dwie kolejne wpadki w Bundeslidze, przegrywając z Hoffenheim 1:2 i remisując z Augusburgiem 2:2, a ponadto w tym drugim starciu stracił Nicolasa Suele, będącego do tej pory najsolidniejszym filarem bloku defensywnego. W konsekwencji sztab szkoleniowy giganta z Bawarii na pozycji środkowego obrońcy dysponuje czwórką Hernandez-Pavard-Martinez-Boateng, z czego trzech pierwszych przydaje się na innych pozycjach, a ostatni powoli przechodzi na drugi brzeg rzeki i lepszy już nie będzie. I choć uspokajający głos powziął sam Uli Hoeness, który stwierdził, że problemy są chwilowe, obrona ustawia się w zasadzie sama i z czasem przyjdzie stabilizacja, a poza tym, to w ogóle nie ma żadnego problemu, bo Martinez naturalnie zacznie częściej grać na pozycji defensywnego pomocnika, co przyczyni się do uszczelnienia obrony, to nikt za bardzo mu w ten spokój nie wierzył.

Doskonale było to widać na tle Olympiakosu, który w obliczu trzydziestu trzech tysięcy swoich kibiców, nie zamierzał klękać przed bardziej utytułowanym rywalem. Masouras nie dawał nawet chwili wytchnienia zabieganemu Kimmichowi, który ewidentnie znacznie lepiej czuje się w środku pola. Camara, Bouchalakis i El Arabi nękali zawodzący duet Pavard-Hernandez, a Podence przygaszonego Alabę. Przede wszystkim postawa dwóch środkowych obrońców Bayernu pozostawiała wiele do życzenia. Obaj przyszli do klubu w lecie, obaj przedstawieni jako przyszłe wspaniałe gwiazdy, broniący się na papierze, ale obaj też prezentujący się znacznie poniżej oczekiwań. I nie zmienią nawet tego zachwyty władz klubu, które wyglądają raczej, jak próba utrzymywania szerokiego uśmiechu, kiedy ogląda się własny płonący dach.

Jeszcze gorzej wyglądała ofensywna gra Bayernu. Miotający się na skrzydle Thomas Mueller przypominał karykaturalną wersję samego siebie, a chyba nie trzeba nikomu udowadniać, że jego styl gry aż sam prosi się o takie zniekształcenia. Z podziwiania jego nieudolnych starań bardziej od zirytowanych kibiców usatysfakcjonowane byłyby korniki. Drewno pierwszej klasy.  Z tego wszystkiego nic nie robili sobie gospodarze, którzy po trzydziestu minutach gry prowadzili 1:0 i nie zamierzali na tym poprzestawać.

Ale wtedy zdenerwował się Lewandowski. I to bardzo. Swoje trafienie skwitował tylko głośnym i jednoznacznym popularnym polskim przekleństwem. Nie mógł inaczej. W drugiej połowie dołożył kolejne, pokazując swoją przebiegłość, ponadprzeciętny spryt i snajperski nos, kiedy to w bardzo trudnej sytuacji, potrafił znaleźć, żeby zmieścić futbolówkę między bramkarzem i obrońcami Olympiakosu. To był jego 57 i 58 gol w Lidze Mistrzów.

Jest napastnikiem absolutnie wybitnym.

Nikt w ligach z pierwszej piątki najlepszych w Europie nie strzelił tyle gole, ile on w tym sezonie. A Lewandowski nie zamierza się zatrzymywać. Szkoda tylko, że nie dopisują mu koledzy, bo tak jak Mueller uczestniczył jeszcze przy pierwszej bramce Polaka, Coutinho zaliczył jedno ładne podanie, Tolisso pięknie przymierzył na 3:1, tak to wszystko były tak sporadyczne zagrania, że nie sposób uznać ich za istotne dla oceny występów powyższych piłkarzy. Zasłużyli na srogą naganę, a nie jakiekolwiek pochwały. O reszcie lepiej nawet nie wspominać. Do ostatniej minuty Bayern drżał o wynik. To Olympiakos prowadził grę w drugiej połowę, to Olympiakos do końca walczył o wyrównanie, to Olympiakos napierał, a Bayern się bronił, ale ostatecznie się wybronił i w swojej grupie ma komplet punktów. Po trzech meczach nie ubrudził swojej mistrzowskiej szaty.

Skutecznie już o to zadbał Robert Lewandowski.

Olympiakos Pireus 2:3 Bayern Monachium

El Arabi 23′, Guilherme 79′ – Lewandowski 34′, 62′, Tolisso 75′

Fot. Newspix

KOMENTARZE (19)