Bitwa o Anglię na remis. VAR znów w ogniu krytyki
Weszło

Bitwa o Anglię na remis. VAR znów w ogniu krytyki

Znów będzie się dyskutować w Anglii nad sensem VAR-u. I chyba nie bez przyczyny, bo z każdą kolejną powtórką odnosimy coraz silniejsze wrażenie, że gola dla Manchesteru United być nie powinno. Ale nie zmienia to faktu, że Czerwone Diabły postawiły się liderowi Premier League tak mocno, że długo, nawet bardzo długo ekipa Jurgena Kloppa biła głową mur. I wreszcie go przebiła.

Wcale by nas nie dziwiło to, że Liverpool ma problemy z Manchesterem United na ich stadionie. Nie dziwiłoby nas… no, tak z pięć lat temu. Ale teraz mówimy o Czerwonych Diabłach z 107-letnim Youngiem w wyjściowym składzie, który jest pewnym papierkiem lakmusowym tego, w jakim punkcie znajduje się Manchester. Miał już kończyć karierę, a znów musi być ważnym elementem tego składu. Do tego grupka wciąż niedoświadczonych młodziaków, niespełniony Fred Rojo wskakujący do składu na rozgrzewce… Z całym szacunkiem do pięknej historii tego klubu, ale patrząc pozycja po pozycji na ekipę Solskjaera – to nie jest nawet szeroko pojęta czołówka ligi. O tej czołówce pojmowanej jako najlepsze 4-5 klubów nawet nie mówimy. Zresztą wymowne były te grafiki w angielskiej prasy z łączonymi składami Liverpoolu i Manchesteru. Tak złączone, że wszystkie jedenaście pozycji obsadzali gracze Kloppa.

A mimo wszystko ten Manchester potrafił przeciwstawić potentatowi, bo tak trzeba postrzegać lidera Premier League i zwycięzcę Ligi Mistrzów. Wymowne były te przedmeczowe ciekawostki – Liverpool ostatni raz grał z Manchesterem jako lider w 1996 roku. Ostatni raz w dzień meczu z The Reds niżej w tabeli niż dzisiaj United byli aż 29 lat temu. Ale te ładne wyliczenia poszły w odstawkę, gdy sędzia gwizdnął po raz pierwszy.

I rzeczywistość lepiej odwzorowywały te statystyki, które jawnie pokazywały, że Liverpool za ery Kloppa nie radzi sobie na Old Trafford. Bo Niemiec z żadnym innym klubem w lidze nie ma takich problemów, jak z Manchesterem United. Dość powiedzieć, że na żadnym innym stadionie w Anglii nie ma tak złego bilansu, jak na Old Trafford.

To w ogóle był ciasny mecz. Taki bez lekkości i płynności. Liverpool – co zaskakujące – często uciekał się do rozgrywania piłki długimi podaniami, wyłączona z gry była cała ofensywna trójka Origi-Firmino-Mane. Kilka razy błysnął Wijnaldum, ale symptomatyczne jest to, że błyskiem nazywamy dwa zgrabne zwody w okolicach koła środkowego. A United? Schowali się za podwójną gardą, okopali na własnej połowie i szukali kontr po przechwytach.

No i ta taktyka sprawdziła się w pełni. Lindelof zabrał piłkę Origiemu (zapamiętajcie, ważne), James ruszył skrzydłem, fantastycznie dośrodkował do Rashforda, a ten z bliska dał gospodarzom prowadzenie. Gol ładny, akcja nad wyraz składna, natomiast piłkarze Liverpoolu z miejsca ruszyli do arbitra. O co chodziło? O ten odbiór jeszcze na połowie Manchesteru, gdy Lidelof zdecydowanie zaatakował belgijskiego napastnika gości. Wszyscy zawodnicy w białych koszulkach byli przekonani, że sędzia Atkinson po weryfikacji gola nie uzna.

A jednak uznał. I mamy poważny zgryz z tą sytuacją. Z jednej strony – kontakt tam jest wyraźny, noga Szweda trafia rywala gdzieś w tylną część uda, trafia go też stopą. Druga strona medalu jest taka, że Belg rzucił się jak karp na pokładzie kutra. Ale nie zmienia to faktu, że jednak mamy tu atak od tyłu, a zwarcie doprowadziło do upadku zawodnika z piłką. Gdybyśmy my mieli decydować – jednak faul. Jurgen Klopp wściekał się przy linii, z sędzia technicznym dyskutował jeszcze z pięć minut, ale to już nic nie zmieniło.

Liverpool nie ruszył do zdecydowanego ataku. Do siatki przed przerwą trafił Sadio Mane, ale ten gol z kolei został cofnięty przez VAR, bo Senegalczyk opanował piłkę ręką. I goście pogrążyli się na dłuuuugie minuty w sterylnym posiadaniu piłki. W pewnym momencie realizator pokazał statystykę posiadania w drugiej części gry – 76% do 24% na korzyść The Reds. Ale nie przynosiło to żadnego skutku.

Aż do 85. minuty, gdy Robertson dograł ciętą szkocką w pole karne, a do siatki z bliska trafił Adam Lallana. Jerzy Brzęczek i Aleksandar Vuković pokiwali głową z uznaniem dla Kloppa – Lallana przecież chwilę przed tą akcją wszedł na boisko.

Ale Liverpool stać było tylko na ten jeden zryw. Zerknęliśmy w strzały celne obu ekip – dwa po stronie gospodarzy, trzy po stronie przyjezdnych. Rozczarowani jesteśmy przede wszystkim postawą Liverpoolu, bo o Manchesterze wiedzieliśmy, że będą próbowali wycisnąć swoją ofensywę jak cytrynę. I zrobili tyle, ile byli w stanie przy tym potencjale kadrowym. Ale Mane, Firmino i spółka potwornie męczyli się z defensywą United. A przecież można było sprawdzić to, na ile niegotowy do tego meczu jest De Gea, o którym mówiło się, że po kontuzji złapanej na meczu kadry jego występ w niedzielę jest wykluczony, a na boisko wyszedł wyłącznie na własną prośbę.

Liverpool wciąż ma bezpieczną sześciopunktową przewagę nad wiceliderem z niebieskiej strony Manchesteru. Żal piłkarze wicemistrzów Anglii mogą mieć tylko o to, że zaprzepaścili szansę na wyrównanie rekordu ekipy Guardioli w serii zwycięstw z rzędu. Dwa lata temu City wygrało osiemnaście spotkań z rzędu, licznik The Reds zatrzymał się na siedemnastu. Ale w obecnej sytuacji w tabeli chyba nikt w Melwood nad tym nie rozpacza.

Manchester United – Liverpool FC 1:1 (1:0)

Marcus Rashford (36.) – Adam Lallana (85.)

fot. NewsPix

KOMENTARZE (19)