Brakło nam 2-3 dni, by ściągnąć chłopaka, który dziś gra w Club Brugge
Weszło Extra

Brakło nam 2-3 dni, by ściągnąć chłopaka, który dziś gra w Club Brugge

Każdego dnia Artur Płatek ze swojego biura widzi murawę, trybuny, na których za dzieciaka zasiadał i dopingował pięknie grającego Górnika Zabrze w europejskich pucharach, w lidze, bijącego się zawsze o najwyższe cele. Dziś zerka przez okno z poczuciem, że ma ogromny wpływ na to, co dzieje się na murawie, ale i na nastroje wśród kibiców. Jako dyrektor sportowy od grudnia ubiegłego roku zawiaduje prawdopodobnie najbardziej dla kibica ekscytującym aspektem działalności klubu piłkarskiego, może wyłączając cotygodniowe 90 minut walki na boisku. Transferami.

Rozmawiamy głównie o nich, ale nie tylko. Bo od Artura Płatka można dowiedzieć się bardzo wiele, a tak szerokiego spojrzenia jak on nie ma wielu speców od piłki w Polsce. Był zawodnikiem i trenerem, od paru lat jest skautem Borussii Dortmund, od kilku miesięcy – dyrektorem sportowym Górnika. 

Jak niewiele brakowało, by do Zabrza trafił senegalski skrzydłowy, który dziś gra w Club Brugge? Którego z zawodników Arsenalu polecano mu do Górnika? Dlaczego przepis o trzech spadających z ligi zespołach to katastrofa? Co wysypało się przy wypożyczeniu Rafała Kurzawy? W jaki sposób powiązane ze sobą były transfery Ishmaela Baidoo i Alasany Manneha? Skąd pomysł na ściągnięcie Juana Bauzy? Po co Górnikowi Piotr Krawczyk, 24-letni napastnik z jednym naprawdę dobrym sezonem w seniorach? Jaki jest pomysł Górnika na kolejne okienka transferowe? Jak współpracuje się ze zwanym „diamentowym okiem” Svenem Mislintatem? Który z obserwowanych dla Borussii Dortmund piłkarzy zrobił na nim największe wrażenie, a który okazał się największym zawodem? Na wszystkie te pytania – i garść innych – Artur Płatek odpowiada w długim wywiadzie dla Weszło.

Sześć lat temu w wywiadzie dla Weszło powiedział pan, że skauting Bundesligi i nasz dzieli przepaść. Minęło tych sześć lat, a czy nam udało się ją w jakiś sposób zasypać, czy może wręcz przeciwnie – jeszcze się ona pogłębiła?

– I tak, i nie. Na pewno tamte kluby idą jeszcze dalej, jeszcze głębiej, są jeszcze dokładniejsze. W Polsce skauting się rodzi, budzi, raczkuje. Nie chciałbym porównywać środków, jakie wydaje się tam na takie działania, a jakie wydaje się w Polsce, aczkolwiek w Polsce – z tego, co widzę – bardziej robi się to sposobem, a nie budżetem. To też są jakieś pomysły. Ale myślę, że na przestrzeni sześciu lat, przepaść się coraz bardziej rozszerza. Oni idą coraz bardziej do przodu, a my ich słabo gonimy.

Mimo wszystko mam wrażenie, że trochę zmieniło się w Polsce na lepsze. Rozmawiałem z nowymi zawodnikami Pogoni – Kostasem Triantafyllopoulosem i Dante Stipicą. Obaj mówili, że zaimponowało im, że szczecinianie nie wybrali ich dlatego, że są nieźli i dostępni, a że pokazali im konkretne klipy odnośnie ich gry i tego, czego przeniesienia oczekują na ekstraklasę, a co jeszcze powinni poprawić. Czyli tak całkiem w lesie, to my chyba już nie jesteśmy.

– Polskie kluby, tak mi się wydaje, bo nie znam wszystkich szczegółowo, zwracają uwagę na skauting. Kiedyś był on pojęciem względnym. Na pewno zanim ktoś przyjdzie, jest oglądany w ten czy inny sposób. Wcześniej bywało tak, że krążyły taśmy, nagrania i brało się na tej podstawie. Dziś systemy wspomagające selekcję są lepsze, dokładniejsze. Można scharakteryzować zawodnika bardzo dokładnie. Ale ja powtarzam to za każdym razem – najważniejszy jest kontakt z piłkarzem. Jaka to jest osoba, jaka jest mentalność gracza. Bo dzięki odpowiedniej, nawet przy niższej jakości piłkarskiej jesteśmy w stanie więcej wydobyć z takiego zawodnika.

Jedna rzecz to zobaczyć zawodnika pod kątem umiejętności, liczb, a druga – ocenić, gdzie położony jest jego sufit.

– Tak. Rozmawiać z nim, zobaczyć, jakimi ludźmi jest otoczony. Z kim mamy do czynienia. Można na tej podstawie ocenić, jak będzie się zachowywał w szatni, jak ona będzie wyglądała. Jeżeli mamy zawodnika mega utalentowanego, z bardzo dużym potencjałem, a jego ego będzie zbyt rozbudowane i za wysoko postawione, to szybko mogą się pojawić bardzo duże tarcia, problemy w szatni. Trzeba uważać.

Kiedyś mówił pan, że na przykład Łukasz Skorupski ze swoim charakterem nie nadawałby się do Borussii Dortmund, gdzie był już Roman Weidenfeller, również piłkarz o wielkiej osobowości. Mówił pan: „Juergen Klopp nie boi się mocnych charakterów, ale taki przecież jest Roman Weidenfeller i utrzymywanie dwóch takich zawodników akurat na bramce, mogłoby być niebezpieczne. A jeśli wyłamiesz się z pewnych zasad, konsekwencje mogą być tragiczne”.

– Wiele rzeczy jest obserwowanych. Nie tylko umiejętności stricte piłkarskie, ale i zachowania zawodników. Dokładne analizy psychologiczne profili zawodniczych. To jest normalna rzecz.

Czy pana zdaniem polski klub może ściągnąć piłkarza bez defektu? Powiedzmy, że umiejętnościami niebędącego graczem na poziomie topowych lig, ale poprawnego i przy tym – to o czym mówimy – niestanowiącego problemu w szatni?

– Ciężko jest. Jakość zawodników, jakich sprowadzamy, to nie jest top. Podam panu taki przykład. Byliśmy bardzo, bardzo blisko pozyskania przed mistrzostwami świata U-20 do Górnika zawodnika z Senegalu. Amadou Sagna. Błysnął na mundialu. Wiedzieliśmy o nim przed turniejem, byliśmy na meczu w Bełchatowie. Rozmawialiśmy z jego menedżerem, z właścicielem klubu w Senegalu, wszystko to było już bardzo zaawansowane. Zabrakło nam dwóch-trzech dni, żeby przed mistrzostwami świata ten deal zamknąć. Wiedzieliśmy, że u niego jakość piłkarska jest bardzo duża. Chłopak w pierwszym meczu strzelił trzy gole Tahiti, w jednym momencie znalazł się poza naszym zasięgiem, obecnie jest w Club Brugge. Przejdzie drogę według ich standardów i w pewnym momencie ma szansę grać na bardzo wysokim poziomie. Są takie możliwości, szanse dla polskich drużyn, ale trzeba kopać bardzo głęboko, mieć dobre informacje, by chłopaków z egzotycznych krajów z mega jakością piłkarską pozyskiwać w młodym wieku. Ci piłkarze, którzy do nas trafiają, to trzeba sobie powiedzieć – nie jest top europejski. Wszystko ze względu na finanse. Są i będą przypadki, że trafią do nas zawodnicy po przejściach, po ciężkich kontuzjach, których kariera się załamała z tego czy innego powodu. Dla nich liga polska jest możliwością odbicia się, odbudowania i pójścia do przodu. Nie ma reguły. Trzeba non stop szukać i próbować zdobywać dobry materiał.

Dobry skauting opiera się o to, by analizować grę, by poznać zawodnika i jego otoczenie, ale też na przykład o śledzenie mediów? Sytuacja z Sergiu Hancą – sytuacja, w której kibic jego klubu kopnął żonę zawodnika sprawiła, że stał się natychmiast dostępny dla Cracovii.

– Tak samo jak było u nas w przypadku pozyskania za zero złotych Borisa Sekulicia. Na polskie warunki, żeby pozyskać zawodnika o konkretnym potencjale za darmo, w dodatku w grudniu, to rzecz niemal niemożliwa. Ale wiedzieliśmy, jaka jest sytuacja w CSKA Sofia, no i się udało. Zawodnik o dobrym, jak na polską ligę potencjale, stał się dostępny. Podobnie Hanca. Są takie możliwości, ale przede wszystkim pojawiają się one dzięki pracy, wnikliwości.

W zimowym okienku udało się wam też pozyskać Waleriana Gwilię, ale temat jego transferu był już wałkowany dziesiątki razy, więc zapytam o coś innego. We wrześniu powiedział pan, cytowany między innymi przez „Dziennik Zachodni”, że dla pana jego transfer do Legii to jedno z większych, jeśli nie największe zaskoczenie letniego okienka. Pana zdaniem nie ma on dość jakości, by grać dla klubu takiego jak wicemistrz Polski?

– Nie mi się na ten temat wypowiadać, ja mogę się wypowiadać na temat piłkarzy Górnika. Na temat Gwilii już wszystko powiedziałem.

Latem dużo się mówiło o tym, że Górnik spróbuje ściągnąć napastnika. Napastnika, który – to pana słowa – był w minionym okienku poza zasięgiem klubu. Czy to napastnik, po którego Górnik sięgnie zimą lub latem, gdy wygaśnie jego kontrakt?

– To jest zawodnik, który jutro gra w meczu eliminacyjnym (rozmawiamy w piątek, 11 października – przyp. red.). Zobaczymy, czy zgadniecie, o kogo chodzi. Rozmawiamy z nim, jesteśmy w kontakcie, będziemy chcieli, by to się stało.

Mówi pan: „rozmawiamy”, choć przepisy mówią jasno, że można to robić dopiero na pół roku przed końcem kontraktu.

– Ale ja nie kontaktuję się z zawodnikiem, tylko z ludźmi.

Pytam też ze względu na sam przepis, bo wydaje mi się on jednym z najbardziej absurdalnych w piłce, a pan – dyrektor sportowy, skaut – styka się z nim co i rusz.

– To jest przepis dla przepisu. Nie znam takiej osoby, która się do niego stosuje. Weźmy Igora Angulo, któremu wygasa kontrakt w przyszłym roku. W czerwcu, lipcu, sierpniu ludzie się z nim kontaktowali w sprawie transferu. To są normalne rzeczy. Z każdym transferem można by było iść do sądu i kogoś zaskarżyć. Totalnie bez sensu.

Pilka nozna. Liga Mistrzow. AS Trencin - Olimpija Ljubljana. 20.07.2016

Igor Angulo to zawodnik, którego uważacie za przyszłość Górnika wykraczającą poza trwający sezon?

– Ja mu życzę, żeby grał do pięćdziesiątki. Jeśli będzie w takiej formie, jak w poprzednim sezonie, życzę mu gry w Górniku choćby i przez dziesięć kolejnych lat. Ale zdajemy sobie sprawę z jego wieku, dlatego potrzebujemy zmiennika. Napastnika, którym w niektórych meczach będzie można grać zamiast niego. Igor ma u nas bardzo dużą wartość – dla trenera, dla zarządu. Rozmawialiśmy z nim. Wie, na czym stoi, jak podchodzimy do sprawy jego kontraktu. Nie ma tu żadnych niejasności. Zobaczymy, co przyniosą nam następne mecze. Dla mnie osobiście najważniejsze w piłce jest to, co będzie dziś i jutro. To, co było wczoraj jest istotne, ale nie tak istotne jak wszystko, co przyniesie przyszłość.

Krótko mówiąc – nie jest pan za tym, żeby kogokolwiek trzymać za zasługi. Zapytam więc, czy jeśli chodzi o pozostanie Igora Angulo, o jego perspektywy w oczach klubu, była pełna zgodność? Dochodziły do mnie głosy, że niekoniecznie wszyscy chcą wiązać z nim przyszłość Górnika.

– Na dzień dzisiejszy, na sytuację, jaka była latem, pozostanie Igora było decyzją jak najbardziej trafną. Słuszną. Bo nie mieliśmy na jego miejsce napastnika dającego odpowiednią jakość.

W kwestii transferów – o zimowych mówił pan, że bierze stuprocentową odpowiedzialność za te ruchy. Że ściągani piłkarze są zawodnikami, których – poza Baidoo – widział pan wcześniej na własne oczy. Jak było z letnimi? To byli kolejni zawodnicy wymyśleni przez pana, czy może nadzorował pan tylko proces, a bardziej zaufał swoim ludziom z działu skautingu?

– I tak, i tak. Na pewno odbyły się obserwacje chłopaków przez dział skautingu. Nie udało nam się zrobić jednego transferu, który mógł się dla nas, dla naszej drugiej linii okazać kluczowy. Poszliśmy w dużą liczbę bardzo młodych piłkarzy. I Manneh, i Ściślak, i Kopacz to są zawodnicy, nawet jak na ekstraklasę, bardzo młodzi. Bainović, najstarszy z nich, ma dopiero 22 lata. I powierzamy im za zadanie decydować o tym, jak gra Górnik Zabrze. Jak ten zespół kreuje sytuacje, jak się broni. To jest serce zespołu. To jest to, co nam zabrano w osobach Żurkowskiego i Gwilii. Zastąpiliśmy ich grupą czterech-pięciu młodych zawodników. Nie udało nam się pozyskać Rafała Kurzawy, który miał być bardzo ważnym ogniwem. Ci chłopcy mają pół roku, żeby potwierdzić swoje umiejętności. Dostają szansę, raz gra jeden, raz drugi. Obserwujemy ich rozwój na treningach. Forma młodych zawodników non stop będzie falowała. W górę, w dół. Tak jak można to zaobserwować u Ściślaka. Grał bardzo dobre mecze, teraz jest w lekkim kryzysie, za chwilę znów pójdzie w górę. To jest normalne, zdajemy sobie z tego sprawę. Szkoda, że nie udało się pozyskać Rafała, bo to byłby ktoś dający nam stabilizację i bezpieczeństwo w drugiej linii. Przy nim jeden czy drugi młody zawodnik miałby lekki parasol ochronny. Bez tego są oni rzuceni na głęboką wodę i muszą sobie radzić. Jeżeli do grudnia nie będzie to wyglądało dobrze, będziemy musieli reagować.

Wyjaśnijmy raz na zawsze – o co dokładnie rozbił się transfer Rafała Kurzawy?

– Nie wiem, jakie były przekazy medialne, bo tego nie śledzę. Sprawa była tak jasna i oczywista, że nie ma co polemizować. Były rozbieżności odnośnie płatności pomiędzy Rafałem a Amiens i tyle. My z Rafałem dogadaliśmy się w pół godziny, już w sobotę (okienko zamykało się w poniedziałek – przyp. red.). Wiedzieliśmy, czego on oczekuje, wszystko to z naszej strony zostało spełnione. Rafał tu był, przyjechał, zrobił badania medyczne. Czekał, tak jak my wszyscy, na to, aż pewne ustalenia pomiędzy nim a stroną francuską wejdą w życie. Nie weszły, dlatego Rafała dzisiaj nie ma z nami.

To był jedyny transfer, jakiego próbowaliście dokonać ostatniego dnia okienka transferowego?

– Tak. Nie było żadnego innego tematu.

Transfery Alasany Manneha i Ishmaela Baidoo były ze sobą w jakiś sposób powiązane? Obaj należą do tej samej bułgarskiej agencji menedżerskiej.

– Przy transferze Baidoo jego menedżer zaproponował nam, żebyśmy uważnie przyglądali się Mannehowi. Już wcześniej coś o nim wiedzieliśmy, że dobrze poczynał sobie w lidze bułgarskiej. Osobiście dobrze znam też trenera jego poprzedniej drużyny, Krasimira Bałakowa, pracowałem z nim w Kaiserslautern. Powiedział mi o nim dużo dobrego. Wiedzieliśmy, jaki to jest zawodnik, jaką prezentuje jakość piłkarską. Ale jednocześnie zdawaliśmy sobie sprawę, że jest bardzo słaby fizycznie, wątły. Że liga polska może być dla niego w tym względzie problemem. Przyjechał tutaj, był z nami przez 3-4 tygodnie. Trener podjął decyzję, że go chce. Doszliśmy do wniosku, że przy warunkach, na jakich możemy go pozyskać, jest to dobry, a nawet bardzo dobry interes.

FireShot Capture 055 - Górnik Zabrze - ŁKS Łódź - 207.154.235.120

Innym zawodnikiem pozyskanym latem, o którego chcę spytać jest Juan Bauza. O ile pozostałych graczy mogliście znać z Europy, to on nigdy wcześniej na Starym Kontynencie nie grał, całą dotychczasową karierę spędził w Argentynie.

– Znałem go, widziałem go trzy albo cztery lata temu w Colon. Przez moje kontakty znam ludzi, którzy się nim opiekują. Bardzo żałuję, że złapał kontuzję, bo być może na dziś byłby to nasz jaśniejszy punkt. Aczkolwiek to, co widziałem na treningach pokazuje, że pomału idzie do przodu. Trener będzie mu znów dawał szansę. Na Cracovii wszedł po półtoramiesięcznej kontuzji, dobrze się zaprezentował. On może rozwiązać nasze problemy na prawej stronie. Mentalnie to fajny chłopak. Największy problem z nim, to ten komunikacyjny, bo oprócz Igora i Jesusa nie ma za bardzo z kim porozmawiać po hiszpańsku. Aczkolwiek myślę, że nasi kibice lubią takich zawodników, jak on. Takich, co może niekiedy piłkarsko nie są w stanie wejść na jakiś super poziom, ale on nigdy nie odpuszcza, nie poddaje się, zawsze daje z siebie sto procent. Dlatego uważam, że to będzie dla nas wzmocnienie. Za zero złotych, jak zresztą wszystkie nasze letnie transfery.

Jaka myśl stała za transferem Piotra Krawczyka? Miał jeden dobry sezon w niższych ligach, nigdy nie uchodził za supersnajpera, a tu nagle ląduje w Górniku.

– Pojechałem na mecz obserwować innego zawodnika. Zobaczyłem Krawczyka, który grał na prawej stronie boiska, strzelił w tamtym spotkaniu bodajże trzy bramki. Pojechałem na drugi mecz – strzelił dwa gole. Widziałem dwa-trzy elementy, które mi powiedziały, że to może być zawodnik mogący nam obsadzić cztery pozycje. Może grać z lewej strony, na dziewiątce, na dziesiątce i tak jak w meczu przeciwko Górnikowi, na ósemce. Jest to zawodnik o wielkich umiejętnościach, jeśli chodzi o technikę. O wielkim instynkcie snajperskim. Ale zawodnik, który – tak jak pan powiedział – tylko jeden sezon zagrał na dobrym poziomie. Chłopak nas nic nie kosztował, dajemy mu szansę, by zaistniał w ekstraklasie. To, czy ją wykorzysta, czy nie, zależy tylko od niego. Ryzyko po naszej stronie nie jest duże, a jego jakość piłkarska naprawdę spora. Jeśli on mentalnie da z siebie to, czego my oczekujemy i wskoczy na poziom ekstraklasy, to myślę, że później będzie bardzo szybko szedł do przodu. Bo zawodników o takiej technice w Polsce jest bardzo, bardzo mało. Wierzę, że jak dostanie prawdziwą szansę, to będzie strzelał. Do tej pory gdzie u nas nie grał, tam strzelał. Ma bramki i w Pucharze Polski, i w rezerwach, i w sparingach…

Ta charakterystyka, o której pan mówi, brzmi jak zawodnika 19-, 20-letniego. Że musi wskoczyć na poziom ekstraklasy, że dobrze gra w rezerwach i tak dalej. A mówimy o piłkarzu, który w tym roku skończy 25 lat.

– Dajemy mu rok czasu. Jeśli w rok nie wejdzie na poziom ekstraklasy, to pójdzie do niższych lig. My na tym transferze na pewno nie stracimy.

Spośród letnich wzmocnień zdecydowanie najlepsze wrażenie do tej pory robi Erik Janża.

– Czyli jedyny gotowy zawodnik z tych, których pozyskaliśmy latem. Szukając lewego obrońcy mieliśmy kilka, czy nawet kilkanaście nazwisk. Jego akurat znałem wcześniej, z okresu, gdy jeszcze grał w Pilznie. Mamy swoje systemy – ja swój, Górnik swój. Obserwujemy tych chłopaków, na podstawie tych obserwacji stwierdziliśmy, że Janża to zawodnik, jaki nam pasuje. Obawialiśmy się o to, jak będzie sobie radził w defensywie, bo to piłkarz usposobiony bardzo ofensywnie. Ale najlepiej jego postęp udowadnia powołanie do reprezentacji Słowenii.

Drugim zawodnikiem, który miał od razu dawać więcej impulsów był Bainović. Rozegrał już dwa pełne sezony w Radzie Belgrad. Może grał tam w nieco innym systemie, potrzebuje czasu by się przystosować, ale ma duże umiejętności. Strzał z dystansu? Jeden z lepszych w klubie. Myślę, że musi się nauczyć naszej ligi, do szybkości grania w niej. Zobaczymy, jak on się rozwinie.

Jego docelowa pozycja to ósemka?

– Sześć-osiem, ale bardziej osiem niż sześć. Przede wszystkim w tym sezonie zmieniliśmy system. Wiosną graliśmy jednym typowo defensywnym, Matrasem, i dwiema ósemkami – Żurkowskim i Gwilią. Teraz przeszliśmy na system z dwoma defensywnymi i jedną dziesiątką. Być może tutaj tkwi jego problem, ale myślę, że to kwestia czasu.

Wróćmy jeszcze na moment do pytania odnośnie jakości zawodników sprowadzanych do naszej ligi. My na dzień dzisiejszy – ale nie tylko my, bo i większość klubów z Polski – nie jesteśmy w stanie brać topowych zawodników z ligi serbskiej. Oni idą za 5, 10, 15 milionów do innych lig. To fakt. Tylko że napływ jakościowych piłkarzy z Polski jest bardzo, bardzo mały. Jeśli mam wydać na gwiazdę polskiej ligi 80 czy 90 tysięcy złotych miesięcznie, to muszę się mega, mega zastanowić. A takie kwoty chodzą. Dlatego jeśli trafisz utalentowanego chłopaka za dużo, dużo mniejsze pieniądze z ligi czeskiej, słowackiej, kazachskiej, gruzińskiej – wygrywasz.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Gornik Zabrze. Martin Chudy. 11.01.2019

Mówił pan niedawno, że to, że z ligi spadają w obecnym sezonie trzy drużyny, to zła rzecz dla naszej piłki.

– To nie jest zła rzecz. To jest katastrofa. Chciałbym porozmawiać z ludźmi, którzy to wymyślili. Do tego przepis o młodzieżowcu? Uważam, że to również katastrofa. Niech pan spojrzy na Słowaków, na Czechów…

Z ligi spada po jednym zespole.

– Dokładnie. Po jednym zespole od X lat. Tam nie ma presji. A u nas napędzamy wyścig szczurów. Jestem dyrektorem sportowym. Jak mam powiedzieć trenerowi: „daj temu Ściślakowi jeszcze 20 minut”? Trener w każdym meczu ma na sobie presję, b0 musi zdobyć punkty. Obojętnie, jak wygląda gra, byle tylko były punkty. I tak ma każdy trener w ekstraklasie. Każdy musi zdobywać punkty. A widowiskowość? Sposób grania?

Miedź Legnica z poprzedniego sezonu to chyba najlepsze studium przypadku. Dominik Nowak wszedł do ekstraklasy z ideałami gry od tyłu, bardzo atrakcyjnej, miłej dla oka. Ale kilka tygodni, miejsce w strefie spadkowej, i zaczął się pragmatyzm.

– My nie uczymy grać w piłkę. Jestem z pokolenia, które pamięta, jak Górnik grał najpiękniejszą piłkę w Polsce. Momentami dobrą nawet biorąc europejskie kryteria. Mecze z Realem, z Anderlechtem stały na bardzo dobrym poziomie. Ja chcę mieć tutaj zespół, który gra w piłkę. Ludzie chcą przychodzić na piłkę nożną, na widowisko. Na akcje, na dobrą obronę. Nie na kopanie, byle tylko zdobyć punkty. A takie przepisy to zabijają. Tak jak powiedziałem, stworzyliśmy wyścig szczurów. Naprawdę, chciałbym porozmawiać na temat polskiej piłki z ludźmi, którzy wymyślili spadek trzech drużyn z ekstraklasy. Bo to nie jest krok w dobrym kierunku.

Taki Trenczyn, który w poprzednim sezonie cienko prządł w lidze słowackiej, zajął przedostatnie miejsce. Ale utrzymał się po barażu, mógł nie odchodzić od swojej filozofii widowiskowej gry, bo spadał jeden, ostatni zespół, a oni jako przedostatni musieli się utrzymać po dodatkowym dwumeczu. Inny komfort.

– A nas wcześniej zlali, Feyenoord też.

Byłem tam dwa lata temu i oni byli dumni z filozofii gry takiej, która promuje ofensywnych piłkarzy. Wtedy w górę poszedł skrzydłowy Moses Simon czy ofensywny pomocnik Matus Bero.

– Wiadomo, że to liga słabsza od naszej. Nasza jest bardziej fizyczna, agresywniejsza, szybsza. Ale my musimy dać ludziom z klubów z jeszcze lepszych lig jakiś towar. A jeśli są takie przepisy… Gdyby zespołów było osiemnaście i dwa by spadały – normalna rzecz. Ale nie, że przy szesnastu drużynach spadają trzy. Szkoda gadać.

W Polsce, w takim klubie jak Górnik Zabrze, da się wprowadzić mocny, zorganizowany, usystematyzowany model skautingu, który na dłuższą metę może dać sukces? Nie mówię o wielkim systemie jak choćby ten Monchiego, gdzie są zawodnicy podzieleni na kategorie A, B, C…

– My nie jesteśmy w stanie sięgnąć nawet po tych, którzy u niego są w kategorii F. Takich zawodników z jego kategorii C i D to wzięlibyśmy z pocałowaniem ręki.

Stąd pytam, jaka jest pana idealna wizja skautingu w przełożeniu na polskie warunki.

– To jest etap twórczy. Przez jakiś okres oddałem pewnym ludziom pewne narzędzia. Na dzień dzisiejszy będę musiał wejść, reagować, bo wyniki tej pracy nie są takie, jakich bym oczekiwał. Z drugiej strony my, jako Górnik Zabrze, nie jesteśmy w stanie pozyskiwać nawet topowych zawodników z Polski. Ich ceny są dla nas abstrakcyjne, kosmiczne. Dlatego idziemy w dużą liczbę młodych, utalentowanych zawodników. Część już pościągaliśmy do siebie. To nie są top talenty, mówię to od razu. Są to dobrzy zawodnicy. Top talenty ściąga Legia, Lech, Pogoń, Zagłębie. Ale bierzemy ciekawych, młodych chłopaków do dwóch najstarszych roczników akademii i do juniorów. Tam będziemy chcieli naszym sposobem poprowadzić tych chłopców jak najkrótszą drogą do pierwszego zespołu. Mamy tam dwa-trzy swoje narzędzia i nasz skauting póki co jest ukierunkowany właśnie w te rejony. By pozyskiwać graczy do CLJ U-17, U-19 i do drugiej drużyny. Dla nas to jest najważniejsze. A jak przy okazji będziemy mogli kogoś ciekawego pozyskać do pierwszego zespołu, to to zrobimy.

Czyli w tym momencie stawiacie głównie na skauting krajowy.

– Tak. Musimy mieć jasną filozofię zespołu. Wiadomo – żeby był jak najlepszy i walczył o najwyższe cele. Ale musimy też myśleć o tym, co za rok, za dwa. Wiśniewski, jeśli zagra dobry sezon, pozostanie na takim poziomie jak teraz, będzie się rozwijał, na pewno stanie się łakomym kąskiem dla większych klubów w czerwcu przyszłego roku. Już teraz, pod koniec okienka, mieliśmy na stole bardzo dobrą ofertę z klubu grającego w Lidze Europy. A skoro on będzie chciał zrobić krok do przodu, to musimy mieć na jego miejsce gotowego obrońcę. Musimy pracować tak, żeby nie było jak rok temu, gdy Marcin stracił trzech-czterech zawodników i musiał grać młodzieżą dostępną w klubie, która nie była na to przygotowana.

Liczono na to, że trafi się nagle nowy Kądzior, nowy Kurzawa…

– Dlatego poszliśmy w trochę innym kierunku. Mamy w rezerwach trenera Prasoła, który wykonuje świetną pracę z chłopakami. Mamy tam Paluszka, Eizencharta, Baranowicza, którzy są chłopakami młodymi i utalentowanymi. Jest grupa kilku naprawdę ciekawych graczy, którzy mogą zaistnieć w ekstraklasie. Zależy to tylko od nich. Ale nikt za darmo niczego nie dostanie. Jeśli na treningach, na meczach III ligi nie będą pokazywali swojej wartości, to nie ma szans, że ktoś z nich wybiegnie w pierwszym składzie pierwszej drużyny. Mamy trenera Żurka z wielkim doświadczeniem, który był moim trenerem, który ekstraklasę przerobił od A do Z. Jest trenerem w CLJ-ce, gdzie mamy, jak na nasze warunki silny, solidny zespół. Tam nieco inaczej podeszliśmy do jakości, intensywności treningów, bo uważam, że zawodnicy w naszym kraju trenują bardzo słabo. W CLJ U-17 i U-19 zwiększyliśmy naciski i to na razie wygląda poprawnie. Na pewno życzyłbym sobie, żeby te zespoły jeszcze lepiej grały w piłkę, ale jeśli chodzi o wyniki, to są one poprawne. W każdej z grup jest młody trener i trener doświadczony. W jednym zespole trenerzy Ozga i Orzeszek, w drugim – Żurek i Osadnik. Duety, w których dwie osoby mają różne spojrzenie, trenują razem.

Największy problem, jaki mamy? Miasto, pani prezydent bardzo nam pomagają, robią dla nas bardzo wiele, ale myślę, że powinniśmy wykorzystywać więcej terenów miejskich i trenować na nich. Problem bazy i boisk jest największym problemem klubu.

No tak, obiekty są rozrzucone po całym Zabrzu.

– To nie jest nawet takim wielkim kłopotem. Ale powinniśmy poprawić coś innego – żeby chłopcy mieli dobre jakościowo boiska, na których mogą ćwiczyć. Brakuje nam tych dwóch usytuowanych tam, gdzie dziś jest parking. Aczkolwiek idziemy cały czas do przodu, od długiego czasu rezerwy mają jedno boisko, na Kończycach, wyłącznie do naszego użytku. Chcielibyśmy, by CLJ-ka też miała swoje boisko. Nie jesteśmy w stanie zbudować ani akademii, nie możemy sobie pozwolić na wielkie inwestycje jak Legia, Jagiellonia, inne kluby. Musimy to robić inaczej, w ramach innych możliwości, ale mamy na to swój pomysł. Jeśli będą firmy, które będą chciały nam w tym pomóc – serdecznie zapraszamy do rozmów.

ekstraklasa-2019-10-20-07-10-51

Skoro wspomniał pan o temacie miasta – w jakim stopniu ma ono wpływ na politykę transferową, kadrową Górnika? Zdarzało się władzom blokować transfery, na których panu zależało?

– Od momentu jak tu jestem, czyli od 13 grudnia, mam bardzo dobre stosunki z władzami miasta, z panią prezydent. Takiej sytuacji nie miałem. Mamy swój plan działania, wzajemnie sobie ufamy, żadnych problemów tego typu nie było. Nie wszystkim się to spodoba, ale bez miasta nie byłoby dziś Górnika Zabrze. To nie jest tak zamożne miasto jak Gliwice, gdzie swego czasu pracowałem dwa lata, między innymi przy wicemistrzostwie Polski Piasta. Wiem, jakie tam są nakłady finansowe na klub. W Zabrzu sytuacja jest nieco inna. Miasto wykonało ogromny wysiłek finansowy, by wyprowadzić Górnik na prostą i dziś pilnuje, by sytuacja Górnika była stabilna. Pamiętajmy też, że to gmina własnymi środkami wybudowała największy stadion ligowy na Górnym Śląsku, a w planie jest czwarta trybuna. Za to jesteśmy wdzięczni, bo bez tych inwestycji Górnik nie miałby żadnych szans, by się rozwijać. A chcemy się rozwijać, bo to jest wielki klub, z wielkim potencjałem i tysiącami kibiców.

Jeśli chodzi o proces podejmowania decyzji transferowej, jak on w Górniku wygląda?

– Są procedury, jak w normalnej firmie. Nie ma takiej możliwości – i ja też nie jestem taką apodyktyczną osobą – że powiem: „ten ma być i koniec”. Absolutnie nie. Jest trener, on musi chcieć zawodnika, musi on pasować do jego koncepcji. Jest właściciel, który musi to opracować finansowo. Jest sztab medyczny, bo wszystko musi się zgadzać w kwestiach zdrowotnych. Ja powiedziałem kiedyś, że mnie jest to obojętne, czy w Górniku gra chłopak z Polski, innego kraju Europy, Afryki czy Ameryki Południowej. Chcę, żeby to był taki zespół, który dostarczy widzom jakości piłkarskiej. Rozrywki. Zespół dominujący, który na boisku daje widowisko. Zdaję sobie sprawę, że to się nie do końca udaje. Myślałem, że być może będzie to już w tym sezonie troszkę lepiej wyglądało. Z jednej strony na wiosnę byłem mega smutny, kiedy przegraliśmy pięć meczów, ale po żadnym z nich nie słyszałem gwizdów Torcidy, innych kibiców. Ten zespół walczył, dawał z siebie maksa. Paradoksem tej młodej drużyny – bo to jest młoda drużyna – jest to, że najlepsze mecze w tym roku przegrywamy. Zagraliśmy bardzo dobrze na Jagiellonii – przegrana. Bardzo dobre zawody u siebie z Lechem, gdzie stworzyliśmy mnóstwo sytuacji – też porażka. Zdaję sobie sprawę, że w młodych chłopakach mamy jakość, ale starsi zawodnicy muszą brać więcej odpowiedzialności, pokazać więcej umiejętności w niektórych momentach.

Zastanawia mnie ostatnimi czasy sytuacja Tomka Loski. Nie gra, bo gra Martin Chudy, okej. Ale były spotkania, gdzie on nie łapał się nawet na ławkę, w rezerwach w większości spotkań grał Dawid Kudła. Czy nie powinien on zostać spieniężony, czy w tym celu nie można było dać mu więcej minut choćby w rezerwach, by mógł się pokazać potencjalnemu kupcowi?

– To nie jest tak. Jeśli chodzi o Tomka Loskę, to bardzo go lubię i szanuję. To nie jest tak, że chcieliśmy go zatrzymać na siłę i uniemożliwić mu grę w innym klubie. Nie można go było spieniężyć, bo nie było propozycji z żadnego innego klubu.

Loską nie była zainteresowana Korona Kielce?

– Wie pan, od zainteresowania do transferu daleka droga. „Oni go chcą”. Ale do mnie z tym nikt nie zadzwonił. Jak ktoś mi mówi, że jedni czy drudzy chcą naszego zawodnika, to nawet nie zwracam na to uwagi. Jeśli nie mam na papierze, w wiadomości na telefonie, że ktoś kogoś chce, to nie mam powodu, by się takim tematem interesować. Jedyną opcją dla Tomka było wypożyczenie do drugoligowego klubu w Danii. Chcieliśmy to zrobić, nie wyszło, dlatego dziś jest drugim bramkarzem. Sytuacji z Dawidem nie dało się przewidzieć, na pewno my nie mogliśmy tego zrobić. Dziś Loska jest w Górniku, walczy z Chudym, jak będzie lepszy – będzie bronił. Zdaję sobie sprawę z sytuacji, w jakiej on się znalazł. Dlatego poczyniliśmy pewne kroki z naszym zawodnikiem wypożyczonym do Sandecji, z Danielem Bielicą. To był dobry ruch, chłopak tam gra, kilka razy był w jedenastce kolejki. Idzie do przodu, rozwija się. Wiemy, że w przyszłym roku w czerwcu będziemy mieć zawodnika, który będzie się bił o to, żeby grać. Mnie to jest obojętne, kto staje między słupkami – chcę tam gościa, który ma prezencję, który rządzi, dyryguje, daje pewność zespołowi. Tylko tyle i aż tyle.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Gornik Zabrze. Konferencja prasowa. 13.12.2018

Jak teraz wygląda pana praca dla Borussii Dortmund, łączenie jej z tą w Górniku?

– Wczoraj Czechy, dzisiaj Opole, jutro Czechy, niedziela – Bratysława, poniedziałek – Słowacja i we wtorek Łódź.

Ma już pan swoje ulubione lotnisko?

– Monachium i Frankfurt (śmiech). Jest tych wyjazdów, wylotów trochę, ale jestem w stanie godzić dwie posady. Często wręcz jestem w stanie coś wykorzystać, nie muszę robić kosztów dla Górnika, bo obserwacje z Borussii pozwalają mi na określenie rynków, zespołów, wyciągnięcie wniosków odnośnie chłopaków obserwowanych pod kątem Górnika. Jeśli jestem w Serbii i oglądam osiem drużyn w przeciągu trzech dni, to mam na żywo feedback odnośnie tych chłopaków. Praktycznie w każdym kraju mam swoich ludzi. W przypadku Janży – to mój były zawodnik Goran Sukalo zaproponował mi go. Z innej strony dowiedziałem się, jaki to jest człowiek, jaki charakter – to było w ogóle decydujące. Chłopak chce się rozwijać, chce grać o większe cele. Nie tylko o utrzymanie – o ósemkę, o europejskie puchary. Potrzebujemy jeszcze kilku takich graczy, by to było możliwe.

Skauci Borussii znają się nawzajem? Pracują niezależnie od siebie?

– Znają się.

Bywa tak, że jakiś skaut dzwoni do pana: „słuchaj, Artur, jest taki chłopak, na Borussię za słaby, ale rzuć okiem, bo w Górniku mógłby się przydać”?

– Raczej nie. Jeśli ktoś poleca mi piłkarzy, to raczej są to osoby, z którymi ja jako pracownik Borussii współpracuję – agenci, menedżerowie. Miałem dużo takich sygnałów teraz, żałuję, że nie pozyskaliśmy jednego piłkarza z Brazylii, z IV ligi. Poszedł już teraz do bardzo mocnego brazylijskiego klubu. Myślę, że to mogło być to, czego szukaliśmy do środka pola. Aczkolwiek to kwestia podejmowania decyzji.

Zdradzimy nazwisko? Choćby po to, żeby zobaczyć, jak ta kariera się dalej potoczy.

– Ten chłopak ma już 25 lat, to już gotowy zawodnik. To nie tak, że jest mega talentem, tylko ukształtowanym gościem. Ale podam inny przykład. Kojarzy pan takiego piłkarza, który gra teraz w Arsenalu, Martinellego?

Jasne. Ostatnio dublet podparty asystą w Lidze Europy z Bragą, wcześniej dwa gole w Carabao Cup z Nottingham…

– W styczniu tamtego roku jeden z agentów czwartoligowego klubu Ituano wysłał mi wiadomość: „zobacz sobie tego chłopaka”. Obejrzałem go, po godzinie oddzwaniam i mówię: „ty, ale to nie jest chłopak do Górnika, tylko do Borussii”. On mówi: „nie, na Borussię za słaby!”. Nie cierpię oglądać wideo, jestem do tego nastawiony bardzo sceptycznie. Ale mówię mu: „po tym, co tu widziałem, to jest chłopak do Borussii”. Temat na trzy-cztery tygodnie ucichł, po czym ten gość do mnie dzwoni: „słuchaj, Martinelli idzie do Arsenalu”. „Mówiłem, to nie jest chłopak na Górnika”. W czwartej lidze brazylijskiej takich chłopaków można znaleźć.

W Borussii współpracował pan ze Svenem Mislintatem, dziś szefem skautów Stuttgartu, wcześniej Arsenalu. Dziennikarze tytułowali go „diamentowym okiem”, z drugiej strony pojawiały się opinie, że to człowiek bardzo trudny w kontaktach.

– Wie pan, o mnie też mówią, że jestem trudny w kontaktach. Ja patrzę na piłkę nieco inaczej niż on. Sven jest facetem, który jest niezłym analitykiem, wykorzystuje dużo liczb. Ja patrzę na futbol analitycznie, ale bardziej jako trener, od strony zespołu. Często byliśmy zgodni, jeśli chodzi o ocenę zawodnika, ale obaj patrzyliśmy pod różnym kątem. Sven ma też bardzo dobre oko. Mam z nim świetny kontakt, sprawę Kopacza załatwiliśmy w pięć minut. Wiem o tym, że w każdej chwili mogę do niego zadzwonić, on też wie, że zawsze jestem dla niego dostępny. Ma teraz trudne zadanie wejścia z powrotem ze Stuttgartem do Bundesligi, aczkolwiek to inna półka finansowa, inne możliwości.

To cudotwórca per se? The Independent postawił odważną tezę, że Arsenal pozbywając się go spieprzył swój transfer dekady. To faktycznie człowiek z tak ogromnym wpływem na strukturę klubu, by rzucać podobnymi tytułami?

– Na pewno Sven ma dobre oko, a poza tym grupę ludzi, do których ma zaufanie, którzy też bardzo dużo widzą. Gdyby ludzie, którzy pracowali nad transferem Dembele, nie mieli dobrego oka, to Francuza nie byłoby w Dortmundzie. Ma ludzi od wczesnej identyfikacji mega talentów, w Borussii miał do tego wielki budżet, klub za sobą. Przekonanie Jadona Sancho do Dortmundu było zdecydowanie łatwiejsze. Gdybym ja dziś znalazł Sancho w trzeciej lidze angielskiej – powodzenia z przekonywaniem go do gry dla Górnika. Gdyby on teraz zidentyfikował takiego kalibru talent w Manchesterze City, też nie byłby w stanie przekonać go do Stuttgartu. Wszystko musi się zgadzać. Sven wykonuje fajną robotę, ma dobre kontakty, to dla Stuttgartu na pewno jest duża wartość dodana.

Z zawodników, których pan skautował, oceniał dla Borussii, który w pierwszym momencie zrobił największe wrażenie? Widział pan go i myślał sobie: „wow, sto procent, że musimy go mieć”.

– Dembele.

A największy zawód? Immobile? Jarmołenko?

– Immobile? Na pewno tak. Byłem niedawno na meczu Lazio z Genoą. Dziś znów gra kapitalną piłkę. Do przodu, do tyłu, biega, walczy, jest szybki, agresywny, potrafi strzelać bramki. On na pewno. Jego problemem była niemiecka mentalność, do której on nie potrafił się dopasować, oprócz tego sposób grania Dortmundu. Jarmołenko? Nie powiem, że nie spodziewałem się tego, co się wydarzyło. No i tyle. To jest chłopak na jakimś tam swoim poziomie.

Czyli nie na poziom Borussii, gry w Lidze Mistrzów.

– To pan powiedział, nie ja (śmiech).

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

fot. Michał Chwieduk, 400mm.pl

KOMENTARZE (8)