48:0 w meczu siedmiolatków. Ktoś ZWARiował
Weszło

48:0 w meczu siedmiolatków. Ktoś ZWARiował

Czterdzieści osiem do zera i ZWAR 2012 żegna… No właśnie – podaliśmy wam rocznik, podaliśmy wam wynik, wiadomego powiedzenia nie chcemy kończyć. Ale chcemy spytać: gdzie tu sens, gdzie logika?

Jaki jest walor szkoleniowy 48:0 w meczu pierwszoklasistów?

Co nawet istotniejsze: jaki jest sens jarania się wynikiem 48:0 na takim poziomie przez dorosłych prowadzących szkółkę, a co miało miejsce, bo są i „WIELKIE BRAWA” okraszone subtelnym trójwykrzyknikiem, jest ogłaszanie rekordu? Czy ta osoba zamieści ten wynik w swoim CV, czcionką 72, na pięciu kartkach? Czy jednak poczeka na 100:0, po którym uzna się za nowego Guardiolę? Czy to wielkie nadużycie sądzić, że skoro rozmiary wyniku przewyższa tylko podnieta wynikiem, to że trener mocno zachęcał do pójścia na rekord, wbijania bramek nr 42, 45, 48? Czy ktoś w szkółce ZWAR-u uważa, że to naprawdę niemal równoznaczne z 7:1 Niemców nad Brazylią? A nawet jeśli nie, to że jest się czym chwalić, bo na pewno teraz akcje szkółki skoczą mocno w górę, bo przecież TAKI wynik? Z rywalem, który – strzelamy, patrząc na rezultat – najpewniej dopiero zaczynał przygodę z piłką?

Czy może jednak nie widzą, jakie to buractwo? Że to w gruncie rzeczy zachowanie w prostej linii siostrzane osławionemu Komitetowi Oszalałych Rodziców, który przeżywa spotkania dzieci ponad miarę, wykoślawiając cały sen dziecięcego kopania?

Pomijamy, ze w Anglii na tym poziomie nawet nie odnotowuje się wyników. Jest odgórny zakaz. Możecie się z tym nie zgadzać – piłka to rywalizacja, trzeba ją zaszczepiać, rozumiemy, rzecz pod dyskusję. Ale 48:0 nie da się obronić, nie ma to żadnego waloru, jest traumatyzowanie zespołu, którego nie będziemy wymieniać, żeby tym siedmiolatkom nie dokładać, one i tak najpewniej mają już dość piłki nożnej, a przecież są w wieku, gdzie jeszcze WSZYSTKO, naprawdę wszystko mogło się w ich piłkarskim rozwoju zdarzyć. A zresztą, przecież w tym momencie nie chodzi o wychowywanie przyszłych Lewandowskich, tylko o zaszczepienie pasji do sportu, do piłki, by jeszcze paru dzieciaków chciało się czasem oderwać od kompa czy smartfona.

Pomyśleliście o tym z punktu widzenia tej odpowiedzialności, czy czubek własnego nosa przykrył horyzont?

Dlaczego nie zdjęliście zawodnika, by rywalizacja była bardziej wyrównana? A jak trzeba to dwóch?

Ryszard Karalus prowadząc rocznik z Citką i Piekarskim, gdy zespół był już pewien zwycięstwa –  a był zazwyczaj szybko – sam nakładał drużynie ograniczenia, na przykład od teraz tylko strzały z pewnej odległości bądź słabszą nogą. Czy to coś wam mówi? Czy słaby autorytet? Bo w takiej formie, co ma dać ten mecz komukolwiek?

Panowie ze ZWAR-u, nawet jeśli znacie się na szkoleniu – czego nie wiemy, ten mecz na pewno nie jest w najmniejszym stopniu miarodajny – to wypadałoby się znać jeszcze na psychologii dzieci. Albo mieć po prostu podstawy taktu i wyczucia.

KOMENTARZE (44)