Bernal, Evenepoel i wielu więcej. W kolarstwie trwa era młodych talentów
Inne sporty

Bernal, Evenepoel i wielu więcej. W kolarstwie trwa era młodych talentów

Kolarstwo od dawna postrzega się jako sport, w którym największe sukcesy odnosi się w okolicach trzydziestki. Bo wtedy w kupę składa się wszystko: doświadczenie, przejechane kilometry, zbudowana wytrzymałość, pozycja lidera w teamie. Dlatego dziwimy się, gdy młodsi zawodnicy odnoszą sukcesy. A w tym sezonie powodów do zdziwienia mieliśmy sporo. Młodzież rozpoczęła go z przytupem i nie odpuściła do samego końca. Skąd wzięły się takie wyniki młodych zawodników?

Zanim przejdziemy do części właściwej, potrzebne jest słówko wytłumaczenia. Na potrzeby tekstu przyjąłem prosty zamysł: kolarz młody to ten, który rocznikowo ma maksymalnie 25 lat. Czyli dokładnie tak, jak w klasyfikacji młodzieżowej przy okazji Wielkich Tourów. I to wydaje się rozsądną granicą. Bo jedni zawodnicy przychodzą z toru, inni (jak Mathieu van der Poel) najpierw jeżdżą przełaje, a jeszcze inni od początku ścigają się na szosie. Ich szanse na bycie „młodym kolarzem z sukcesami” (choć niektórzy z tych, których nazwiska tu spotkacie, mają je dopiero przed sobą) trzeba więc było nieco wyrównać. Jednak zanim zaczniemy skupiać się na jednostkach, warto zadać sobie jedno zajebiście ważne pytanie.

Trend czy zbieg okoliczności?

Bo wiecie, mogłoby się okazać, że to po prostu jakiś nagły wysyp kilku wielkich talentów, który nie ma jednak wspólnych punktów. Inna sprawa, że wtedy ten tekst w założonej formie miałby mało sensu, więc pewnie już domyślacie się jak jest. Tak, trend istnieje, a przynajmniej tak się wydaje. Widzimy go sami, a nasze spostrzeżenia potwierdzają również eksperci. Na przykład Adam Probosz, komentator kolarstwa w Eurosporcie:

– To zdecydowanie jest trend. Widać zmianę warty. Wielu młodych chłopaków wygrywa wyścigi, również te najważniejsze. To pokolenie jest nieco inaczej ukształtowane. Rozmawiałem na początku roku z Matejem Mohoriciem [słoweński kolarz, jeżdżący dla grupy Bahrain-Merida – przyp. red.] i on mi mówił: „Słuchaj, my jesteśmy pokoleniem, od którego sponsorzy sporo wymagają. My to wiemy, więc jak widzimy kawałek miejsca, gdzie można się wepchnąć, to się wpychamy. Nie myślimy już sobie – jak to było kilka lat temu – że jacyś kolarze to starzy mistrzowie, przed których nie będziemy się pchać. Jeździmy zupełnie inaczej, bez kompleksów”. Myślę, że to jest ważne. To pokolenie po prostu nie ma kompleksów. Walczy o wyniki, kontrakty i wypycha przez to starszych kolarzy.

Podejście samych kolarzy zdecydowanie ma tu znaczenie. Zresztą – jak to zwykle bywa – sukces jednego napędza sukcesy innych. Bo na przykładzie kogoś, kto wygrywa duży wyścig, inni widzą, że sami też mogą sporo osiągnąć. Zasługi trzeba również oddać dyrektorom grup, bo i od nich przecież sporo zależy. Gdyby żaden z nich nie zdecydował się wpuścić młodych kolarzy, to dalej wygrywaliby niemal wyłącznie ludzie w okolicach trzydziestki. Albo i starsi. Tak, piszemy o tobie, panie Valverde.

– Trend, o którym mówimy, wynika z tego, że trochę zmieniło się podejście w ekipach kolarskich do młodych kolarzy – mówi Arlena Sokalska, zastępczyni redaktora naczelnego Polska The Times. – W peletonie nie jest już tak, jak kiedyś, że gdy przychodził młody, to musiał wozić bidony, a dopiero potem, po czasie, opcjonalnie dostawał szansę. Dziś liczy się wynik, zwycięstwo. Jeśli do zespołu przychodzi młody kolarz, który ma świetne wyniki wydolnościowe i przy tym pokazuje, że jest w stanie wygrywać wyścigi, to nikt mu nie każe czekać na szansę.

Oczywiście, są kolarze, przy których trzeba działać ostrożnie. Weźmy takiego Remco Evenepoela. Jeśli ma się w ekipie 19-latka o takim talencie, to za wszelką cenę nie chce się tego – pisząc wprost – spieprzyć. Dlatego w Deceuninck-Quick Step dość spokojnie wprowadzano go w świat World Touru i zawodowego kolarstwa. Nie oznacza to, że szans nie otrzymywał. Kilka się znalazło. Jedną zresztą wykorzystał w świetnym stylu, gdy wygrał Clasica de San Sebastian. Na razie więc plusa trzeba dać i kolarzowi, i jego ekipie.

– Teraz w największych ekipach jest tendencja do podpisywania młodzieży, przejęło się to chyba z innych sportów. Kiedyś młodzi mieli z tym problem, mówiło się, że muszą przejść przez ten czas orlika, wszystkie szczeble rozwoju itd. A teraz młody, który coś wygra, natychmiast ma kontrakt w jakiejś ekipie. Drużyny przestały się bać. Podpisują te kontrakty i to na kilka ładnych lat – mówi Adam Probosz. Słuszności tej strategii bronią wyniki osiągane przez tych kolarzy. Bo jeśli mistrzem świata zostaje niespełna 24-latek, zwycięzcą Tour de France kolarz, który w styczniu skończył 22 lata, a w jednym z najważniejszych jednodniowych klasyków triumfuje inny 24-latek, który jednak nie jeździ nawet w ekipie z World Touru (i to głównie przez swoją decyzję!), to nie potrzeba nam nawet wgłębiać się w temat, by stwierdzić, że to działa.

Oczywiście, pojawiają się też inne sugestie. Brandon McNulty, amerykański kolarz, który w tym roku skończył 21 lat, ujął to tak: – Świetnie widzieć, jak młodzi zawodnicy jeżdżą. Myślę, że to znak, że kolarstwo staje się czystsze. Mam taką nadzieję. Nigdy nie wie się tego na pewno, ale chce się myśleć w jasnych barwach. Skoro młodzi zawodnicy tak sobie radzą, to myślę, że to dobry znak dla wszystkich. Przyszłość jest ekscytująca.

I faktycznie, przyszłość kolarstwa naprawdę rysuje się ekscytująco. Ale szczególnie dla kilku krajów.

Potentaci

Zaskoczeniem nie powinien być fakt, że dobrych, młodych kolarzy produkują głównie nacje, które mają spore tradycje (no, z jednym wyjątkiem, ale to jeszcze wyjaśnimy). Wiecie, tak samo jak nikogo nie dziwi, że Hiszpanie czy Niemcy masowo wypuszczają świetnych piłkarzy, tak w świecie kolarstwa świetnych zawodników produkuje się w takich krajach jak Belgia, Holandia czy Kolumbia. Skąd to się bierze?

– Weźmy Kolumbię – proponuje Arlena Sokalska. – W niej istniał przez jakiś czas projekt prezydencki, wyławiający zdolnych kolarzy. Istniał też Team Colombia, sponsorowany przez prezydenta tego kraju, który jest w pewnym sensie dyktatorem, ale lubi kolarstwo. Takie działania sprawiają, że ci młodzi kolarze się pojawiają i przechodzą do World Touru. Choćby mistrz świata elity, Mads Pedersen, że zajrzymy do Europy. Dania ma wielu bardzo dobrych kolarzy, którzy w kategoriach juniorskich wypadają świetnie. Z Pedersenem po raz pierwszy udało im się wypaść tak dobrze na mistrzostwach elity. Duńczycy mają po prostu bardzo dobry system szkolenia, z którego do World Touru wychodzą świetni zawodnicy. Zupełnie inaczej niż w Polsce.

O polskim systemie szkolenia chętnie zresztą byśmy coś napisali, gdyby nie to, że… no w sumie to go nie ma. Nadzieję naszym młodym zawodnikom – a wbrew pozorom mamy kilku naprawdę utalentowanych – daje za to ekipa CCC z ich rozwojówką. – To spore ułatwienie dla kolarzy. Po raz pierwszy w Polsce mamy ścieżkę, po której można przejść od młodego chłopaka, jeżdżącego w lokalnych imprezach, aż do World Touru. To na pewno jest szansa i nadzieja dla naszych zawodników. To dużo ważniejsze od tego szkolenia, którego praktycznie nie ma w PZKol-u, bo brakuje na nie pieniędzy. Były i są kluby, są trenerzy wariaci, dokładający do tego pieniądze, ale taka ścieżka pojawiła się pierwszy raz – mówi Adam Probosz.

To jednak mała dygresja, wróćmy na właściwe tory. Belgowie czy Holendrzy produkują młodych kolarzy wręcz masowo, bo po prostu tradycje kolarskie mają ogromne. Podobnie Brytyjczycy, którzy jednak często zaczynają od jazdy na torze, a dopiero potem przerzucają się na peleton i szosę. U nich to wszystko funkcjonuje od dawna, wiedzą, z czym to się je i robią to świetnie, co widoczne staje się tym bardziej dziś, gdy ta młodzież coraz odważniej wchodzi do elity. Podobne zdania można by napisać też o Francuzach, Hiszpanach czy Włochach, choć ci ostatni przeżyli ostatnio załamanie, z którego teraz powoli wychodzą.

Jest jednak jeden kraj, który tradycje ma stosunkowo małe, sam zbyt wielki nie jest, a w ostatnich latach podrzucił do peletonu kilku naprawdę znakomitych kolarzy. W tym – choć nie łapie się do tego tekstu, bo jest za stary – ostatniego zwycięzcę hiszpańskiej Vuelty, Primoza Roglicia. Słowenia, bo o niej mowa, szkoli naprawdę świetnie.

– Słoweńców w peletonie zawsze było wielu, również na stanowiskach dyrektorskich, zwłaszcza w tych ekipach, które powstały na bazie włoskich ekip – zauważa jednak Arlena Sokalska. I fakt, to było (i jest) dla nich sporym ułatwieniem. Ale na mistrzowski poziom wzbili się dopiero teraz, a w najbliższej przyszłości prawdopodobnie nie odpuszczą. Mają świetną, krajową grupę, zgarniającą największe talenty i wysyłającą je do World Touru (Adria Mobil), mają ogarniętych trenerów, mają warunki do trenowania, mają spory krajowy wyścig (Tour of Slovenia). Właściwie mają wszystko. Trzeba to jednak umieć wykorzystać, a oni robią to teraz perfekcyjnie.

Na tyle, że i my moglibyśmy się od nich uczyć, jeśli chcemy wysyłać w świat wielkie talenty, których sukcesy będą nas później cieszyć. Choć mamy pewne podejrzenia, że nikt w związku na to nie wpadnie. A skoro o sukcesach, to pora poznać kilku kolarzy, którzy już mają je na koncie.

Najlepsi

Zrobimy to bez biografii, dobrze? Bo gdybyśmy chcieli się rozwlekać, mogłaby powstać z tego naprawdę gruba książka. Serio, młodych talentów jest w peletonie tyle, że aż trudno wypisać wszystkich. Tu, oczywiście, skupimy się na tych, którzy już osiągnęli wielkie sukcesy albo mają potencjał wskazujący na to, że tak się za niedługo stanie. Co naturalne – zacząć musimy od Egana Bernala.

Bo jeśli wygrywasz największy wyścig kolarski świata w wieku 22 lat, to znaczy, że jesteś kozakiem. Nie ma w tym żadnej wielkiej filozofii. Geraint Thomas, poprzedni zwycięzca Tour de France, żartował sobie, że gdy sam będzie już po czterdziestce, urośnie mu spory brzuszek i będzie przesiadywał w pubie, sącząc piwo, to Bernal po raz dziesiąty wygra Wielką Pętlę. Wiadomo, pewnie nieco przesadził, ale nie zdziwiłoby nas ani trochę, gdyby Kolumbijczyk za rok tytuł obronił. Jest znakomitym góralem, nie gubi się na płaskim, jeździ na młodzieńczej fantazji i stać go na naprawdę wiele. Zresztą już to udowodnił.

Ale gonią go inni. Potencjał na wygrywanie Wielkich Tourów z pewnością mają tacy kolarze jak Tadej Pogacar, Miguel Angel Lopez czy Enric Mas. Ten pierwszy zachwycił na tegorocznej Vuelcie, gdy w fantastycznym stylu wygrał ostatni z górskich etapów (a wcześniej dwa inne), wspinając się przy okazji na najniższy stopień klasyfikacji generalnej. To jeden z tych wielkich, słoweńskich talentów, o których wspominaliśmy wcześniej, a swój potencjał potwierdzał też zwyciężając w Volta ao Algarve czy Tour of California. Enric Mas za to rok wcześniej był we Vuelcie jeszcze wyżej – swój domowy wyścig ukończył na drugim miejscu. W tym sezonie nieco wyhamował, ale i tak często zajmował miejsca w najlepszych dziesiątkach wyścigów. Lopez? To już kolarz świetnie znany. Był trzeci w Giro i we Vuelcie, wygrywał klasyfikacje młodzieżowe obu wyścigów, w Hiszpanii zgarniał też etapy. Poza tym wygrywał kilka mniejszych imprez.

Zapomnieć nie można oczywiście o wspominanym Remco Evenepoelu, bo to – być może – największy talent ostatnich kilkudziesięciu lat. Ten gość już ma srebro mistrzostw świata seniorów, a wydaje się, że tak naprawdę wygrywać będzie mógł wszystko: klasyki, tygodniówki i Wielkie Toury. Jest uniwersalny, ciężkiej pracy się nie boi, a poza tym ma niesamowity zmysł, instynkt, z którym trzeba się urodzić. Trzeba jedynie dać mu trochę czasu, a możliwe, że za rok czy dwa oglądać będziemy go triumfującego w Giro czy Tour de France.

Podobnie może być z Mathieu van der Poelem, zwycięzcą Amstel Gold Race. On jest co prawda nieco starszy, a szosę łączy z kolarstwem przełajowym, ale potencjał ma ogromny, a do tego znakomite geny. Jego ojciec wygrywał etapy na Tour de France i wiele z najważniejszych jednodniowych wyścigów, poza tym był świetnym przełajowcem. Dziadek to legenda francuskiego kolarstwa. Zwie się Raymond Poulidor i ośmiokrotnie stał na podium Tour de France, ale… nigdy nie wygrał. Triumfował za to we Vuelcie. Z takimi przodkami Mathieu wręcz musi odnieść sukces. Nie ma innego wyjścia.

Poza zawodnikami, których typujemy do zwycięstw w klasyfikacja generalnych, są też sprinterzy, walczący o etapy, koszulki dla najlepiej punktujących i niektóre jednodniówki. W tym gronie najlepiej prezentują się Pascal Ackermann (zwycięzca dwóch etapów i klasyfikacji punktowej tegorocznego Giro) i Fernando Gaviria (klasyfikacja punktowa Giro 2017, pięć etapów włoskiego touru i dwa na Tour de France). Obaj mają potencjał na pójście w ślady Petera Sagana i nie zdziwilibyśmy się, gdyby to faktycznie zrobili.

Inni? Wiadomo, mistrz świata, Mads Pedersen. – Z Pedersenem jest tak, że fajnie się rozwija. Wygrywał już wcześniej mniejsze wyścigi, pokazywał się na MŚ w niższych kategoriach. On może nie ma takiego talentu jak Remco, ale jest umiejętnie prowadzony. Bo są talenty, które eksplodują, a są kolarze, którzy powoli się rozwijają – tak jest też trochę z Matejem Mohoriciem. On wygrał w zeszłym roku kilka wyścigów, mówiono, że w tym eksploduje, a on sam powtarzał, że ma jeszcze czas – mówi Adam Probosz. Do tego grona moglibyśmy zresztą też zaliczyć Wouta van Aerta, świetnego czasowca, sprintera i gościa, który w przyszłości może wygrać każdy z jednodniowych klasyków.

To jednak – żeby nie było wątpliwości – nie wszyscy.

Stała wznosząca?

Bo wyliczanka jest znacznie dłuższa. Pavel Sivakov (zwycięzca Tour de Pologne), Ivan Sosa, Filip Ganna (brązowy medalista MŚ), Max Schachmann, Sergio Higuita, Jai Hindley, Ivan Garcia, Nils Politt, Tiesj Benoot, James Knox, Tao Gheoghegan Hart, Kasper Asgreen, Marc Hirshi, Sam Oomen, Fabio Jakobsen, Giulio Ciccone, Laurens De Plus, a nawet nasi – Szymon Sajnok czy Staszek Aniołkowski… Można by tak naprawdę długo, uwierzcie na słowo. Przy analizie tego wszystkiego, doliczyłem się ponad 40 nazwisk, na które warto zwrócić uwagę. I to tylko tych, którzy już jeżdżą w elicie. No i mają maksymalnie 25 lat – przez to odpadł na przykład, urodzony w 1993, Richard Carapaz, zwycięzca Giro d’Italia.

A przecież są jeszcze kolarze, którzy za rok czy dwa znajdą się w World Tourze i też zaczną odgrywać pierwsze skrzypce. Piszemy tu o zawodnikach takich jak Mikkel Bjerg (wyrasta na znakomitego czasowca, od przyszłego sezonu w UAE Team Emirates), Tom Pidcock (na razie siedzi w rozwojówce, ale kwestią czasu wydaje się być jego „awans”) czy Tobias Foss (zwycięzca tegorocznego Tour de l’Avenir, najważniejszego wyścigu młodzieżowego świata, za rok będzie śmigać w Jumbo-Visma).

Stąd pytanie: czy ten trend nie tylko się utrzyma, ale i będzie pogłębiać?

Moim zdaniem tak – mówi Arlena Sokalska. – Młodzi kolarze będą dostawać szanse. Trudno powiedzieć, czy narodzi się taki talent jak Remco, który jest w pewien sposób bytem odrębnym, niesamowitym. Natomiast trend, by wpuszczać coraz młodszych kolarzy do World Touru na pewno istnieje i będzie coraz wyraźniejszy.

– To jest trend, który raczej się utrzyma – dodaje z kolei Adam Probosz. – Ta młoda fala przejmie królowanie w peletonie, starsi będą się powoli wykruszać. Ci młodzi powinni przejąć stery, wygrywać coraz więcej wyścigów. Oni sami też będą czuli na plecach kolejne pokolenia, które będą chciały wejść do peletonu. Myślę, że to stała tendencja, przez którą peleton zmieni swoje oblicze.

Przyznajcie – brzmi to optymistycznie, co? Bo jednak o to w tym wszystkim chodzi: żeby na starych mistrzów cały czas ktoś napierał, żeby pojawiały się nowe gwiazdy, żeby nie można było wygrać bez walki. Rywalizacja nakręca zainteresowanie sportem, a my mamy powody by sądzić, że najbliższe lata w kolarstwie będą pod tym względem znakomite. Jest tylko jedno „ale”. Bo skoro młodzi kolarze coraz częściej dostają w swoich zespołach ważne role i od początku jeżdżą na maksa, to czy nie ma ryzyka, że przez to szybciej się też wypalą? W zwyczaju mają to przecież już teraz Kolumbijczycy, którzy często jeszcze przed trzydziestką mocno zjeżdżają z formy.

– Myślę, że to możliwe. Weźmy Alberto Contadora, który też zaczął jako bardzo młody chłopak – do czasów Bernala był jednym z młodszych zwycięzców Tour de France i gościem, który w bardzo młodym wieku wygrał trzy Wielkie Toury. On skończył karierę szybciej niż jego kolega, Alejandro Valverde. Tłumaczył, że po prostu „chciał zacząć żyć normalnym życiem”. Bo to nie tylko kwestia tego, że nie był w stanie wygenerować z siebie takiej formy jak dawniej, ale znużenia, zmęczenia tym wszystkim – twierdzi Arlena Sokalska.

Z drugiej strony… coś za coś, prawda? A jeśli mamy obserwować tak fantastyczne zwycięstwa, jak to Pedersena na mistrzostwach świata czy van der Poela na Amstel Gold Race, to zaakceptujemy to, że mogą kończyć kariery w młodszym wieku. Bo wcześniej i tak zdążą odwalić znakomitą robotę.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

KOMENTARZE (0)