Najbardziej pechowi kontra najbardziej szczęśliwi
Weszło

Najbardziej pechowi kontra najbardziej szczęśliwi

Pierwsza myśl, gdy patrzymy na sezon 2019/20 w wykonaniu Rakowa Częstochowa? Pechowcy. Tu słupek, tam poprzeczka, gdzie indziej błąd sędziego bądź niefortunne odbicie piłki od ręki – i zamiast górnej połowy tabeli mamy coraz mocniej naciskający pościg strefy spadkowej na karku. A Śląsk Wrocław? Drugi biegun. Farciarze. Sami powiedzcie, jak często się zdarza, że Łukasz Broź strzela dwa gole w meczu? Że Exposito ładuje hat-tricka?

Kto śledzi nie pojedyncze mecze czy skróty, ale cały sezon od pierwszego gwizdka, zapewne przynajmniej raz pomyślał sobie patrząc w tabelę: co oni robią tak nisko? Co oni robią tak wysoko? Bo przecież patrząc na styl gry, na jakość tworzonych okazji strzeleckich czy te ogólne „efekty wizualne”, Raków nie zasłużył na ustawianie w jednym szeregu z Arką Gdynia czy Koroną Kielce. Z drugiej strony Śląsk Wrocław, który przez dłuższy czas toczył się w okolicach podium, mimo że jego gra momentami ograniczała się do zadania dwóch, ale za to skutecznych ciosów.

Zacznijmy może od pechowców z Rakowa. Dlaczego uważamy, że chłopaki musieli przed sezonem napotkać na swej drodze całe stada czarnych kotów? Najbardziej jaskrawe są trzy przykłady.

1) Mecz z Wisłą Płock, oczywiście przegrany. Jeszcze przed przerwą Raków powinien zdobyć przynajmniej dwie bramki, a prawdopodobnie dołożyć do tego też trafienie z rzutu karnego – dwukrotnie (!) sędzia podejmował decyzję na ich niekorzyść po faulach w szesnastce. Trochę przez własny brak skuteczności, bardziej przez oczywiste błędy sędziego, Raków schodzi na przerwę z wynikiem 1:0, mecz ostatecznie kończy się zwycięstwem gości.

2) Mecz z Piastem Gliwice, oczywiście przegrany. Raków prowadzi grę, tworzy sobie kolejne sytuacje, trzyma wynik 1:0. Wtedy to gliwiczanie wreszcie atakują odważniej bramkę Gliwy – ale piłka nie wpada do siatki. Uderza w kolano Sapały, potem w jego rękę. Na ile można było tego uniknąć – trudno ocenić, fakt jest taki, że piłkarze Piasta mieli do dyspozycji całą olbrzymią przestrzeń, a wcelowali akurat w kolano obrońcy Rakowa, w dodatku na tyle szczęśliwie, że piłkarz wyleciał z boiska z czerwoną kartką, a podopieczni Waldemara Fornalika od razu poszli za ciosem. Wyrównanie z karnego, chwilę potem gol na 2:1 – Raków znów zamiast trzech punktów zostaje nawet bez remisu w wyniku nieszczęśliwego odbicia piłki.

3) Mecz z Górnikiem Zabrze, oczywiście przegrany. I znów Sapała, który tym razem zdobywa efektownego swojaka. Ile razy musiałby wykonać podobny wślizg, by piłka trafiła do siatki? Mamy wrażenie, że na sto podobnych sytuacji, próbę zablokowania dośrodkowania wślizgiem, podobny efekt zyskałoby może z pięć tego typu zagrań. Naturalnie musiało trafić na Sapałę i na Raków, a zabrzanie mogli po wszystkim świętować zwycięstwo.

Limit pecha wyrobiony za trzy-cztery drużyny. Ale kto jeszcze dzisiaj pamięta, że o wyniku meczu Górnik – Raków przesądził niefortunny wślizg? Liczy się wyłącznie fakt, że Raków z 12 punktami na koncie ma ledwie 4 „oczka” przewagi nad zamykającymi tabelę Koroną i ŁKS-em. Dziś ze Śląskiem walczy więc o oddech – w najczarniejszym dla Rakowa scenariuszu, po meczu z ŁKS-em w przyszłym tygodniu obie ekipy może dzielić w tabeli zaledwie 1 punkt.

207.154.235.120

Okej, ustaliliśmy, że Raków to pechowcy, dlaczego więc twierdzimy, że Śląsk to farciarze? Najbardziej widoczne było to w pierwszej części sezonu, gdy wrocławianie wcale nie grali dużo lepiej niż obecnie. O ile jednak ostatnie mecze to już punktowanie na miarę gry (4 punkty w 5 meczach), o tyle start sezonu to całe kopy szczęścia. Nie chcemy deprecjonować sukcesów wrocławian, więc po prostu zapytajmy:

– ile razy w ciągu tego sezonu Łukasz Broź popisze się dubletem, w dodatku zdobytym w taki sposób jak z Lechem?
– ile razy w ciągu tego sezonu Mateusz Cholewiak popisze się w 87. minucie bombą z dystansu na wagę trzech punktów (można się pomylić o pięć)?
– ile razy w ciągu tego sezonu Exposito zrobi to, co zrobił z Zagłębiem Lubin? Ważna podpowiedź: poza tym jednym udanym meczem, gdy wpadło mu wszystko, zagrał przesłabo m.in. dwie ostatnie kolejki czy mecze z Pogonią i Lechią (noty z tych spotkań: 2, 3, 3, 2).

Śląsk Wrocław był diabelnie skuteczny, w dodatku kapitalnie bronił Putnocky, zwłaszcza przy tym szczęśliwym zwycięstwie nad Cracovią. Znamienne jednak, że nawet kibice z Wrocławia przeczuwali, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Po zwycięstwach słychać było głosy niedosytu z uwagi na grę, wskazywano, że nie można polegać na tym, że Stiglec coś ustrzeli z dystansu. Obawy były słuszne. W ostatnich 6 meczach Śląsk zremisował 4 razy, poniósł też dwie porażki, w tym wyjątkowo bolesną, z Widzewem w Pucharze Polski. Maszynka się zacięła, a wrocławian ograła nawet Korona Kielce – choć trzeba tu przyznać, też po dość przypadkowym strzale życia.

Jaki z tego wniosek? Byłoby świetnie gdybyśmy napisali, że w tak mocnej lidze jak Ekstraklasa, nie da się wiecznie ślizgać na farcie i „suma szczęścia ostatecznie wynosi zero”. Sęk w tym, że momentami nie da się uniknąć wrażenia, że większość stawki gra w podobny sposób. Albo się udo, albo się nie udo. Jakieś zalążki powtarzalności i własnego stylu? Rzadko, albo nawet bardzo rzadko.

Pozostaje cieszyć się, jak komuś wyjdzie strzał życia a’la Cholewiak i smucić, gdy kogoś dopadnie fatum Sapały.

Fot.400mm.pl

KOMENTARZE (1)