Kierowca po przejściach, zespół z przeszłością. Czemu musiało dojść do rozwodu Kubicy z Williamsem?
Inne sporty

Kierowca po przejściach, zespół z przeszłością. Czemu musiało dojść do rozwodu Kubicy z Williamsem?

Bo to się zwykle tak zaczyna, że ktoś komuś wpada w oko. Potem zaczynają się podchody: ktoś uśmiechnie się zalotnie, ktoś niby przypadkiem dotknie dłoni, zaprosi do kina, czy na kawę, potem może na coś mocniejszego, aż wreszcie – na kolację ze śniadaniem. Dalej w klasycznym romansie mamy ślub, wspólne mieszkanie, dzieci (niekoniecznie w tej kolejności). Coraz częściej niestety w dalszej kolejności zamiast „żyli długo i szczęśliwie” mamy festiwal kłótni, nieporozumień, zarzutów i sporów, który – wcześniej czy później – kończy się publicznym praniem brudów, a wreszcie – rozwodem. Trudno się oprzeć wrażeniu, że dokładnie taki sam scenariusz realizowany jest właśnie pomiędzy Robertem Kubicą a zespołem Williams.

Zaczęło się – jak to często bywa także w relacjach męsko-damskich – od nieodwzajemnionego uczucia dawnej kochanki. Robert Kubica pojawił się, jak chłopak z dawnych lat, powiedzmy jak ukochany z pierwszego roku studiów. Wtedy był czarującym przystojniakiem z ogromnym potencjałem i wspaniałymi widokami na przyszłość. Potem jednak z dnia na dzień porzucił ukochaną, miał poważne problemy osobiste, kilka nieudanych związków. Wreszcie doszedł do wniosku, że może jednak spróbuje z dawną miłością. Tłumaczył, że wreszcie poczuł się gotowy, żeby znów wejść do tej samej rzeki. Stara kochanka (czyli zespół Renault) powiedziała: ok, było minęło, dam ci drugą szansę. A potem jeszcze trzecią i czwartą. Ale kiedy wydawało się, że to się może udać, że stara miłość nie rdzewieje, a próby (kolejne testy najpierw w starym bolidzie, potem w aktualnym) wypadają całkiem pomyślnie, Kubica dostał kosza.

A gdy się zejdą raz i drugi

Wtedy na horyzoncie pojawiła się inna dziewczyna (Williams). Nie tak atrakcyjna, nieszczególnie pociągająca, w zasadzie taka, za którą wcześniej nawet się nie oglądał. Ot, laska po przejściach, choć kiedyś faktycznie niczego sobie, ba, w swoim czasie nawet najlepsza na roku. Ale to było tak dawno, że sama już o tym nie pamięta. Dziś nawet nie przeciętna, nawet nie próbująca równać do pozostałych, typowa „kobieta po przejściach”. Ale to właśnie ona dała szansę naszemu „mężczyźnie z przeszłością”. Najpierw był flirt, trochę wzajemnego kokietowania, chodzenia za rączkę. Kiedy wydawało się, że to się musi skończyć przed ołtarzem już w sezonie 2018, zdarzyła się sytuacja, którą niejeden z nas zna z prawdziwego życia: nagle do gry dołączył ktoś zupełnie nowy, który może nie był tak przystojny i inteligentny, ale za to miał więcej kasy. Kubica został więc odsunięty na boczny tor i przez rok musiał się godzić z rolą rezerwowego.

Minęło jednak trochę czasu i okazało się, że rosyjski kochanek spisuje się raczej średnio i wielkiej miłości z tego nie będzie. Po kolejnych kilku miesiącach nasz „mężczyzna z przeszłością” nagle zyskał w oczach potencjalnej dziewczyny. Czy nagle stał się atrakcyjniejszy? Nagle spodobał się jej jego uśmiech? A może z dnia na dzień coś jej przeskoczyło w głowie i nagle zakochała się w jego poczuciu humoru? No więc, niezupełnie. Po prostu niespodziewanie dostał duży spadek od wujka, który dorobił się na handlu paliwami. Kiedy podjechał do dziewczyny nową furą i pokazał, że ma gest, zapałała do niego uczuciem. Cóż, niestety klasyka…

Jak pewnie niektórzy z was wiedzą, zakochiwanie się w dziewczynie, która facetów zmienia jak rękawiczki, a w uczuciach jest tak stała, jak pogoda w Polsce jesienią – nie jest najlepszym pomysłem. Brutalna prawda jednak jest taka, że w tym przypadku Kubica nie miał żadnego wyboru. Trochę jak student informatyki, który uprze się, że znajdzie sobie dziewczynę na roku, a niestety na stu studentów przypada tam jedna studentka. Jeśli to musi być dziewczyna z roku, to niestety fakt, że jest brzydka, trochę marudna i irytująca musi zostać zignorowany. Dokładnie w takiej sytuacji znalazł się polski kierowca.

Już zna te dziewczyny, z poszarpanymi nerwami

Kubica zna świat wyścigów od podszewki. Przez lata ścigał się najpierw w kartingu, potem w kolejnych seriach wyścigowych. Nie mając żadnego zaplecza i wsparcia sponsorskiego, wygrał World Series by Renault, za co nagrodą był test w mistrzowskiej ekipie Renault. W nim wypadł tak dobrze, że kilka tygodni później dostał do podpisu kontrakt z zespołem BMW Sauber. Po ośmiu miesiącach zastąpił byłego mistrza świata Jacquesa Villeneuve’a (mistrza w barwach Williamsa, żeby było śmieszniej) i został regularnym kierowcą Formuły 1. Na torach królowej motorsportu przeżył praktycznie wszystkie możliwe sytuacje. Od przykrych defektów, przez ostrą walkę na torze i koszmarny wypadek, aż po wygrane kwalifikacje i zwycięstwo w wyścigu. W połowie sezonu 2008 był liderem klasyfikacji generalnej mistrzostw świata. Szansy realnej walki o tytuł jednak nie dostał, bo zespół zdecydował, że woli się skupić na sezonie 2009. Kubica już wtedy doskonale wiedział, że w tym świecie mało kto i rzadko kiedy mówi to, co naprawdę myśli. Sam grzecznie powtarzał więc PR-ową papkę przygotowaną przez oficerów prasowych zespołu, sporadycznie tylko i bardzo delikatnie sugerując, że sam pewne rzeczy zrobiłby inaczej.

Minęły lata. W międzyczasie był koszmarny wypadek na trasie rajdu, stracona szansa na jazdę w barwach Ferrari, ponad 20 operacji, długie miesiące rehabilitacji i trwałe uszkodzenie prawej ręki. Przez lata wydawało się, że zbyt poważne, by mogła być mowa o powrocie do ścigania. Kubica jeździł więc w rajdach, gdzie zdobył mistrzostwo WRC-2, a w najwyższej rajdowej klasie WRC był w stanie wygrywać odcinki specjalne. Jak to jednak mówią – stara miłość nie rdzewieje, więc po latach „mężczyzna z przeszłością” postanowił wrócić do domu. Znalazł sobie „kobietę po przejściach” i… się zaczęło.

W tym związku, poza bardzo krótkim miesiącem miodowym, w zasadzie nic nie układało się tak, jak należy. Kubica wniósł elegancki posag od Orlenu, wniósł wiedzę i ogromne doświadczenie, wniósł wreszcie gigantyczne wsparcie od polskich kibiców. W zamian dostał debiutującego w F1 kolegę z zespołu, zdecydowanie faworyzowanego przez zespół oraz samochód, który w zasadzie nie nadaje się do jazdy w Formule 1.

A jednak – tymi taczkami kierowca z nie do końca sprawną ręką i z ośmioletnią przerwą w startach w wyścigach (nawet nie w Formule 1, ale w jakichkolwiek wyścigach), był w stanie zdobyć jedyny punkt zespołu w sezonie oraz dojechać do mety w pierwszych 15 wyścigach roku (jako jeden z zaledwie trzech kierowców, obok najbardziej utytułowanych w stawce Lewisa Hamiltona i Sebastiana Vettela). W czasie weekendu Grand Prix Singapuru ogłosił, że ma dość i składa papiery rozwodowe. Co oczywiste, oznacza to także koniec relacji na linii Orlen – Williams. Polski koncern w Formule 1 zamierza pozostać, dalej będzie wspierał Kubicę, ale już nie w angielskiej stajni.

Bardzo się męczą, męczą przez czas długi

I co się dzieje dalej w naszym związku? Klasyka. Festiwal kłótni, sporów, publiczne pranie brudów, podkładanie świni, robienie na złość. W wyścigu o Grand Prix Rosji na przykład, faworyzowany przez zespół George Russel rozbił bolid. Co na to ekipa? Robert przez radio dostał komunikat, że ma zjechać do alei serwisowej. Kiedy wykonał polecenie, usłyszał, że ma zaparkować i wyłączyć silnik. „Wow! Zrozumiałem, ale dlaczego tak?” – spytał. Co usłyszał? „Wyjaśnimy ci później”. Nie przypomina wam to rozmowy pokłóconych małżonków? To jeszcze nie koniec. W oficjalnym komunikacie zespół poinformował, że Kubica został wycofany z wyścigu, bo nie walczył o punkty, a zespół musi oszczędzać części na kolejne zawody! No, fakt, bo w pozostałych wyścigach sezonu obaj kierowcy Williamsa rzeczywiście walczyli o punkty, a nawet o miejsca na podium…

Kubica nie krył irytacji. Ocenił, że to był najgorszy weekend wyścigowy w całej jego karierze. – Moim celem było ukończenie wszystkich wyścigów w sezonie. Szkoda, że to się nie uda. Powiedziałbym coś, ale to będzie niewłaściwe, więc lepiej nic nie mówić – komentował na antenie Eleven. Dokładnie tak samo, jak przed sądem w sprawie rozwodowej: pamiętaj, że wszystko, co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie…

Trudno oprzeć się wrażeniu, że od momentu ogłoszenia informacji o rozstaniu, obie strony przestały się hamować. Na przykład w Japonii, w ostatni weekend, do ogródka zostały wrzucone kolejne kamyczki. Weekend był mocno szalony, bo Japonię zaatakował tajfun, który skutecznie uniemożliwił przeprowadzenie kwalifikacji w sobotę. Kierowcy przejechali piątkowe treningi, a kwalifikować się mieli w niedzielę, przed wyścigiem. Kubica w piątek był wyjątkowo zadowolony, co w tym sezonie zdarza się przecież rzadziej niż dobry występ polskiego klubu piłkarskiego w europejskich pucharach. W jego bolidzie zamontowane zostało nowe, przednie skrzydło. Oczywiście, wcześniej do testów dostał je George Russell, ale młody Anglik nie zauważył żadnej poprawy w stosunku do starego elementu. Nowe skrzydło zamontowano więc Polakowi, który… był zachwycony, przynajmniej na tyle, na ile można być zachwyconym bolidem Williamsa. W każdym razie – zauważył wyraźną poprawę. Co zrobił zespół przed kwalifikacjami? Zamontował Kubicy stare skrzydło, jak się wydaje – wbrew ustaleniom z kierowcą i w dodatku nie informując go o tym. Polak tuż po wyjeździe miał problemy z autem, które skończyły się na ścianie.

Przed kwalifikacjami z dziwnych przyczyn skrzydło zostało zdjęte. Myślę, że ta decyzja nie była powiązana z torem, tylko bardziej z innymi wyborami. Dzisiejszy poranek dużo mi dał do zrozumienia. Zresztą, o pewnych rzeczach wiedziałem, ale dziś rano chyba pewne granice zostały przekroczone. Trudno, nie ma co narzekać. Ile jeszcze zostało do końca roku, dwadzieścia sesji? Miejmy nadzieję, że pewne rzeczy będą rozwiązane, chociaż tak jak mówię, dzisiejszy poranek jeszcze przed kwalifikacjami dużo dał mi do zrozumienia – mówił na antenie Eleven i widać było, że ma coraz mniejszą ochotę na gryzienie się w język. – W piątek wydarzyło się coś, co dało mi dodatkową pewność siebie za kierownicą. Czułem się lepiej. Uzgodniliśmy coś, a potem w niedzielę ustalenia się zmieniły…

Kiedyś to zrozumiesz sama, to był błąd

W język nie gryzł się także Roberto Chinchero, włoski dziennikarz portalu Motorsport, od lat piszący o Formule 1 i z bliska śledzący karierę Polaka. – Polskiemu kierowcy usatysfakcjonowanemu progresem, który wykonał w treningach przed GP Japonii z jedyną dostępną poprawką, zabrano eksperymentalne skrzydło. To była decyzja podjęta poza torem. Wydaje się, że zrobiła to Claire Williams, będąca w tym czasie w domu. Był to wybór polityczny, a nie techniczny. Na cztery wyścigi przed końcem sezonu wygląda to na odliczanie do końca historii, który przyniesie ulgę obu stronom. Kubica już teraz szuka alternatyw, ale sytuacja zespołu nie zmieni się po jego odejściu. Pozostanie zawstydzająca, dopóki nie dojdzie do drastycznej zmianie w zarządzie tej ekipy – komentował Włoch.

Za niespełna dwa tygodnie Grand Prix Meksyku, zaraz potem zawody w USA, w połowie listopada w Brazylii, a na początku grudnia w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Nagłego przebudzenia mocy w Williamsie trudno się spodziewać, już bardziej prawdopodobne by było, gdyby szykujący się do powrotu na korty Jerzy Janowicz z marszu wygrał Australian Open. Kubicę i Williamsa czekają cztery ostatnie starty i definitywne rozstanie. Będzie to zdecydowanie rozwód z rozsądku, taki, którego obie strony nie mogą się już doczekać.

Mam wrażenie, że ta eskalacja zimnej wojny między Robertem a zespołem Williams, jest coraz większa. Strach pomyśleć, co będzie w Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Chociaż tak naprawdę nie wiem, czy może być gorzej. Ostatnie dwa wyścigi pokazują dobitnie, że ten zespół jest źle zarządzany, czy, jak mówi Jacques Villeneuve, jest po prostu martwy. Oni sami sobie robią ogromną krzywdę i antyreklamę. To, co się dzieje z Robertem, jest fatalnym sygnałem dla tych wszystkich kierowców, którzy teraz by mogli chcieć kupić miejsce, zwalniane przez Polaka – analizował Sebastian Parfjanowicz z TVP Sport w programie F1 na antenie Weszło FM. – Williams musi to miejsce sprzedać, liczy na duży zastrzyk gotówki. Ale przecież ci potencjalni kierowcy widzą, jaka jest sytuacja: że w połowie sezonu zawodnik może się przestać podobać, a wtedy zabiorą mu skrzydło, albo będą oszczędzać jego części dla innego kierowcy. Warto prześledzić historię, posłuchać, co mówił rok temu odchodzący Siergiej Sirotkin i jak w tej chwili reaguje Robert Kubica… Inna sprawa, że ja nie do końca jestem fanem tej narracji Roberta. Tego zostawiania domysłów, wiecznego ostrzeliwania zespołu. W nowe środowisko trzeba wejść z pokorą, przecież oni dali mu wielką szansę, kiedy nikt inny jej nie chciał dać. Robert zaś od początku sezonu mówił, że jest źle, ale nie dawał konkretów, zasłaniając się stwierdzeniem, że „takie rzeczy zostają w rodzinie”. Moim zdaniem lepiej by było, gdyby nie mówił nic, albo powiedział wszystko otwartym tekstem. Mam wrażenie, że dla wielu osób w Williamsie Robert Kubica po prostu jest gościem, który wiecznie marudzi, narzeka i krytykuje pracę innych.

Pytanie tylko, czy Kubicy można się dziwić. Dokonał jednego z największych powrotów w historii sportu w ogóle, a tymczasem sezon zamiast być bajką, jest jednym wielkim koszmarem. Trudno nie odnieść wrażenia, że zespół nie robi absolutnie nic, żeby mu pomóc. Czy Polak powinien milczeć? Jeśli partnerka przyprawia ci rogi, robi z ciebie debila, nie szanuje, a na domiar złego regularnie czyści portfel i karty płatnicze – trochę głupio siedzieć cicho i udawać, że nic się nie stało. Z drugiej strony, Parfjanowicz sugeruje, że te ostrzejsze wypowiedzi Kubicy w stosunku do zespołu, mogą mu mocno utrudnić przekonanie do siebie innego pracodawcy. Trochę na zasadzie, że facet, który publicznie prał brudy przy rozwodzie i wyciągał na światło dzienne wszelkie sprawy, które powinny pozostać za drzwiami domu, w przyszłości może mieć problem ze znalezieniem nowej partnerki.

Koniec końców, przecież Agnieszka Osiecka już ponad 50 lat temu tworząc piosenkę „Czy te oczy mogą kłamać” pisała o takich związkach „A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć/lepiej milczeć przytomnie i patrzeć”…

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (11)