W Pcimiu wielkie narzekanie, ale z happy endem
Weszło Extra

W Pcimiu wielkie narzekanie, ale z happy endem

Pcim. Popkulturowa legenda mówi, że legendarny angielski komik John Cleese ma tu ciocię. Nie ma co się jednak długo łudzić: nie ma. To pierwsza rzecz, którą można zweryfikować. Poza tym wieś przez lata, głównie przez swoją wdzięczną nazwę, stała się symbolem końca świata. Miejsca, gdzie nic nie ma. Ale nie ma w tym za wiele prawdy. Funkcjonuje tu nawet czwartoligowy klub piłkarski. Pcimianka Pcim ma swoje problemy, boryka się z wieloma niedogodnościami i ograniczeniami, ale przy tym legitymuje się pięćdziesięcioletnią historią, która trwa do teraz i nie zamierza się kończyć. 

***

– Czy to prawda, że wszyscy Polacy to biorą?

– Jasne, kredyt gotówkowy.

– Dlaczego?

– Bo jest tani i dostępny dla wszystkich.

– A ja mogę go dostać?

– Obawiam się, że to niemożliwe.

– Niby czemu?

– Bo nie jest pan z Polski.

– Nie jestem z Polski, ale jestem w Polsce.

– Przykro mi.

– Ale ja chcę!

– Panie Cleese, proszę już się przygotować do nagrania.

– Zaraz, uwielbiam pierogi, byłem na Wembley w 73′, a i jeszcze jedno: moja ciocia jest z Pcimia!

W 2008 roku taki dialog John Cleese prowadził z reżyserem planu codziennie w większości polskich domów, posiadających kablówkę, bowiem jeden z polskich banków zatrudnił legendarnego angielskiego komika do reklamowania swojego kredytu. Koncept się przyjął. Wszędzie, tylko nie w Pcimiu, gdzie uznano, że polska wieś jest wyśmiewana. Ówczesny wójt gminy, Daniel Obajtek, zapraszał nawet autora „Latającego cyrku Monty Pytona” do odwiedzenia Pcimia i rzekomego przekonania, że to żaden powód do żartów. Cleese odpowiedział na jednej z konferencji prasowych:

– Choć Pcim nie był moim pomysłem i nawet nie pamiętam, skąd się wziął, to bardzo przypadł mi do gustu. Chyba wymyśliliśmy go już na planie, podczas kręcenia reklamówki. Śmieję się do teraz. Pcim to chyba najgłupsze słowo i najgłupsza nazwa miasta, jaką udało mi się kiedykolwiek usłyszeć. No, jest jeszcze Townsville, równie beznadziejne słowo. 

***

Dworcowa toaleta w Krakowie. Na ścianie wiele bezkształtnych i koślawych napisów. Widać, że nikt się do nich specjalnie nie przykładał. To nie miejsce, gdzie liczy się artystyczny kunszt. Zresztą przekaz też jest często drugorzędny. Zazwyczaj ludzie wyznają tu miłość albo nienawiść. Do kobiety, do rodziny, do państwa, do szkoły, do klubu piłkarskiego. Pobudki mazania po kafelkach są przeróżne. Są też jednak napisy z większym polem do interpretacji swojej treści. Ten jest jest tego najlepszym przykładem: „Nie fikaj koziołku, bo cię wypierdolimy do Pcimia”.

Ze stolicy Małopolski do Pcimia prowadzi Zakopianka. Czterdzieści minut samochodem i ponad godzinę zapchanym busem. Oświetlenie drogi sprzyja melancholijnej aurze zimy, której przecież jeszcze nie ma. Przygaszone ciepłe światła latarni i ciemne górzyste pola wokół. Trasa jest jednym elementem cywilizacji. Wszystko to budzi pewien niepokój. Sam wieczorny Pcim też zdaje się mieć w sobie więcej polskiego zaściankowego folkloru małej zapuszczonej miejscowości niż zadbanej, prosperującej gminy.

Opuszczony przystanek autobusowym, który wcale nie zachęca, żeby czekać w jego okolicach na przyjazd autobusu. Kładka oświetlona na wzór ulic, po których nie chodzi się, gdy zapalają się latarnie. Nawet przed dużym komercyjnym sklepem coś jest nie tak, bo niezidentyfikowany skrzekliwy głos wygłasza jakąś biblijną tyradę. Perora przypomina natchnione popisy Julesa Winnfielda, granego przez Samuela L. Jacksona, w „Pulp Fiction”. Jest więc o sprawiedliwym i srogim Bogu, upadających drzewach, armii aniołów, ogniu palącym niewiernych i potrzebie nawrócenia.

Jest wtorek. Dzień jak dzień.

#POWIATBET STWORZYLIŚMY WSPÓLNIE Z ETOTO, BUKMACHEREM, KTÓRY MA SZEROKĄ OFERTĘ ZAKŁADÓW NA TĘ KLASĘ ROZGRYWEK

***

Stadion lokalnej Pcimianki Pcim sytuuje się w centrum miejscowości. Właściwie łatwiej dojechać do niego samochodem, bezpośrednio z Zakopianki, niż przejść na piechotę przez wieś. Porządna trybuna z zadaszeniem, duży parking, budynek klubowy, boisko. Wszystko na niewielkim obszarze, ale naprawdę zadbane i nieprzynoszące wstydu. Tylko oświetlenie płyty mizernej jakości.

– Każdemu przyjeżdżającemu do Pcimia radzę zostać tu jakiś czas i pochodzić po mieście. W anegdotkach krążą negatywne opinie, ale prawda jest inna. Wydaje mi się, że wszystko wzięło się z nazwy, która przyznajmy uczciwie, jest nieco zabawna. Pcim nikomu nic nie mówi. I tak się ludziom utarło, że jesteśmy na końcu świata i nikt o nas nic nie wie. Ale to nic nie zmienia. Wszyscy mieszkańcy Pcimia są dumni ze swojego pochodzenia! – deklaruje Jan Pawlik, prezes klubu, który działa przy nim od czternastu lat.

Tomasz Rusnak, wiceprezes klubu: – Mimo młodego wieku jestem w Pcimiu jeszcze dłużej od prezesa. Szesnaście lat. Grałem jeszcze w trampkarzach, wtedy działał tu lokalny biznesmen Marek Spyrka, a w zarządzie klubu działał mój brat. Obaj stopniowo zaczęli mnie wtajemniczać, wciągać, szybko zacząłem jeździć z drużyną pod kątem zostania kierownikiem zespołu, a teraz jestem wiceprezesem i członkiem zarządu. 

Od początku pierwszej dekady XX. wieku zmieniło się tutaj bardzo dużo. Spyrka już nie ma, pojawili się nowi inwestorzy i klub zaczął się rozwijać. Wtedy Pcimianka prowadziła tylko a-klasową pierwszą drużynę i pojedyncze grupy trampkarzy, dziś seniorzy występują w IV lidze, obie ekipy juniorskie w ligach małopolskich, które pukają do drzwi Centralnej Ligi Juniorów i wiele młodszych młodzieżowych roczników. I chętnych nie brakuje. I to wszystko w warunkach, gdzie świat piłkarskiego szkolenia skupia się wokół dużych ośrodków, a takowym jest Kraków, naszpikowany uznanymi markami.

72974389_2446521652292496_8333096960743440384_n

Rusnak: – Kiedy prowadzi się akademię w takim miejscu jak Pcim, do szkolenia młodzieży trzeba podejść z dużym zaangażowaniem i wiarą we własne możliwości. Nie można po prostu prowadzić sobie akademii, nie dbać o jej poziom i prestiż, bo to wyglądałoby tak, że przyjeżdżaliby wysłannicy z Wisły czy Cracovii, podbierając nam wszystkich najlepszych. Nam udało się tak rozwinąć szkolenie, że część najbardziej utalentowanych chłopców jesteśmy w stanie utrzymać w klubie. 

Dla filozofii klubu bardzo istotne jest wprowadzanie młodzieży do pierwszego zespołu. Rok temu zajęli drugie miejsce w klasyfikacji Pro Junior System i jak sami deklarują, stało się tak tylko dlatego, że ich wychowankowie naprawdę prezentowali wystarczająco wysoki poziom, żeby z powodzeniem móc sobie radzić na poziomi IV ligi. Żadnego sztucznego nabijania minut.

***

Pawlik: – Nasz klub powstał pięćdziesiąt lat temu. To pół wieku historii. Z uśmiechem patrzę na tych wszystkich ludzi, którzy pompują pieniądze w jakiś klub bez konkretnego planu biznesowego, łatwo trafiają z nim do IV ligi, ale to wszystko okazuje się wydmuszką, bo okazuje się, że nie ma z tego ani zysków, ani frajdy, ani reklamy, a za to jest dużo obowiązków. Prowadzę firmę zajmującą się transportem międzynarodowym i warsztat samochodowy z okręgową stacją kontroli pojazdów. Działamy jako społecznicy. Nie ma mowy o żadnych etatach. Oprócz tego jeszcze wspomagamy ten klub finansowo, żeby to w ogóle mogło istnieć i rozwijać się. Jak tylko możemy, to staramy się coś na funkcjonowanie tego zarobić. Czasami na lokalnych festynach władze umożliwiają nam prowadzenie bufeciku. Zaangażowałem w ten klub, wiele lat tu spędziłem, wielokrotnie mieliśmy dość…

I w tym momencie jakakolwiek pozytywne podejście pryska. Prezes zaczyna wymieniać plejadę faktycznych problemów, z którymi musi borykać się Pcimianka Pcim na poziomie IV ligi. I są to niedogodności najróżniejszej maści. Od infrastruktury przez brak pieniędzy i wsparcia gminy po natłok przeróżnych innych obowiązków obowiązków.

Więc po kolei. Często wadliwie działa współpraca na linii gmina-klub.

Pawlik: – Patrząc na to, jak władze gminy nie rozumiały naszych potrzeb. Przez dziesięć lat otrzymywaliśmy finansowanie na poziomie czterdziestu pięciu tysięcy złotych. To pieniądze absolutnie minimalne, gdzie potrzebujemy ich na dziesięć drużyn. Nie wystarcza nawet na dojazdy, a gdzie jeszcze sędziowie, stroje, delegacje, boiska? Przychodzi koniec sezonu, a nam często brakowało nawet stu tysięcy złotych. Rodziło się pytanie: wyłożyć z własnej kieszeni czy podziękować. Wybieraliśmy to pierwsze. Skrajny altruizm. Jeśli nie złożylibyśmy się całym zarządem, to klub zwyczajnie przestałby istnieć. W zeszłym roku złożyliśmy oficjalną rezygnację, bo koszty wzrastają tak bardzo, że trudno temu wszystkiemu sprostać. Awanse też napędziły koszta.

67433467_1196885930491116_7051405872676732928_o

Płaci się za wszystko.

Pawlik: – Wielkie pieniądze płaci się za delegacje sędziowskie. Kiedyś przyjeżdżał jeden, dziś zawsze trzech i to nie z Myślenic czy nawet Krakowa, a przykładowo z Nowego Sącza, Tarnowa czy Oświęcimia. Kilkadziesiąt tysięcy ekstra kosztów. Byliśmy bez wyjścia. Zebrała się jednak grupa sympatyków, która zobowiązała się, żeby pójść do wójta i przedstawić mu całą sytuację. Albo będzie zrozumienie i coś dołożą, albo zrezygnujemy z działania. Pierwszy raz spotkaliśmy się ze zrozumieniem i ciągniemy to dalej. Co będzie w następnym roku, to sami nie wiemy. Żeby utrzymać III ligę trzeba wyłożyć siedemset tysięcy złotych. Próba awansu byłaby samobójstwem dla naszego klubu. Każda liga to szczebelek wyżej. Do naszych rozgrywek z okręgówek w tym roku weszły cztery beniaminki. Wszystkie okupują ostatnie miejsca w tabeli. Liga jest bardzo mocna, bo weszły rezerwy Cracovii i Wisły, więc nie każdy sobie w niej poradzi. Trzeba być przygotowanym na wyższy poziom. Piłkarzom wypłacamy stypendia. Tysiąc złotych, tysiąc pięćset. Nie są to jakieś wielkie pieniądze, ale po prostu chcemy, żeby chłopakom się zwracało. Zatrudniamy wielu studentów i takich, którzy lubią pograć w piłkę.

Rusnak: – Dodatkowa firma. Potężna firma. Trzysta osób z młodzieżowymi. Wypłaty, dzieci, seniorzy, boiska, biurokracja, rozgrywki, zgrupowania, rozliczenia z urzędem skarbowym, ZUS. Ogrom. Dobrze, że każdy coś tam zrobi i to się jakoś rozłoży. Cały czas nerwy. Cały czas coś od nas chce.

Pawlik: – Jesteśmy zniesmaczeni opłatami w amatorskiej piłce. I tak PZPN nakazał, żeby od młodzieżowych drużyn nie brać aż tak wielkich opłat, ale już transfer temu nie podlega. Jeśli chcemy chłopaka, który jest w sąsiedniej wsi, ma osiemnaście lat, gra w A-klasie, ale chciałby spróbować czegoś więcej, to my musimy za niego zapłacić półtora tysiąca złotych. Ludzie, co to za kwoty. Robimy to sami przez Ekstranet i za samo kliknięcie pobiera takie pieniądze. Absurdalne. Wyrejestrowanie tam, zarejestrowanie u nas to już dodatkowe czterysta złotych. Albo jeszcze, wolny zawodnik do IV ligi to też tysiąc złotych. Doskonale rozumiem ekwiwalenty za wyszkolenie, ale wszystko poza tym to jakiś skandal. Zresztą za samo uczestnictwo w IV lidze płacimy tysiąc złotych. W Małopolsce jest mnóstwo zespołów, związek na tym zarabia spore pieniądze, bo w okręgówce jest niewiele mniej, zdaje się, że sześćset. Zbierają się pokaźne kwoty. Odechciewa się. Wszyscy tak pięknie mówią, że wspaniale jak sport rozwija się po wsiach, że taki duch sportu, że taka rywalizacja, ale przy tym oni wszyscy tylko patrzą, jak zrobić, żeby zabrać pieniądze. Zewsząd. Niezależnie czy to Pcim Górny czy Dolny. Doić, doić, doić. Bo musi płacić za wszystko. Jeśli ktoś chce się bawić w profesjonalny futbol, musi mieć pieniądze. Tu się zgadzamy. Ale my prowadzimy klub amatorski. Żyjemy tym klubem cały czas. Jesteśmy społecznikami. A jeśli nagle dowiadujemy się, że musi zapłacić za zarejestrowanie w jakimś systemie sześcioletniego dziecka, to szlag człowieka trafia. Chcemy dobrze, wychowywać talenty, rozwijać lokalną społeczność, ale dostajemy obuchem w łeb od ludzi, którzy patrzą tylko na pieniędzy. 

My oczywiście, Mamy kłopoty z bazą. Oświetlenie tylko na części boiska. Żadnego boiska treningowego. Trenujemy na tym samym, na którym gramy. W samorządzie nie przelewa się, ale wsparcie z miasta w tym roku wzrosło. Nam jest potrzebne drugie boisko. Po prostu. Prowadzimy tyle grup, że nie sposób zmieścić wszystkich tutaj. Musimy wynajmować płyty w pobliskich miejscowościach. Zazwyczaj w Myślenicach. I za to też się płaci. Potrzeba dużych funduszy, więc naciągamy, błagamy, prosimy. Żeby ktoś pomógł, żeby ktoś postawił swoją reklamę za ten tysiąc, żeby ktoś też zainwestował, żeby te stroje kupił, żeby miał reklamę na koszulce. To wszystko jest wypłakane, wystukane, wychodzone, wyszarpane. Dobrze, że tu jest grupa ludzi, która potrafi jeszcze coś wyciągnąć od lokalnych biznesmenów, bo ja czasami zwyczajnie nie mam już honoru, żeby tam chodzić i kogoś prosić. To jest żebranina, żeby to wszystko utrzymać. 

Powstaje obraz pracy ponad siły tak niewielkiej grupy ludzi.

Pawlik: – Wielokrotnie zdawaliśmy sobie sprawę, że jak odejdziemy, to nie ma klubu. Żal to wszystko zostawić. Ostatnim tchnieniem chcemy to jeszcze prowadzić. Tyle już zrobiliśmy, że tragiczne byłoby opuszczenie Pcimia. 

Rusnak: – Nigdy nie ma tak, że przyjeżdżam do klubu i nie mogę na to miejsce już patrzeć. Nie ma. Ale czasami jest ciężko. Wiele razy chcieliśmy zrezygnować.

NAJLEPSZE BONUSY PO REJESTRACJI? TYLKO W ETOTO (KLIKNIJ, BY SIĘ ZAREJESTROWAĆ)

***

Wszystko to jednak sprawy organizacyjne. Współczesny futbol to bardzo złożony biznes. Z tym się trzeba liczyć. Gdyby jednak sport składał się tylko ze stert dokumentów i nieskończonego spektrum obowiązków, to prawdopodobnie nikt by się nim nie zajmował. Więc może tego, co trzyma grupę społeczników przy Pcimiance Pcim, należy szukać w zapachu murawy, oderwaniu od rzeczywistości przy kontemplowaniu meczu swojej drużynie, spokojnych dziewięćdziesięciu minutach, kiedy wszystkie utrapienia idą na bok i można skupić się na dopingowaniu swoich zawodników?

Pawlik: – Jak przychodzi mecz, to też nie możemy odpocząć. W IV lidze wymagany jest ktoś z certyfikatem specjalisty od spraw bezpieczeństwa na stadionach na imprezy niemasowe. Wyrobiłem go sobie, więc przychodzę na mecz wcześniej, przed wszystkimi, jak jest mecz podwyższonego ryzyka, z Unią Oświęcim albo Beskidem Andrychów, to już od tygodnia mam kontakt z policją. Zdarza się, że przyjeżdża cała grupa kiboli, istnieje realne niebezpieczeństwo, są w stanie rozwalić mecz. Możemy się tylko cieszyć, że Pcim nie jest związany z żadną grupą krakowską, więc nie ma takiej presji, ale już mecze Andrychowa, który ma zgodę z Cracovią, z Hutnikiem były bardzo ostre kibicowskie. Czterdziestu policjantów, wizytacja dzień przed meczem, obieg, ogląd i ja muszę to wszystko oglądać. Dodatkowy obowiązek. Muszę mieć swoich ochroniarzy, dodatkowe kilkanaście telefonów, za chwilę przychodzi delegat, protokół, kupa roboty.

Do tego sprawy dochodzą sprawy incydentalne.

Pawlik: – Na policji prowadzone jest dochodzenie w sprawie jednego z naszych czarnoskórych piłkarzy. Jesienią poprzedniego roku doszło do nieprzyjemnej sytuacji, bo zawodnik drużyny przeciwnej rasistowsko obrażał naszego zawodnika, doszło do przepychanek, wszyscy doskoczyli i zaczęła się większa szarpanina. Przyszła wiosna, rewanż i między tymi samymi chłopakami znowu jakieś spięcie. Jakieś słowo, jakaś agresja, jakiś gest i znowu nerwy, a po meczu szamotanina, kłótnia, spór i gość z przeciwnej drużyny stwierdził, że nasz podopieczny rzucił jego telefonem. Zaściankowość. Niezdrowe emocje. I ja się tym muszę zająć, a to się ciągnie. 

Rusnak: – Trochę jest w IV lidze niezdrowych emocji, ale i tak znacznie mniej niż w okręgówce. W najbliższym sąsiedztwie zawsze ludzie bardziej się nienawidzą. 

67204030_1196884927157883_4148148352996868096_o

Pawlik: – IV liga to najwyższy poziom, jaki tu był. 

I Pcimianka ma okazję rywalizować z rezerwami Wisły Kraków i Cracovii. W szczególności ci drudzy są hegemonem tych rozgrywek.

Pawlik: – To nie jest problem awansować rezerwami Cracovii. Przykładowo niedawno dwa gole w IV lidze strzelił dla nich Tomas Vestenicky. Potrafi zagrać tutaj ośmiu ekstraklasowych zawodników. Oni są zawodowymi piłkarzami, a u nas chłopaki kończą treningi i idą do pracy. On jest po całym urobieni, zmęczeni, po całym dniu, czasami im się już po prostu nie chce, a taki Vestnicky mógł liczyć na wygodny transport, komfort, masaż, regenerację i przyjechanie sobie na mecz. W tym roku tak się zdarzyło, że jeśli Cracovia będzie chciała zrobić awans, to go zrobi. W momencie, kiedy Ekstraklasa gra później, to dla rezerw jest gorzej, bo Probierz nie pozwala wszystkim zejść do IV ligi. Inna sytuacja jest, kiedy Cracovia swój mecz w elicie zagra przykładowo w sobotę, a w niedzielę grają rezerwy. Wtedy wszyscy, którzy nie grali w Ekstraklasie, automatycznie schodzą kilka poziomów niżej. I wtedy wynik jest oczywisty.

Nam pozostają małe satysfakcje. Pamiętam, jak graliśmy sparing juniorski z Cracovią, grał Michał Rakoczy i nasze chłopaki zasadziły mu dwie takie dziury, że nie wiedział, co się dzieje. Zresztą przegrali 1:2. W ligowym meczu przegraliśmy z nimi za to 1:3, nie wykorzystaliśmy karnego, a ostatnią bramkę strzelili nam w doliczonym czasie gry, bo się otworzyliśmy. A Sebastian Strózik, obijający się o Ekstraklasę, przestrzelił dwa razy na całkowitej patelni. W IV lidze wcale się prosto nie gra. 

Rusnak: – Różnica jest taka, że my nie zatrudniamy tutaj zawodowych piłkarzy. Skład zbudowaliśmy na młodych studentach i chłopakach, którzy zwyczajnie lubią sobie pograć w piłkę po pracy. Mieliśmy tutaj przykładowo chłopaka, który robił dachy i siedział na słońcu przez cały dzień. Nagrzany, odwodniony, wycieńczony jeszcze przychodził do nas i był naprawdę dobry. Ale gdzie mu do tych profesjonalistów?

A jednak w Pcimiu udało się wprowadzić element profesjonalizmu.

Rusnak: – Wszystkie nasze awanse wzięły się z tego, że staramy się zatrudniać naprawdę topowych trenerów. Pcimiankę Pcim prowadzi aktualnie Marcin Sadko, który poprowadził nawet Cracovię w trzech meczach Ekstraklasy, był Grzegorz Staszewski, asystent u Michała Probierza. Każdy taki szkoleniowiec wprowadza fantastyczne doświadczenie i profesjonalizm. Automatycznie odcinają każdy niepotrzebny czy niezdrowy element. Ostatnia była taka sytuacja, że jeden z naszych zawodników strzelił gola i chciał sprowokować drużynę przeciwną, a trener Sadko posadził go na ławce na następne dwa mecze. Nie ma folkloru. Jak na poziom IV ligi, wszystko jest poukładane. Do takich trenerów się dzwoni i pyta się, czy jest się w stanie finansowo z nimi dogadać. Jeśli się uda, to jest się wniebowziętym.

Pawlik: – Mamy satysfakcję, kiedy Pcimianka zwycięża i inne kluby się z nią liczą. To cieszy. Daje energię i pozytywnego kopa.

Rusnak: – To jest największy paradoks, że wszyscy wiedzą, że klubu nie stać na III ligą, a i tak dążymy do tego światła, jakim jest awans. Ani finansowo, ani organizacyjnie się tam nie nadajemy, a zrobilibyśmy naprawdę wszystko, żeby tam być. I na pewno nie byłoby tak, że odmówilibyśmy awansu. Zdecydowanie chcielibyśmy spróbować, nawet kosztem strat i bolesnego spadku. Zapisalibyśmy się w annałach historii, zrobilibyśmy coś ponad normę, działoby się coś fajnego. Jakiś cel musi człowiekowi przyświecać, żeby całkowicie tego nie rzucił. 

Pawlik: – Tak, o boisku można porozmawiać nawet pozytywnie, ale nie da się zapomnieć, że najwięcej zarządowi schodzi na sprawach pozaboiskowych. Cały czas roboty. Boisko staje się drugorzędne. Tu spokojnie można byłoby mieć etat, a byłoby co robić od rana do wieczora. A etatu nie ma. W domu czasami mamy konflikty z żonami, bo spędzamy tutaj kolosalnie dużo czasu. Nasze kobiety muszą być tolerancyjne i zdawać sobie sprawę, że my kompletnie zwariowaliśmy. Żeby związek i rodzina funkcjonowała żona musi pójść na dalekie ustępstwa. W domu obiad potrafimy zjeść na kilka razy, bo inaczej się nie da. Jakiś telefon, jakiś wyjazd, coś do załatwiania. W weekend wspólny obiad jest całkowicie niemożliwy, bo mecze. Cudem zdarza się, że pójdziemy razem do kościoła. Cały plan życia oparty jest piłce. Póki żona nie postawiła jeszcze ultimatum, że rodzina albo klub, to mogę jeszcze działać. Czasami tylko pojawiają się zarzuty, że więcej czasu poświęciłem obcym dzieciom w klubie niż swoim. A mimo wszystko uważam, że mój świat tak się zorganizował, że po prostu mogłem to zrobić. I pewnie nawet nie usłyszę za to jednego słowa podziękowania…

72780460_468450527099279_6562305274864992256_n

***

Samochód z Pcimia do Krakowa. Prowadzi jeden z młodych piłkarzy Pcimianki. Rocznik 2000, student krakowskiego AWF, dopiero od tego roku w klubie.

– Pewnie mogłem grać w jakimś mniejszym krakowskim klubiku, tutaj muszę dojeżdżać, niektórzy też śmieją się z tego Pcimia, ale Pcim nie Pcim, też się gra w piłkę. I to naprawdę nie gorzej niż gdzieś indziej.

Prezesi Pcimianki chyba mają identyczne podejście. Narzekają, martwią się, przepracowują, trwają w romantycznej beznadziejności przy piłce w Pcimiu i choć przy tym bardzo się frustrują, to nie zamierzają tego zmieniać. I może to tak funkcjonować właściwie w nieskończoność. W imię niezidentyfikowanego pozytywnego wariactwa.

JAN MAZUREK

#PowiatBet to nasz cykl tekstów, w których prezentujemy realia klubów z czwartej ligi. Szykujcie się na dużo atrakcyjnych materiałów, bo przecież właśnie na tym szczeblu występują m.in. zespoły z Bytomia, Odra Wodzisław Śląski, drużyna Ślusarskiego, Telichowskiego i Zakrzewskiego, a nawet żywa legenda lat dziewięćdziesiątych, RKS Radomsko. Partnerem cyklu są nasi kumple z ETOTO, którzy czwartą ligę pokochali na tyle mocno, że regularnie przyjmują zakłady na spotkania na tym szczeblu rozgrywkowym.

KOMENTARZE (3)