Dobrze gra nogami i jeszcze żre za dwóch
Weszło

Dobrze gra nogami i jeszcze żre za dwóch

Piłkarska prawda mówi o tym, że największe świry w szatni to lewoskrzydłowi i bramkarze. Golkiperzy zawsze wpadali na dziwne pomysły. Rene Higuita bronił strzały efektownym skorpionem, Rogerio Ceni wykonywał rzutu wolne, a Mickey van der Hart z Lecha szukał rozwiązania na podniesienie skuteczności obron. I znalazł. Chce utuczyć się do tego stopnia, że zasłoni całą bramkę.

I jak sądzimy po obrazkach z szatni Kolejorza, które klub pokazał w kulisach po meczu z Wisłą – wygląda na to, że Holender jest na dobrej drodze do osiągnięcia swojego celu. Oponka już coraz wyraźniej wylewa się spod koszulki, brzuszek rośnie, ale widzimy tu jeszcze niewyczerpany potencjał.

EGTKzh4UYAAu-cL

Kibice z Poznania podrzucają kolejne zdjęcia z zażartej walki Mickeya o to, by napastnicy nie mieli nic do powiedzenia pod jego bramką. Po Twitterze hulała już fotka, gdy Van der Hart z pocie czoła pochłania kebaba. Teraz po meczu z Wisłą był widziany z napojami, które niekoniecznie kują w oczy etykietą „maximum taste, zero calories”. Mickey pracuje kiedy tylko może. Choć żołądek wydaje się już pełen, choć jelita nie nadążają z przerobem materii – on z uporem maniaka siada do kolejnych posiłków. Jesteśmy przekonani, że z tapety telefonu atakuje go motywacyjne zdjęcie Olinka-okrąglinka z podpisem „no pain, no gain, jeszcze serniczek”.

Nadwyżka kaloryczna sama się nie zrobi. Pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy, ile żarcie tego wszystkiego wymaga czasu, pieniędzy i zaangażowania. Wy pewnie czujecie sytość po jajecznicy z trzech jajek podsmażanej na kiełbasce. Mickey nie wymięka nawet przy piątej kajzerce w ofercie śniadaniowej McDonald’s. Duży rollo na cienkim? Wy pewnie pocicie się przy odwijaniu kebsa ze sreberka. Holender po ostatnim kęsie oblizuje jeszcze paluchy ociekające sosem czosnkowym. Żadna kaloria nie może się zmarnować. Żadna.

Paweł Wilkowicz zatytułował książkę o Robercie Lewandowski słowem „Nienasycony”. Gdyby pisał o Van der Harcie, to tytuł brzmiałby „Nienażarty”. Luca Caioli napisał „Obsesję doskonałości” o Cristiano Ronaldo. O bramkarzu Lecha napisałby „Obsesja otyłości”.

Dobra, dość tej szyderki. Zauważamy pewne przyzwolenie środowiska na to, by piłkarze byli upasieni. To znaczy środowisko – kibice, dziennikarze, trenerzy – twierdzą, że jeden kebab czy pizza zjedzona raz na jakiś czas nie przeszkadza piłkarzowi w wykonywaniu jego zawodu. I my się z tym zgadzamy – mamy jakąś tam elementarną wiedzę z zakresu żywienia i wiemy, że u zdrowego człowieka wszystko rozbija się o bilans kaloryczny. Je mniej niż potrzebuje – chudnie. Żre ponad zapotrzebowanie – tyje. Zatem jeden kebab faktycznie niewiele zmienia.

Problem w tym, że takie ciche przyzwolenie prowokuje zawodników do myśli „skoro zrobili mi fotkę z rollo pod pachą i znaleźli się tacy, którzy mnie bronią, to w sumie jaki problem?”. Uchylamy drzwi, to wchodzą z całą bramą. Dajemy palec, po chwili zabierają całą rękę. Częstujemy frytką, znika cała duża paczka. Efekty widzimy powyżej.

Van der Hartowi dziwimy się przede wszystkim w braku refleksji nad sobą. Na wspomnianych kulisach ze dwa metry od niego stoi Tymoteusz Puchacz. Chodząca reklama karnetów na siłownie. Krata na brzuchu, bicepsy nabite jak tramwaj w godzinach szczytu, klata jak u trenera personalnego. Jasne, jeden gra w polu, drugi na bramce, ale czy w 2019 roku w profesjonalnej piłce wciąż kultywuje się zasadę „gruby na bramę”? Nam by było po prostu głupio przebierać się z takim balastem brzusznym obok wyrzeźbionych kolegów z zespołu.

Jesteśmy też ciekawi tego, kiedy w Lechu zorientują się, że zaraz będą musieli otwierać drugą bramę na stadion, bo inaczej Van der Hart nie przejdzie. Przecież to samo przerabiali z Nickim Bille, po którego odejściu flagi „Doner Kebabu” zostały opuszczone do połowy masztu. Van der Hart póki co jeszcze się miga. Kiedyś Grzegorz Król w Polonii Warszawa oszukiwał wagę przy klubowych pomiarach. Ta stała bowiem tuż obok parapetu, „Królik” zatem lekko podpierał się o niego i z tygodnia na tydzień „gubił” w ten sposób kilka dekagramów. Trener chwalił – brawo, Grzesiu, ciężka praca popłaca. Niestety przy komisyjnym ważeniu przed sezonem waga została ustawiona na środku szatni i Król nie miał już się czego złapać. Wyszło na jaw, że przez okres przygotowawczy przytył kilka kilogramów.

Z Van der Hartem w Lechu mają łatwiej – chłop sam się wystawia zakładając obcisłą koszulkę termiczną. I sorry, nie kupimy tłumaczenia, że „po prostu dużo wypił po meczu” albo że „miał wzdęcia”. On jest po prostu ulany. Trochę siara mieć gorszą sylwetkę od własnego trenera. I od dyrektora sportowego. Wygląda tak, jakby jego ulubioną maszyną na siłowni była ta z batonami.

fot. FotoPyK

KOMENTARZE (19)