Liverpool łapie last minute do nietykalności
Anglia

Liverpool łapie last minute do nietykalności

Marc Albrighton mógł czuć ogromną frajdę, gdy jak dziecku zabierał piłkę spod nogi niczego niespodziewającemu się Divockovi Origiemu. Oto kasował prawdopodobnie jedną z garstki ostatnich akcji Liverpoolu. Liverpoolu zatrzymywanego właśnie po raz pierwszy w tym sezonie ligowym przez któregokolwiek rywala. 1:1, na zegarze już 90+, oto powrót Brendana Rodgersa na Anfield okazuje się być powrotem okraszonym zwycięskim remisem. Jedno dotknięcie piłki i jedno nogi rywala później Albrighton czuje już tylko, że zrobił z siebie ostatniego głupka.

Biegnąc z odebraną Origiemu piłką w stronę własnego bramkarza potwierdził, że nie potrzeba sześciu kucharek, by narobić bigosu. Wystarczy trzech zawodników obrony i błąd w komunikacji. Skoro żaden Lis nie wiedział, czy powinien być tym zagarniającym piłkę, zrobił to Sadio Mane. Szybkonogi Senegalczyk zastawił ją nogą i dostał w tę nogę od Albrightona. Dokładnie na oczach sędziego Chrisa Cavanagha.

Na boisku nie było co prawda Mo Salaha, niemiłosiernie poniewieranego pod koniec spotkania, ale i James Milner bije jedenastki przednio. Karnego nie zmarnował bardzo dawno. Nie pomylił się i dziś.

Wybuch radości Juergena Kloppa, niesamowicie ekspresyjne wystrzelenie pięści w geście triumfu w powietrze pokazało doskonale, jak trudno było dziś tę wygraną wyszarpać i jak wiele farta zostało ulokowane w niefartownej interwencji Albrightona. Przyzwyczailiśmy się do zorganizowanego chaosu, z którego rodziły się prawdziwe cuda, dziś jednak bałagan w grze Liverpoolu był nie do okiełznania. Gdy najznamienitsi atakujący – Salah, Mane czy Firmino – próbowali go ogarnąć, zaraz wkraczał zdecydowanie, bezpardonowo Evans czy widoczny praktycznie co chwilę w agresywnym doskoku do którejś z gwiazd The Reds Soyuncu. Gdybyśmy gościa nie znali, gdyby ktoś nam powiedział, że to nie wyjadacz, a zawodnik podstawy Leicester dopiero od tego sezonu, za nic byśmy nie uwierzyli.

Nie potrafili się też gospodarze przecisnąć bokami, co przecież zawsze jest ich wielkim atutem. Tak, Trent Alexander-Arnold dopisał do swojego imponującego (największego w lidze) dorobku parę garści kolejnych wrzutek z gry, ale stoperzy Leicester wybijali właściwie każdą z prób i jego, i Andrew Robertsona.

Jedyny raz The Reds udało się przebić wtedy, gdy złapali Lisy w fazie ataku i mogli dłuższym zagraniem je skontrować. James Milner zagrał taką piłkę, jakiej autor chyba najpiękniejszej asysty sezonu, inny James M., by się nie powstydził. Tydzień temu Maddison, bo o nim mowa, zagrał z połowy boiska, zewniaczkiem taką piłę do Vardy’ego, że palce lizać, i to aż do knykci. Dziś Milner wypatrzył wybiegającego Mane i nie zastanawiając się długo obsłużył go do wyjścia sam na sam. Senegalczyk w tym roku jest zbyt skuteczny, by dać w takiej sytuacji ciała.

Było jednak sporo czasu, by na jego bramkę odpowiedzieć i choć ofensywa Leicester robiła stukupuku bez powodzenia przez długie dziesiątki minut, to gdy już udało się oddać pierwszy celny strzał, znalazł się on w siatce. Zawodzący póki co Ayoze Perez zaliczył asystę do Jamesa Maddisona, który po raz kolejny w tym sezonie przekonał nas, że choć na tę samą literę, to Adrian nigdy nie będzie Alissonem.

By spróbować odpowiedzieć Milnerowi na gola tak, jak na asystę, czasu już zwyczajnie nie było. I choć Brendan Rodgers przyjechał na Anfield z zespołem świetnie usposobionym, zdolnym pomieszać szyki maszyny Juergena Kloppa, wraca z niczym.

Liverpool – Leicester City 2:1 (1:0)
Mane 40’, Milner 90’+5’ (k.) – Maddison 80’

***

Pozostałe wyniki Premier League:

Brighton – Tottenham 3:0 (2:0) (TEKST POMECZOWY TUTAJ)
Maupay 3’, Connolly 32’, 65’

Norwich – Aston Villa 1:5 (0:2)
Drmić 87’ – Wesley 14’, 30’, Grealish 49’, Hourihane 61’, Douglas Luiz 83’

Watford – Sheffield United 0:0

Burnley – Everton 1:0 (0:0)
Hendrick 72’

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (8)