Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Nie od dziś wiadomo, że na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą. Nie trzeba znać mechanizmów z psychologii czy socjologii, by zauważyć, że zwłaszcza w epoce błyskawicznego obiegu informacji przez media społecznościowe, reputacja jest wszystkim. „Uchodzisz” za utalentowanego pisarza? Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że ludzie będą dostrzegać większość twoich udanych utworów, jednocześnie ignorując słabsze. Masz opinię kiepskiego muzyka? Nagraj nawet z Bocellim, Facebook osądzi: słabe.

Jesteś Jerzym Brzęczkiem? Powiedz ludziom, że mamy początek października, a zaczną rozrywać szaty, że gdzie tam, przecież kwiecień w pełni.

Na wejściu ustalmy – selekcjoner reprezentacji Polski wykonał tyle błędnych ruchów, że kompletnie nie dziwi ostra krytyka płynąca w jego kierunku ze wszystkich stron. Miewał zachowania irracjonalne, jego kadra grała mecze słabe i bardzo słabe, jego decyzje wydawały się dziwne, albo i bardzo dziwne. Do tego dochodziły dość zagadkowe wypowiedzi, by wspomnieć tę ostatnią, o dobrej pracy na zgrupowaniu, dzięki której piłkarze taśmowo ładują gole w swoich klubach. Jerzy Brzęczek już na starcie był łatwym celem: bo wyciągnięty z ekstraklasowego średniaka, bo bez wielkich sukcesów piłkarskich w zagranicznych klubach, bo przez młodszych kojarzony często już tylko jako wujek Jakuba Błaszczykowskiego.

Później sam pogarszał swoją sytuację – zarówno poprzez jego wizytówkę, czyli grę kadry, jak i bardziej bezpośrednio – czyli choćby poprzez wypowiedzi o przestawiającej się głowie Zielińskiego. Ja też parę razy zastanawiałem się, czy na pewno przebywamy na tej samej planecie (środek Góralski-Szymański-Linetty w ustawieniu 4-3-1-2 zapamiętam na zawsze) i też złapałem się na tym, że niektóre decyzje oceniam bez analizy, ot tak, bo to Brzęczek, więc na pewno zrobi źle.

Dziś selekcjoner jest w takim miejscu, że sam na własne oczy widziałem komentarze pisane zupełnie serio, zarzucające, że powołuje Furmana, bo to jego znajomek z Płocka i Recę z przyzwyczajenia.

To są dwa najbardziej marginalne dowody na to, ile znaczy w dzisiejszych czasach wypracowana renoma.

Powołanie dla Dominika Furmana w oczach tych, którzy oglądają Ekstraklasę przez cztery dni w tygodniu jest czymś w miarę oczywistym – to jeden z najlepszych środkowych pomocników w lidze, nie jest jeszcze emerytem, a na murawie radzi sobie na pewno nie gorzej niż choćby Krzysztof Mączyński z czasów jego powołań do reprezentacji Adama Nawałki. Pomijając, że jego szanse na grę i tak są dość małe – jeśli komuś z Ekstraklasy dawać szansę, to chyba właśnie zawodnikowi tego typu. Furman przerasta swoją drużynę i z miejsca widać, że jego udane występy to przede wszystkim kwestia indywidualnych umiejętności – dokładnego podania ze stojącej piłki, niezłego odbioru, dobrego przeglądu pola. Ale w sumie nie ma sensu pisać uzasadnień – kto ogląda Ekstraklasę, ten doskonale wie, za co Furman został powołany. Kto nie… Cóż, przekonuje, że Brzęczek znów faworyzuje bezpodstawnie ludzi z Płockiem w CV.

Jeszcze lepiej dla selekcjonera wygląda przypadek Arkadiusza Recy. Brzęczek wierzył w niego w okresie, gdy niewielu potrafiło dostrzec w tym zawodniku jakiekolwiek papiery na większe granie, powoływał wytrwale, gdy jego były podopieczny miał duże problemy z wywalczeniem sobie miejsca na włoskich boiskach. On odwdzięczył się nawet dość ważną akcją z Łotwą, gdy wreszcie udało nam się przełamać rywala, a obecnie zbiera całkiem dobre recenzje za występy w Serie A. Co to oznacza w praktyce? Może jestem dla Brzęczka zbyt wyrozumiały, ale zdaje się, że poprawnie ocenił potencjał tego zawodnika, wbrew wszystkiemu i wszystkim, a kto wie – być może powołaniami i zaufaniem miał nawet wpływ na jego rozwój.

To nie jest oczywiście tak, że nie wyobrażam sobie dzisiaj reprezentacji bez Furmana i Recy, ale to rzeczy, za które można selekcjonera śmiało pochwalić. On tymczasem mierzy się z taką samą jazdą jak po każdej innej decyzji – nie dlatego, że to decyzja jest zła, dlatego że to Brzęczek jest zły.

Ostatnio zresztą w FootTrucku Łukasz Wiśniowski zdradził, że jeden z kadrowiczów po zatrudnieniu Brzęczka musiał sprawdzić, kim on jest, po czym stwierdził: sprawdziłem go na Wikipedii, jego największy sukces to bycie wujkiem Błaszczykowskiego.

Jakiś czas temu pewnie uśmiechnęlibyśmy się – kurczę, co to za piłkarz-heros, że nie zna kapitana olimpijskiej reprezentacji. Kluczowego zawodnika kadry, która przywiozła ostatni jak dotąd medal z dużej imprezy. Być może rozbawiłaby nas nie tylko ignorancja zawodnika, który nie zna Brzęczka, ale też jego umiejętność czytania ze zrozumieniem oraz interpretowania faktów – bo po przejrzeniu gabloty z trzema mistrzostwami i medalem Igrzysk dojść do wniosku, że największym sukcesem jest bycie wujkiem…

Ale niestety – aktualnie Brzęczek jest w takim położeniu, że nawet jego piłkarskie osiągnięcia warto trochę wyszydzić i podważyć.

W sumie mnie to jakoś szczególnie nie martwi – nie uważam, by z Brzęczkiem za sterami czekało nas w 2020 roku cokolwiek dobrego, spodziewam się raczej powtórzenia scenariusza z Rosji. Nie mam zamiaru bronić przesadnie jego decyzji, taktyki, strategii meczowej oraz osiągnięć trenerskich, bo zwyczajnie – na mnie też nie robią wrażenia. Zwracam jednak uwagę na fakt, jak łatwo wpaść na przedziwną spiralę. Popełniasz błędy, spotykasz się z potężną krytyką, próbujesz się odgryzać, zmieniać, kombinować, presja rośnie, popełniasz jeszcze więcej błędów. Nagle okazuje się, że stoisz na skrzyżowaniu, gdzie każda droga będzie wyszydzana.

Nie do końca wiem, jak się z tego wydostać i naprawdę nie zazdroszczę ludziom, którzy wpadają w tego typu dołek. Zwłaszcza że ostatnio miałem okazję z bliska obserwować, jak pewien całkiem fajnie grający zespół z każdą porażką tracił pewność siebie, ulegał coraz większej presji, coraz bardziej się spinał, sparaliżowany strachem. Brzęczek też wygląda podobnie – im więcej jego błędów, tym bardziej zaciekła krytyka, im bardziej zaciekła krytyka, tym bardziej paniczne ruchy czy wypowiedzi. Aż po kuriozalny krzyk rozpaczy: pany, jak ja mam trenować, jak ja mam trzech piłkarzy z Championship.

Może się mylę, ale Brzęczek sprzed roku, by nie pomyślał tego, co powiedział Brzęczek 2019. Sam jestem ciekawy, co będzie dalej: czy jakoś się wydostanie z tej drogi donikąd, czy raczej przygwożdżony zasłużoną krytyką i niezasłużonymi obelgami będzie się potykał częściej i częściej.

Boję się, że to drugie. A duży turniej już za parę chwil.

KOMENTARZE (6)