10 zwycięstw z rzędu? Mało! GKS Wikielec pruje w kierunku III ligi
Weszło Extra

10 zwycięstw z rzędu? Mało! GKS Wikielec pruje w kierunku III ligi

Dziesięć kolejek, trzydzieści punktów na koncie. Trudno sobie wyobrazić mocniejsze wejście w sezon – od Ekstraklasy poczynając, a na IV lidze kończąc, jest w Polsce tylko jeden klub, który może się pochwalić tak imponującym bilansem punktowym na starcie rozgrywek. To GKS Wikielec, ekipa z niewielkiej miejscowości położonej tuż obok Iławy, tak śmiało sobie poczyna w warmińsko-mazurskiej IV lidze. Klubowi działacze stawiają sprawę jasno – brak awansu do III ligi po znakomitym początku rozgrywek będzie olbrzymim rozczarowaniem. Cel jest jednoznaczny. Z optymizmem w przyszłość patrzy też 45-letni Remigiusz Sobociński – trzykrotny zdobywca Pucharu Polski, który właśnie w Wikielcu pisze ostatni rozdział swojej kariery. Ale „ostatni” wcale nie oznacza, że będzie to rozdział krótki.

Ambitną ekipę GKS-u przedstawiamy w najnowszym odcinku cyklu #PowiatBet.

– W tej chwili stawiamy sobie trzy podstawowe wyzwania. Pierwszym jest walka z własnymi słabościami. Żeby nie zachłysnąć się naszą passą i nie musieć potem budować dobrej formy od nowa. Drugi cel to Polonia Nysa, która w opolskiej IV lidze wygrała dziewięć spotkań z rzędu i rywalizuje z nami w korespondencyjnym wyścigu o najdłuższą serię zwycięstw w sezonie 2019/20. A trzecie wyzwanie to wynik Concordii Elbląg, która w poprzednim sezonie odniosła aż czternaście zwycięstw z rzędu, choć nie zaczęła wygrywać od pierwszej kolejki – mówi trener zespołu z Wikielca, Wojciech Tarnowski (na zdjęciu głównym). – Passa Concordii byłaby zresztą jeszcze lepsza, gdyby nie nasz klub. Swoją serię zaczęli po remisie z Wikielcem i skończyli ja również tracąc punkty przeciwko nam.

W ETOTO MOŻNA OBSTAWIAĆ MECZE IV LIGI!

Seria triumfów – często niezwykle efektownych, a niekiedy okraszonych też sporą dramaturgią – wyraźnie dodała animuszu GKS-owi. Na wieczornym treningu wszystkim zawodnikom wyraźnie dopisywały humory, pomimo oberwania chmury, które przetoczyło się nad powiatem iławskim. Morale są bardzo wysokie. Zespół naprawdę wierzy, że może ustanowić kilka rekordów przed przerwą zimową.

20191008_181239

20191008_181550

– Nie obawiam się nadmiernej pewności siebie – oświadcza trener Tarnowski. Szkoleniowiec drużynę objął przed bieżącym sezonem, lecz praca w Wikielcu to dla niego nie pierwszyzna. GKS prowadził już wcześniej dwukrotnie, podobnie jak wiele innych klubów z regionu. To szkoleniowiec o uznanej marce, z blisko dwudziestoletnim doświadczeniem. Między innymi dzięki jego kontaktom udało się do klubu przyciągnąć kilku ciekawych piłkarzy. – Zespół tak naprawdę zbudowaliśmy lat w dwa tygodnie, kilku graczy pozyskaliśmy rzutem na taśmę. Teraz emocje oczywiście trzeba nieco studzić, ale widzę, że drużyna odpowiednio reaguje na kolejne zwycięstwa. Mamy swoje kłopoty, tak jak wszystkie ekipy grające na tym poziomie. Raz, że występujemy w lidze amatorskiej, więc wielu piłkarzy ma swoje obowiązki służbowe czy prywatne. Do tego dochodzą kontuzje, absencje, które za chwilę się pojawią. Na szczęście wielu kartek nie łapiemy.

– Na razie to się wszystko kręci, ale teraz musimy przetrwać ciężki okres pogodowy, żeby do kolejnych meczów przygotowywać się w normalnych, godnych warunkach. Koncentrujemy się na odnoszeniu zwycięstw w kolejnych ligowych spotkaniach – zapewnia szkoleniowiec, być może trochę kurtuazyjnie.

– To jest bardzo surowy, wręcz apodyktyczny trener. Jednak czasem potrafi pochwalić, porozmawiać, coś wytłumaczyć. Po każdym meczu jest szczegółowa analiza. Właściwy człowiek na właściwym miejscu – charakteryzuje Tarnowskiego prezes GKS-u, Krzysztof Bączek.

Screenshot_2019-10-09 forBET IV liga 2019 2020, grupa warmińsko-mazurska

Przed ekipą spod Iławy jeszcze kilka bardzo trudnych spotkań, zanim rozgrywki dobiją do przerwy zimowej. Niezwykle istotna dla losów ligi będzie kolejka numer czternaście, gdy rezerwy Stomilu Olsztyn podejmą obecnych liderów na własnym obiekcie i spróbują zniwelować część strat, przywracając emocje w walce o pierwszą lokatę.

Niemniej – dziewięć punktów przewagi na tym etapie sezonu to i tak potężna zaliczka. W ostatniej, dziesiątej kolejce IV ligi Wikielec zdemolował 7:1 Mazura Ełk, wcześniej wygrał też bardzo prestiżowe spotkanie derbowe z Jeziorakiem Iława. – Myślę, że jest realne, żeby zakończyć jesień bez porażki – odważnie deklaruje trener Tarnowski. – Chłopcy poczuli moc, a przeciwnicy czują wobec nas szacunek. Bierzemy przykład z innych drużyn z naszego regionu, które świetnie sobie radzą po awansie na poziom trzecioligowy. Dlaczego zatem my mamy sobie tam nie poradzić? Trzeba przypomnieć, że kiedy – po reorganizacji rozgrywek – powstawała tutaj mocna III liga, złożona aż z czterech województw, to lokalne drużyny stanowiły tylko tło. Dzisiaj sytuacja się odwraca.

Reorganizację rozgrywek wszyscy w Wikielcu wspominają ze zgrozą. Klub ma całkiem długą historię, powstał w 1958 roku, jednak przez długie dekady funkcjonował sobie po cichu na poziomie B-klasy. I nie ma w tym nic szczególnie dziwnego – poruszamy się przecież w realiach miejscowości, którą zamieszkuje plus-minus tysiąc osób, może nawet mniej. Dawny Winkelsdorf położony jest naprawdę rzut beretem od Iławy – przejazd autem spod stadionu miejskiego pod obiekt GKS-u zajmuje jakieś trzy minuty. Ledwie dociśnie się gaz, opuszczając Iławę i przejeżdżając drogą wśród drzew, a już trzeba naciskać na hamulec, bo drogowskaz nakazuje odbić w lewo, prosto pod urokliwie położony stadion w Wikielcu.

Założyciele klubu nie mogli się raczej spodziewać, że kiedykolwiek uda się wydostać z cienia Jezioraka. Tymczasem obecni działacze z Wikielca wręcz się żachnęli, pytani o ewentualne kompleksy względem słynniejszych sąsiadów.

– Patrząc piłkarsko, dzisiaj to Jeziorak jest w cieniu naszego zespołu – dowodzi prezes Bączek. – Historycznie oczywiście to wygląda trochę inaczej. Był czas, gdy Iława naprawdę istniała na piłkarskiej mapie Polski. Pamięta się tutaj cały czas występy w dawnej II lidze, gdy było blisko nawet awansu do Ekstraklasy. Chyba względy finansowe wtedy zadecydowały, że to Wisła Kraków wróciła na poziom pierwszoligowy. Jednak to już historia. W tej chwili rywalizujemy z Jeziorakiem w IV lidze, po sąsiedzku. Oni na nas mówią: „ci zza lasu”, my na nich też „zza lasu”. Ten podtekst derbowy gdzieś nam tutaj zawsze towarzyszy.

Paradoksalnie, GKS zaczął się pomału piąć w hierarchii lokalnego futbolu akurat w najlepszym okresie dla Jezioraka, czyli w latach 90-tych. Krzysztof Sadowski – wtedy piłkarz, dzisiaj przedsiębiorca i wiceprezes klubu – podobno odsprzedał nawet z zyskiem hodowane przez siebie króliki, żeby zarobić na pierwsze profesjonalne stroje sportowe dla całej drużyny. Wysiłek wielu lokalnych zapaleńców nie poszedł na marne, bo zespół udało się z biegiem lat wypromować ponad poziom okręgowy. – Myślę, że ostatnia dekada była takim najbardziej energicznym etapem w historii naszego klubu. Zmobilizowaliśmy się lokalnie, powalczyliśmy o lepsze wyniki – mówi Sadowski. Natomiast Marcin Jackowski, który pełni w klubie funkcję dyrektora, uzupełnia: – Nasz największy sukces odnieśliśmy w sezonie 2014/15, gdy udało się po raz pierwszy w historii awansować do III ligi. Stamtąd wymiotła nas nieszczęsna reorganizacja rozgrywek. Sportowo się tak naprawdę utrzymaliśmy, zajmując jedenastce miejsce w tabeli, no ale zabrakło dla nas miejsca z powodów pozasportowych. Potem udało się do tej III ligi wrócić, ale tylko na jeden sezon. Zespół był po prostu za słaby, nie ma się co oszukiwać. Poza tym, teraz jesteśmy przede wszystkim na etapie rozwoju infrastrukturalnego, na czym się dość mocno koncentrujemy.

 20191008_175103

20191008_175545

Druga przygoda w III lidze – choć krótka i zakończona ostatnim miejscem w tabeli, z wyraźną stratą do bezpiecznej pozycji nad strefą spadkową – mimo wszystko w pamięci działaczy zapisała się pozytywnie.

– Moim wielkim marzeniem zawsze było zmierzenie się z Widzewem Łódź. Kiedyś sobie nawet powiedziałem, że jak uda się do tego doprowadzić, to zakończę całą swoją działalność sportową – śmieje się Sadowski. – Zwyczajnie nie wierzyłem, że coś takiego będzie dla naszego klubu kiedykolwiek osiągalne. A jednak słynny Widzew przyjechał do naszego Wikielca i Smuda wrócił do Łodzi tylko z jednym punktem. Fajne chwile. Mam tu na myśli również mecz wyjazdowy – szesnaście tysięcy kibiców na trybunach i nasza drużyna na boisku. Na tak wielkim stadionie, przy takiej publiczności. Coś takiego będzie trudno kiedykolwiek powtórzyć, lecz nie składamy broni.

Rewanż z łódzkim klubem był spotkaniem wyjątkowym z wielu względów. Prezes Bączek opowiada: – W loży VIP-owskiej na stadionie Widzewa było od nas około trzydziestu osób. Loża zaopatrzona odpowiednio, wiadomo. Ale ktoś zgłosił problem. Mówi: „Panowie, dla bezpieczeństwa lepiej ściągnijcie te szaliki klubowe”. Jednak za chwilę pojawił się szef łódzkich kibiców i powiedział jasno: „Wy jesteście tu wyjątkowymi gośćmi, możecie zostać w barwach”. Skąd ta uprzejmość? Zrobiliśmy wobec tych kibiców Widzewa fajny gest, jak wcześniej przyjechali do nas. Usiedli razem swoją grupą, około trzystu osób. No i Krzysztof załatwił dla nich wielki gar z grochówką – kto chciał, dostał michę porządnej, treściwej grochówy. W tak przyjaznej atmosferze się z nami potem rozstali, że dostaliśmy od nich honorowe zaproszenie na mecz rewanżowy.

– To był październik, bardzo zimno – wyjaśnia Sadowski. – Każdy taką zupę dostał i od razu na trybunach zapanowały lepsze nastroje. A wtedy było duże prawdopodobieństwo, że spotkanie się w ogóle nie odbędzie. Wszyscy się bali jakiejś rozróby. Pierwszy raz nasz mecz został zorganizowany jako impreza masowa, zupełnie nowe doświadczenie. Jest trochę tych fajnych wspomnień z III ligi. Legia z nami dwa razy przegrała, chociaż wystawili paru zawodników z pierwszego zespołu. Dla nas to są naprawdę wielkie przeżycia. Te wspomnienia już z nami zostaną, zapisały się w historii klubu.

Sensacyjną porażkę Legii II z GKS-em Wikielec odnotowaliśmy przed laty również na Weszło. Przede wszystkim dlatego, że w składzie stołecznej drużyny wystąpili Dominik Nagy oraz Hildeberto. Pierwsze skrzypce w drużynie spod Iławy grał natomiast wtedy – podobnie jak i dzisiaj – niezniszczalny Remigiusz Sobociński. – GKS Wikielec to mały, gminny klub z wioski, która liczy kilkuset mieszkańców. Większość piłkarzy na co dzień pracuje czy się uczy. Nie robimy tego dla pieniędzy. W takim małym klubie po meczach z Legią czy Widzewem robi się głośno i każdy żyje tym, że można gdzieś odejść dalej – mówił zawodnik w październiku 2017 roku.

Urodzony w 1974 roku Sobociński cały czas trzyma się doskonale. Sylwetką absolutnie nie odstaje od swoich młodszych – czasami nawet o ćwierć wieku! – kolegów. Technicznie? Tym bardziej. Jest wiodącą postacią w drużynie. Wciąż da się w nim wyczuć wielki głód rywalizacji i – po prostu – głód futbolu.

Wychowanek Jezioraka Iława ma za sobą naprawdę niezłą ekstraklasową przygodę. W latach 1998 – 2005 grał dla Amiki Wronki, z którą sięgnął po trzy krajowe puchary. Potem bronił też barw Śląska Wrocław i Jagiellonii Białystok. W 2009 roku powrócił do Jezioraka, lecz klub wkrótce podupadł i wylądował w okręgówce. Kryzys lokalnych rywali wykorzystał właśnie GKS Wikielec, przechwytując Sobocińskiego i czyniąc z niego lidera zespołu, a także dobrego ducha całego klubu.

– Po odejściu ze Śląska Wrocław trafiłem do Jezioraka, wówczas drugoligowego. Poprzednia ekipa zarządzająca tym klubem działała – moim zdaniem – źle. Podejmowano decyzje ponad stan, co nadwyrężyło możliwości Jezioraka. Takie działania musiały doprowadzić do upadku klubu, no i w końcu do tego doszło. Ja miałem już wtedy swoje lata, nie chciałem znowu ruszać gdzieś dalej w Polskę. Dostałem propozycję, by wspomóc mały klub z pobliskiego miasteczka. Jest tutaj w Wikielcu fajna infrastruktura, dwa boiska treningowe. Dobre warunki, żeby kontynuować karierę – opowiada Sobociński. – Nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tego, w jakim mieście gram. Występowałem w małych Wronkach i dużych Białymstoku czy Wrocławiu. Gdziekolwiek jestem, tam staram się zostawiać serce na boisku. To jest dla mnie priorytetem.

41594544_1362479290556239_6567146257058365440_o

Sobociński – poza grą w IV lidze – zajmuje się także w GKS-ie szkoleniem młodzieży. – Wojtek Tarnowski czasami mnie pyta o opinię na temat pierwszego zespołu. Jesteśmy kolegami z boiska, jeszcze z czasów Jezioraka, gdzie razem graliśmy w piłkę. Jednak jeżeli chodzi o moje trenerskie zadania, to koncentruję się na prowadzeniu zespołów dziecięcych. Jak na tak małą mieścinkę, szkolimy naprawdę sporo dzieciaków. Wystartowaliśmy w procesie certyfikacji dla naszej szkółki, otrzymaliśmy brązową odznakę. Wszystko idzie w dobrym kierunku. Mamy sukcesy. Dla mnie to wielka satysfakcja – na razie nawet nie myślę o pracy z seniorami. To mnie tak nie bawi. Największą przyjemnością jest dla mnie obserwowanie uśmiechów na twarzach dzieciaków z mojej grupy, nauczenie ich czegoś nowego.

„Remi” gwiazdą zespołu się jednak nie czuje. Albo przynajmniej nie chce się do tego statusu przyznać.

– Broń Boże. Nigdy się tak nie czułem i nie będę czuł. Ja mam zawsze chłodną głowę – zapewnia zawodnik. – Korzystam ze swojego doświadczenia, kiedy trzeba w czymś pomóc młodszym kolegom, doradzić, podpowiedzieć. Na boisku też staram się nie opieprzać, tylko jakąś konkretną podpowiedzią poprawić partnera z zespołu. Mamy kilku ciekawych chłopaków, którzy się interesująco prezentują na boisku. Jeżeli będą z pokorą podchodzić do treningów, mają szansę, żeby trochę wyżej zajść.

– Myślę, że mamy obecnie potencjał na zdominowanie ligi od początku do końca rozgrywek. Nie ma w tym zespole marudzenia – nie gramy dla pieniędzy, tylko dla satysfakcji – dodaje Sobociński.

Jeżeli chodzi o kwestie finansowe – klub opiera się przede wszystkim na pieniądzach, jakie wykładają działacze. Istotny jest tutaj wkład prezesa Krzysztofa Bączka, który w GKS-ie Wikielec działa tak naprawdę dopiero od roku. Wcześniej znany w regionie przedsiębiorca zasłynął między innymi jako sponsor Unii Susz. Jego firma, Amex-Bączek – działająca w branży stolarki otworowej – figurowała nawet w nazwie klubu. Doszło jednak do niespodziewanego rozstania, a niedługo potem Bączek wraz ze swoim finansowym potencjałem pojawił się w Wikielcu.

– Cieszę się, że tu trafiłem. Bo czuję, że mam tu naprawdę dużo do zrobienia – dziarsko zapowiada prezes. – Z lokalnym futbolem jestem już związany od trzydziestu lat. Ostatnie lata rzeczywiście spędziłem w Unii Susz, z którą udało nam się zrobić kilka spektakularnych awansów, a potem parę razy z rzędu byliśmy na podium w IV lidze. Jednak natrafiłem tam na ścianę, jeżeli chodzi o lokalnych włodarzy. Dla nich już ten poziom czwartoligowy, na który udało nam się dotrzeć, był po prostu abstrakcją. Jak się zająknąłem podczas jednej z rozmów, ze warto powalczyć o coś więcej, to konkluzja rozmowy z burmistrzem była taka, że może jednak lepiej by było wyhamować i – zamiast rozbudowywać stadion – mecze ligowe rozgrywać na Orliku. Nie znalazłem partnera do rozmowy na temat rozwoju. A tutaj jestem prezesem od roku. Przyznam, że wcześniej sobie z tego klubu trochę dowcipkowałem. Bo GKS Wikielec zawsze budził skrajne emocje – u jednych podziw, u drugich rozbawienie. Sam byłem w tej drugiej grupie, jednak nadszedł taki moment, gdy zrozumiałem, że ten klub stworzyli od podstaw ludzie naprawdę oddani. Mając siedemnaście lat grałem na tym boisku. Biegałem po kostki w piachu. To był skansen – drewniane bramki, koślawa płyta. Dzisiaj to wygląda zupełnie inaczej. Piękna murawa, są nawet jupitery. Wszystko stworzone od zera przez lokalną społeczność.

Klub nieźle sobie również radzi w mediach społecznościowych – na profilu facebookowym pojawia się mnóstwo materiałów, aktywny jest też kanał na YouTube, gdzie można obejrzeć skróty wszystkich meczów ligowych oraz posłuchać wypowiedzi trenerów na konferencjach prasowych. Na poziomie czwartoligowym takie działania nie są wcale oczywiste.

20191008_175525

20191008_180325

– Ja kiedyś też grałem w piłkę – powtarza Bączek. – W Jezioraku, no i w Stomilu Olsztyn, kiedy się tam edukowałem w szkole średniej. To zostaje w człowieku. Przychodzą takie lata, kiedy na boisku można się już jedynie pobawić, bo rywalizacja nie wchodzi w grę. Więc teraz realizuję się na innym polu. Takich działaczy jak my jest coraz mniej. Żeby w ten sposób angażować się w lokalny futbol, to trzeba być na swój sposób wariatem. Wiele lat walczyłem z małżonką na ten temat. Ale w końcu się przekonała. Moment przełomowy nadszedł wtedy, gdy w Borussii Dortmund grała nasza trójka reprezentantów – Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek. Wtedy ją nakręciłem do kibicowania i oglądania Bundesligi. Dzisiaj to ona regularnie ogląda niemiecką ligę, a ja niekoniecznie. Niemniej – zrozumiała, że futbol to jest naprawdę wartościowa pasja.

– Jak wszedłem pierwszy raz do okręgówki z Unią Susz, to myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Kiedy graliśmy trzy sezony w IV lidze, Wikielec był naszym najzajadlejszym przeciwnikiem. Zawsze ze sobą wojowaliśmy. Za każdym razem kończyliśmy na podium, ale bez awansu. Perspektyw na nic więcej nie było. Tutaj liczę na coś więcej – deklaruje prezes.

I rzeczywiście – finansowo zespół nie wygląda najgorzej, kameralny stadion położony na skraju lasu też robi świetne wrażenie. Problemem klubu jest jednak brak porządnej siedziby. Budynku, w którym byłaby możliwość urządzenia porządnych szatni, przyzwoitego pokoju dla sędziów, magazynu na sprzęt, sali konferencyjnej przy przestrzeni biurowej dla działaczy. Piłkarze nie przebierają się już co prawda w szopie czy lesie, jak to bywało dawniej, lecz warunki i tak są spartańskie. – Jeśli chodzi o bazę treningową – nie mamy żadnych problemów. Jest płyta stadionu głównego, tuż obok jest Orlik, niedaleko kolejne boisko boczne. Jest gdzie trenować. Zimą przenosimy się do Iławy, na sztuczną płytę. Gorzej to wygląda właśnie z zapleczem – szatnie, magazyny, biura, pomieszczenia gospodarcze – przyznaje dyrektor Jackowski.

– Chcielibyśmy połączyć awans z powstaniem nowego budynku klubowego – wprost zapowiada prezes. – Teoretycznie, wszystko ku temu zmierza. Powstał projekt, mamy nawet dofinansowanie z ministerstwa, ale pojawiają się pewne bariery natury formalnej.

stadion_175025_3

Działacze są jednak przekonani, że przeszkody proceduralne związane z rozpoczęciem prac uda się w jakiś sposób przeskoczyć. – Jesteśmy przygotowani nawet na to, że rok będziemy grać w Iławie. Przy okazji przyzwyczaimy tamtejszych kibiców do naszej drużyny – mówi Bączek. – Nasi przyjaciele zza miedzy patrzą na nas trochę jak na „wieśniaków” – dodaje. – Na portalach, które piszą o lokalnym sporcie można spotkać wiele takich komentarzy pod naszym adresem. Myślę, że to po prostu zawiść. Nam się dzisiaj udaje trochę więcej niż im, kibole nie potrafią tego zaakceptować. Powstaje niepotrzebna agresja. Jednak wiem, że normalni, rozsądni kibice potrafią na sprawę spojrzeć racjonalnie. My znamy swoją wartość. Potrzebne nam jest w tej chwili do szczęścia już tylko zaplecze, w sensie klubowego budynku. Chcemy godnie podejmować trzecioligowych przeciwników. Oczywiście formalne wymogi spełniamy, ale – że tak to ujmę – estetycznych już nie.

– W naszym klubie nikt nie pracuje na etacie – zauważa prezes. – Nie mamy żadnego dyrektora, robimy to wszystko społecznie. Jeżeli zrealizujemy planowane inwestycje, wtedy całe struktury poukładamy inaczej. Musimy ucywilizować nasze obyczaje, bo w tej chwili działamy po partyzancku.

Działacze nie ukrywają, że po awansie do III ligi chcieliby otrzymać trochę szersze wsparcie ze strony gminy. – Drogi dziurawe, lampy się nie świecą – to wszystko jest w miasteczku ważne. Ale gmina nie tylko przeznacza pieniądze na infrastrukturę oświatową czy drogową. Również na sport – dowodzi Bączek. – Fakty są takie – my, jako sponsorzy, wykładamy dzisiaj na funkcjonowanie klubu dwa razy więcej niż gmina. Można to łatwo policzyć, bo z gminy dostajemy 150 tysięcy rocznie. Łącznie nasz budżet zamyka się w okolicach 450 tysięcy. Na poziom czwartoligowy wystarcza to w zupełności, ale po awansie wymagania pójdą do góry. Jesteśmy jednak spokojni, że organizacyjnie i finansowo damy sobie z awansem radę. Gorzej, jeżeli nie uda nam się zrealizować planowanych inwestycji. Wtedy będziemy się mocno zastanawiać, nawet zakładając nasze zwycięstwo sportowe w lidze, czy chcemy brać ten awans.

Można oczywiście mieć wątpliwości, czy kilka kilometrów od stadionu Jezioraka Iława jest potrzebny drugi klub o tak dużych ambicjach.

– My też się czasami zastanawiamy nad tym tematem. Tylko są tutaj ludzie tacy jak Krzysztof Sadowski, którzy zbudowali tę drużynę niemalże od zera. Nie mamy dzisiaj najmniejszego interesu w tym, żeby zamykać klub i przyłączyć się do Jezioraka tylko dlatego, że stoi za nim większa historia – mówi prezes. – Choć na logikę powinno to wyglądać tak, że w Iławie jest klub z ambicjami sięgającymi II ligi, a w Wikielcu gra czwartoligowe zaplecze. Tak podpowiadałaby logika.

20191008_175156

20191008_175330

Zdaniem działaczy – zainteresowanie meczami GKS-u powinno być odrobinę wyższe, aczkolwiek na tle całej ligi ekipa z Wikielec wypada zupełnie przyzwoicie. – Frekwencja nie jest porywająca, jednak trzeba spojrzeć na cały obrazek. Jeździmy po takich stadionach jak Lubawa – w końcu miasto – albo Kętrzyn, Mrągowo i Biskupiec. Gdyby nie nasi kibice, to tam by na meczu nie było po prostu nikogo. U nas pojawia się na trybunach średnio kilkuset kibiców, na ważnych spotkaniach to nawet około tysiąca, no bo iławianie robią frekwencję. Na pewno nigdy nie zbudujemy takiego zainteresowania jak na Jezioraku, gdzie na każdym meczu jest sześciuset-ośmiuset widzów. Ale ten klub ma historyczne podwaliny, w Iławie panuje dzisiaj głód piłki – zauważa Bączek.

Kameralna atmosfera GKS-u sprawia, że – pomimo jasno postawionego celu, jakim jest awans do III ligi – zawodnicy nie borykają się z problemem presji wyniku. – Ciśnienia na wynik nie ma, jest konkretne zadanie do wykonania. Staramy się zachowywać jak zawodowcy – koncentrować na realizowaniu założeń – mówi Sobociński. – Zdajemy sobie sprawę, że te niesamowite wyniki będą naszych przeciwników mobilizowały. Dzisiaj każdy chce być tym, kto jako pierwszy ściągnie lidera na ziemię. Ale my się czujemy mocni, nakręceni. W niższych ligach wiele zależy od atmosfery, a ta jest u nas znakomita. Przed sezonem doszło do zmiany trenera, zarząd jasno przedstawił nam swoje oczekiwania. Zespół został odpowiednio wzmocniony. Nie sądziłem, że aż tak dobrze ci nowi zawodnicy wpłyną na drużynę. Atmosfera jest świetna, wszyscy się bardzo szanujemy. Jeden za drugiego na meczu idzie w ogień. Potrafimy wydostać się z kłopotów, nawet gdy mecz jest trudny i trzeba odrabiać straty.

Doświadczony zawodnik nie chce już słuchać pytań o termin odwieszenia butów na kołku. Jak w kultowej piosence – nie liczy godzin i lat.

– Coraz częściej zderzam się z tymi pytaniami. Ale proszę mi tej radości z futbolu nie odbierać! Cały czas czuję się na siłach, by regularnie grać. Nie jest to przecież Ekstraklasa, mówimy o zaledwie piątym poziomie rozgrywkowym. Brzucha nie łapię, zdrowie pozostało. Dla mnie piłka jest pasją przez całe życie, więc będę się starał utrzymać na boisku jak najdłużej – mówi „Remi”. Nie wykluczając gry nawet do pięćdziesiątki. – Jeżeli zdrowie nie pozwoli, ewentualnie wybitnie siądę parametrami szybkościowymi, to jestem gotowy wyciszyć na dobre tę swoją piłkarską przygodę. Na razie jednak żadnych limitów sobie nie stawiam. Kontuzje mnie dotychczas omijały… Myślę, że mój organizm będzie przygotowany do wysiłku jeszcze przez kilka lat. Mój syn w tej chwili szkoli się w Legii. Za pięć lat on będzie miał dwadzieścia lat, ja pięćdziesiąt. Ostatnio wpadłem na pomysł, że gdzieś na poziomie trzecioligowym moglibyśmy się kiedyś ze sobą zmierzyć.

Młody Maddox Sobociński to jedna z piłkarskich perełek, z których wszyscy są w Wikielcu bardzo dumni.

– Inny bardzo utalentowany chłopak z naszego zespołu wylądował w Arce. Pieniędzy z tego wielkich nie ma, ale to dla nas wielkie transfery. Czujemy się dostrzegani – mówi Sadowski. Bączek dodaje: – Liczymy na naszą młodzież. Dwóch synów naszego kolegi, Mariusza Jajkowskiego, już teraz stanowi filar pierwszej drużyny. Najmłodszy, najbardziej uzdolniony, na razie dopiero aspiruje do zespołu. Ma tylko piętnaście lat, więc regularnie grać jeszcze nie będzie, ale trener już ma na niego oko. To są ludzie stąd – wychowankowie naszego klubu. Chcielibyśmy oczywiście wypromować ich gdzieś wyżej, jednak dopiero wtedy, gdy uznamy, że są na to przygotowani.

– Mamy w klubie ludzi, którzy oddają dla niego serducho. „Remi” prowadzi zajęcia z dzieciakami, podobnie Piotrek Kacperek. Nauczyciel wuefu w naszej szkole i filar defensywy w pierwszym zespole. Miał propozycje od drugoligowych klubów, ale uznał, że tutaj jest jego przyszłość. Ma pracę, ma kontakt z dzieciakami, jest mocnym punktem drużyny. Uznał, że nigdzie nie będzie mu lepiej – z dumą mówi prezes klubu.

20191008_183509

Jak długo uda się GKS-owi Wikielec utrzymać zwycięską passę? Kolejny egzamin już 12 października – wyjazdowa potyczka z Granicą Kętrzyn. Trener Tarnowski zachowuje spokój, zdecydowanie nie pęka. Podobnie jak jego podopieczni. – Wcale przed sezonem nie zakładaliśmy, że pójdzie nam tak dobrze. To w trakcie poszczególnych spotkań okazało się, że przeciwnicy są od nas zdecydowanie słabsi. Dzisiaj czują do nas respekt. W końcu się oczywiście potkniemy, ale oby jak najpóźniej.

MICHAŁ KOŁKOWSKI

fot. własne / GKS Wikielec (Facebook)

#PowiatBet to nasz cykl tekstów, w których prezentujemy realia klubów z czwartej ligi. Szykujcie się na dużo atrakcyjnych materiałów, bo przecież właśnie na tym szczeblu występują m.in. zespoły z Bytomia, Odra Wodzisław Śląski, drużyna Ślusarskiego, Telichowskiego i Zakrzewskiego, a nawet żywa legenda lat dziewięćdziesiątych, RKS Radomsko. Partnerem cyklu są nasi kumple z ETOTO, którzy czwartą ligę pokochali na tyle mocno, że regularnie przyjmują zakłady na spotkania na tym szczeblu rozgrywkowym.
etoto

KOMENTARZE (5)