Wanda, co weszła na Mount Everest. 41 lat temu
Inne sporty

Wanda, co weszła na Mount Everest. 41 lat temu

Dokładnie 41 lat temu, 16 października 1978 roku, na szczycie Mount Everest stanęła Wanda Rutkiewicz. Zrobiła to jako pierwsza kobieta z Europy, trzecia ze świata i pierwsza osoba z Polski (jakiejkolwiek płci). Przez kolejnych 14 lat zdobywała kolejne szczyty w Himalajach, jednak to właśnie to wejście pozostaje jednym z jej największych dokonań. To od niego też zaczęła się legenda polskiej himalaistki. 

Bo Rutkiewicz legendą zdecydowanie jest. Zapytajcie jakiegokolwiek fanatyka wspinaczki o najważniejsze nazwiska himalaistów w historii Polski. Rutkiewicz wyprzedzi zapewne tylko Jerzy Kukuczka, a i to nie jest przesądzone. To na ich wyczynach wychowywały się kolejne pokolenia wspinaczy, których dziś podziwiamy. Całkiem możliwe, że bez Rutkiewicz nie byłoby na przykład Adama Bieleckiego.

Jak wielką postacią była Wanda Rutkiewicz, mogliście zauważyć, jeśli wyszukiwaliście dziś cokolwiek w Google (a zakładamy, że wszyscy zrobili to choć raz). Bo z okazji rocznicy jej wejścia na Mount Everest przygotowane zostało specjalne Doodle. Tradycyjnie – jeśli w nie klikniecie, dostaniecie stertę artykułów i materiałów o polskiej himalaistce. Jeśli nie macie czasu przeglądać aż tylu, to zadbaliśmy o was. Co o Rutkiewicz trzeba więc wiedzieć?

Z pewnością to, że żyła w czasach, gdy na kobiety w himalaizmie patrzono krzywo. W dużej mierze przez to, że nie było to zjawisko częste. To faceci rwali się w góry, ich żony czy córki zostawały w domach. Rutkiewicz jednak ciągnęło do szczytów. Studiując na wrocławskiej Politechnice (ukończyła ją z dyplomem inżyniera-elektryka), często wyrywała się w okolice Jeleniej Góry i tam wspinała. W wieku 19 lat miała już ukończony kurs taternicki. Właśnie w tych górach zaliczała pierwsze poważniejsze szczyty.

Potem zaczęła jeździć w Alpy. Jasne stało się wtedy, że to wspinaczka będzie jej sposobem na życie. Wcześniej mówiło się jeszcze o siatkówce – podobno świetnie grała, była nawet blisko powołania do kadry. Ale wybrała górskie szczyty. Gdy znudziły jej się te europejskie, zaczęły się wyprawy na inne kontynenty. Często zresztą pisała o nich do gazet. Chciała rozpropagować nie tylko sam himalaizm, ale i możliwość realizacji się w nim przez kobiety. Sama stała się żywym dowodem na to, że te wspinać się mogą i to z sukcesami.

Jej największy – to właśnie Mount Everest. Rutkiewicz należała do międzynarodowej wyprawy. Razem z nią na szczyt weszli dwaj Niemcy, Szwajcar i trzej Szerpowie. – Szczęście dopisało wyprawie, która odniosła niebywały sukces. Po tamujących działalność górską opadach śniegu i wichurach nastąpił nieoczekiwanie kilkudniowy okres pięknej pogody i to w momencie, gdy wyprawa zwątpiła w sukces i myślała o odwrocie – wspominała w relacji dla Polskiego Związku Alpinizmu. Na szczyt zaniosła proporczyki: biało czerwony i drugi, z logiem związku. Swoją drogą dokładnie tego samego dnia na papieża został wybrany Karol Wojtyła, który – jak potem wspominał – też cieszył się sukcesem Rutkiewicz.

Oprócz Mount Everest Wanda zaliczyła jeszcze siedem z czternastu ośmiotysięczników. Po latach wszyscy wspominają ją jako osobę twardą, dążącą do celu, ale równocześnie przyjacielską, otwartą na ludzi. Taką, z którą chce się iść na wyprawę i wierzy w jej sukces. I faktycznie, Rutkiewicz długo odnosiła sukcesy. Aż przyszedł rok 1992 i wyjście na Kanczendzongę. Do ataku na szczyt przystąpiła razem z Carlosem Corsolio. Meksykanin dotarł do celu. Schodząc, spotkał Wandę na wysokości 8200 metrów. Postanowiła – mimo braku sprzętu biwakowego – przeczekać noc i ruszyć na szczyt następnego dnia.

Ale nazajutrz nikt jej nie spotkał, nie było po niej śladu. I takowego brak do dziś. Jej ciała nigdy nie odnaleziono, uznaje się więc, że zginęła właśnie tamtego dnia – 4 października 1992 roku. Jest też jednak inna wersja wydarzeń, w którą nigdy nie przestała wierzyć m.in. jej matka. Głosi ona, że Rutkiewicz – jak kiedyś sama zapowiedziała przyjaciołom – po prostu zeszła drugą stroną góry i zamieszkała w jednym ze znajdujących się tam klasztorów. Oczywiście, to scenariusz marzycielski, dla niektórych wręcz szaleńczy. Tym bardziej, że zejście z Kanczendzongi po tamtej stronie góry jest momentami bardzo trudne, a Polka byłaby z pewnością skrajnie wyczerpana.

Dlatego przyjmuję się wersję o śmierci. Ale jeśli za kilka lat w Polsce zjawi się kobieta, która powie, że jest Wandą Rutkiewicz, nie powinno się jej z miejsca uznawać za szaloną. Bo… kto wie? Może jej matka jednak znała córkę najlepiej?

Fot. Seweryn Bidziński/Wikimedia Commons

KOMENTARZE (7)