Skazani na transparentność
Weszło Extra

Skazani na transparentność

Tradycja uszlachetnia. Nadaje głębi, wartości, treści. Można wspominać. Patrzeć na świat przez retro okular. Rozwodzić się nad zakurzonymi wydarzeniami, które przez lata obrosły tonami mitów i legend. Nic więc dziwnego, że kluby piłkarskie zazwyczaj szczycą się swoją przeszłością. Wykorzystują ją, pielęgnują i używają jak kartę przetargową w budowaniu swojej pozycji w oczach piłkarskiego świata. Tym trudniej uwierzyć, że ze swojej wspaniałej historii nie potrafi korzystać KS Lublinianka, najstarszy klub w mieście koziołka i winorośli, od lat znajdujący się w upokarzającym cieniu Motoru Lublin, dostający minimalne subwencje od miasta, niemający zorganizowanych grup kibicowskich, a w 2011 roku stojący na krawędzi upadku. Od niedawno ratuje go jednak niewielka grupa przedsiębiorczych ludzi, kierujących się w życiu transparentnością i operatywnością, która ponownie stara się wprowadzić na ulicę Leszczyńskiego zdrowe zasady funkcjonowania. 

***

Obrazek pierwszy.

42-letni barczysty mężczyzna patrzy charakterystycznie przenikliwym wzrokiem na swoich podopiecznych. Cieszą się. Skaczą. Krzyczą. On nie należy jednak do osób, które zbytecznie entuzjazmują się takimi sukcesami, więc tylko kiwa głową i grzecznie dziękuje, kiedy kolejne osoby gratulują mu poprowadzenia zespołu do awansu do II ligi.

Obrazek drugi.

Tunel. Wyróżniający się swoją budową. Jedyny taki w Polsce. Przyjezdni piłkarze Górnika Zabrze wychodzą nim na boisko Lublinianki. Puchar Polski. Gorąca atmosfera. Trzydzieści tysięcy osób na trybunach. Na pierwszym planie stoi i pręży się pewien przystojny jegomość. I genialny piłkarz. Wielu kibiców przyszło tu tylko dla niego. Kobiety z pierwszego powodu, mężczyźni z drugiego.

Obrazek trzeci.

Istnieje głównie w głowie jednej z legend polskiej piłki. Pamięta tamten dzień. Choć zawsze wyróżniał się bezczelnością i pewnością siebie, wtedy borykał się że stresem. Nerwowo przeczesywał rude kędziory, które za kilkanaście lat będą świeciły na wszystkich europejskich boiskach. Głównie nocą w świetle reflektorów. Nieprzypadkowo nazwą go „Bello di notte”. Piękność nocy. Ale to jeszcze nie jego czas. Musi znać swoje miejsce w szeregu. Jest juniorem. Jego Zawisza Bydgoszcz właśnie przegrywa z bardzo mocną Lublinianką. Wysoko. Dotkliwie. Trener przywołuje go do siebie. Komunikat jest prosty: wchodzisz. Debiut w seniorach. Marzenia się spełniają. W Lublinie.

Pierwsza postać to Kazimierz Górski, druga Włodzimierz Lubański, a trzecia Zbigniew Boniek. Każdego z nich wiąże coś z obiektem przy ulicy Stanisława Leszczyńskiego. Jakaś historia, jakieś wspomnienie. Kiedy ten ostatni jakiś czas temu, już jako prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, przyjechał na obiekt Lublinianki, porozglądał się, uśmiechnął, powspominał i powiedział:

– Nic się tu nie zmieniło. Chyba, że na gorsze…

W najbliższy weekend Lublinianka gra z Huczwą Tyszowce i jest zdecydowanym faworytem. Kursy w ETOTO? 1,31 na gospodarzy, 5,40 na remis i 5,75 na Huczwę (KLIKNIJ, aby się zarejestrować)

***

2011 rok. Krzysztof Gil prowadził dostatnie i stabilne życie. Kierował niewielką firmą, działającą w branży ogrzewania-klimatyzacji-wentylacji, a po godzinach zaglądał na boiska usytuowanego nieopodal klubu Wieniawa. IV liga, grupy młodzieżowe, niewielka presja. Najpierw zaangażował się w sponsorowanie, a z czasem jego rola poszerzyła się o zarządzanie ze stołka honorowego prezesa.

W tym samym czasie kilkaset metrów dalej rozgrywały się dramaty. Lublinianka Sportowa Spółka Akcyjna stała na skraju upadku. Właśnie z inwestowania wycofała się norweska grupa kapitałowa, która na początku wieku przejęła klub od wojska i roztaczała wspaniałe wizje, według których klub miał walczyć o awans do Ekstraklasy. Obiecywali pieniądze, infrastrukturę treningową, profesjonalizm, wysokie pensje, nowe biura, odbudowywanie wspaniałej historii, a wisienkę na torcie miało stanowić powstanie nowego stadionu za sto milionów dolarów.

Nic z tego nie wyszło.

Pozostał niesmak, bo okazało się, że za wizjami Norwegów kryły się zupełnie inne działania. Przejmując klub zamierzali wykorzystać teren w samym środku miasta, na którym mogłyby powstać opłacalne nieruchomości. Dziewięć hektarów ziemi. Biznes. Z Lublina usunęła ich nowa rada miasta. Nie tylko nie płacili opłat dzierżawnych, podatków od nieruchomości, ale przestali też łożyć na klub.

Zaraza została przegnana, ale skutki choroby były opłakane.

71344263_2410840889177035_4969185116027879424_n

Gil: – Pewnego dnia przyszła do mnie grupa piłkarzy Lublinianki, których znałem, bawiąc się w małym lokalnym klubiku. Z Wieniawą graliśmy sobie w dawnej czwartej lidze, w czubie tabeli, bazując na chłopcach z Lublina. Niektórzy z nich grali potem w Lubliniance i to właśnie oni, wtedy do mnie przyszli. Wyglądali na bardzo zakłopotanych i zafrasowanych, ale nie owijali w bawełnę. Spytali wprost, czy nie pomógłbym przy ratowaniu klubu. Powiedziałem, że się zastanowię. Okazało się, że SSA ma długi idące w miliony złotych. Chodziło o kwotę około 4,5 miliona złotych. Prokurent tej spółki nie chciał ze mną rozmawiać. Inna sprawa, że ja też nie miałem na to najmniejszej ochoty. Przejmowanie klubu z takim długiem, to zawieszanie sobie stryczka na szyję. Drużyna grała w czwartej lidze, na dole tabeli, maksymalnie w środku, ale  jeszcze bardziej wstrząsnął mną fakt, jak słabo funkcjonowały grupy młodzieżowe. Pamiętałem bowiem czasy, kiedy Lublinianka była w Lublinie klubem najlepiej szkolącym młodzież. Przez wiele, wiele lat 70., 80., 90. tutaj poza jednym wybrykiem Motoru, kiedy skompletowali bardzo mocny skład i wygrali mistrzostwo Polski juniorów, zawsze rządziła Lublinianka. Zawsze.

Miał świadomość, że nie może zlekceważyć tej prośby. Musiał pomóc, a nie chciał wykonywać przy tym żadnych niepotrzebnych ruchów. Zaczął działać. Wykorzystał to, że jednym ze sponsorów jego Wieniawy był bardzo zamożny i uznany w mieście człowiek, właściciel galerii Olimp, jedynego polskiego centrum handlowego w Lublinie, Grzegorz Dębiec, prezes Spółki PHUT Transhurt. Przy okazji jego przyjaciel. W rozmowach pomógł fakt, że ów biznesmen pochodził z Wieniawy i przez wiele lat grał w Lubliniance w koszykówkę.

Gil: – Kiedy dowiedział się, że chcę ratować klub, to od razu powiedział, że za jego życia nie dopuści, żeby ten klub upadł. Powiedziałem, ile trzeba. Nic nie ukrywałem. 

Panowie decydującą o losach klubu rozmowę odbyli w Austrii. Wszystko w nieformalnych warunkach. Po całym dniu szusowania na nartach i wizycie w saunie, udali się do hotelowej restauracji, zamówili koniak i ustalili warunki współpracy. Dębiec był bardzo konkretny. Postawił jeden warunek swojego wejścia w klub.

– Wejdę w to, namówię jeszcze moich kolegów i koleżanki ze współpracujących firm, ale jedno musi być dotrzymane: ten klub ma być transparentny. Od początku do końca. Żadne stowarzyszenie mnie nie interesuje. Spółka akcyjna też nie, bo moje intencje są jasne – chcę pomagać klubowi, ale ludzie tego nie zrozumieją. Bo przy takim modelu funkcjonowania, nie wiadomo, kto ma akcje w takiej spółce, a z racji tego, że prowadzę taki, a nie inny biznes, to zaraz będą mówili, że Dębiec chce na Wieniawie budować Olimp numer pięć. I że jestem cwaniaczkiem – tłumaczył Dębiec sącząc swój napój.

Gil: – Zrozumiałe. Tym bardziej, że przez lata nie brakowało przypadków tego typu. Dopiero z Lublina wycofali się działający w ten sposób przyjezdni ze Skandynawii. Można było mieć wątpliwości.

Żeby zachować transparentny model prowadzenia klubu panowie wpadli na pomysł, że zrobią z niego spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Pomysł godny pochwały. Przypadł do gustu wszystkim. Wszystkie przychody, zyski, przepływ pieniędzy – jasne, określone imieniem, nazwiskiem, numerem PESEL. Problem w tym, że statut Polskiego Związku Piłki Nożnej nie przewidywał takiego rozwiązania.

Gil: – I zaczęła się cała długa historia. Wybrałem się do prezesa LZPN. Przedstawiłem mu całą sytuację. Ze chcemy tak działać, według określonego planu i wszyscy na zarządzie, na który zabrał mnie prezes, gremialnie stwierdzili, że Lublinianka to najstarszy klub na Lubelszczyźnie i wymaga pomocy, ale niestety nasza propozycja założenia spółki z ograniczoną odpowiedzialnością jest niemożliwa. Kluby w naszym kraju działają tylko w formie stowarzyszenia, fundacji albo sportowej spółki akcyjnej.

Zacząłem więc z PZPN-em wymianę maili, dlaczego nie ma spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Powiedziano mi, że wszystko wynika ze statutu. Skontrowałem, że nie ma żadnych przesłanek, żeby takiej możliwości nie było. Jeździłem więc do Warszawy i polemizowałem z Grzegorzem Lato, ale on ciągle bronił się statutem. W końcu poprosiłem o spotkanie z Andrzejem Wachem, szefem radców prawnych PZPN, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego. Rozmowa była prosta:

– Czy to prawda, że statut PZPN musi być zgodny z ustawą o sporcie?

– Tak.

– W ustawie napisane jest, że kluby sportowe mogą mieć formę prawną spółki prawa handlowego, a ja kodeks handlowy znam i bezprawnie nie dopuszcza się w statucie takiej możliwości.

Na najbardziej wyrównane spotkanie kolejki w IV lidze, grupie lubelskiej zapowiada się starcie Łady Biłgoraj z Włodawianką Włodawa. Wygrana Łady to kurs 2,75, remis – 4,20, Włodawianka z trzema punktami – 1,90 (KLIKNIJ, aby się zarejestrować)

Wach przyznał mu rację. Zebrał się zarząd PZPN i poprawił ten błąd, a tym samym Lublinianka została pierwszym polskim piłkarskim klubem o statusie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. I można było działać. Tym bardziej, że Grzegorz Dębiec dotrzymał słowa. Zebrał grupę sponsorów. Przekazał pieniądze. Wszystko transparentne i altruistyczne. Chwilę później Krzysztof Gil w działanie klubu zaangażował się hobbystycznie i zapowiedział, że nie zarobi na tym ani złotówki.

Na ulicy Leszczyńskiego wprowadzano już system nowego sposobu zarządzania, ale absolutnie nie było kolorowo.

Gil: – Właściwie to zastałem obraz nędzy i rozpaczy. W klubie nie było niczego. Boisk, zaplecza, szatni, sprzętu, zawodników. Niczego. Przyszedłem na pierwsze spotkanie z drużyną seniorów i poprosiłem, żeby przyprowadzili wszystkich chłopców, trenujących w Lubliniance. Najlepiej w sobotę. Niezależnie od wieku. Przyszło dwunastu. Najstarszy miał osiemnaście lat, najmłodszy dziewięć. Nie było nic. Nawet pieniędzy na wapno, żeby namalować linie. Bida z nędzą. Do tego stary stadion na dwadzieścia pięć tysięcy widzów, betonowe, rozwalające się trybuny, wszystko zarośnięte krzewami, główna płyta boiska, nieremontowana przez lata. Boiska dolne treningowe były wysypiskami śmieci. Po szatniach biegały różne szczury, myszy, pająki. Nie było ciepłej wody. Fatalnie. Wszystko się waliło, zapadało. Chcieliśmy coś zacząć robić.

Do renowacji potrzeba było pieniędzy i wsparcia miasta.

Gil: – Założyliśmy spółkę z.o.o, więc z Grzegorzem Dębcem i wiceprezesem Mirosławem Świerzem poszliśmy do pana prezydenta Krzysztofa Żuka. Zastanawialiśmy się, jak on to widzi. W swoim stylu więcej obiecał niż dał. Zapatrywał się na wszystkie pozytywnie, powiedział, że osoby, które weszły do zarządu spółki są wiarygodne w Lublinie, ale też podkreślił, żebyśmy spodziewali się szumu, bo ludzie zaczną mówić, że potrzebne jest nam to do własnych interesów. Mówił: ,,Słuchajcie, nie dostaniecie w pierwszym okresie żadnych subwencji. Szykujcie się na to. Nie liczcie na nas. Najpierw musicie coś zrobić. Właśnie wybrano mnie na pierwszą kadencję, patrzą mi na ręce, ale jestem przekonany, że robicie to uczciwie’’. 

Tylko się uśmiechnęli. Wszystko spoczywało na nich. Siedli do stołu i opracowali plan odbudowy klubu. Od zera. Od początku. W czterech punktach:

1. Pokazać, że Lublinianka znowu funkcjonuje na zdrowych zasadach

2. Osiągnąć sukces sportowy z drużyną seniorów

3. Odbudować szkolenie

4. Zająć się rozpadającą infrastrukturą

Wszystko to zostało oczkiem w głowie prezesa.

70888673_947498058918787_5481882259868876800_n

***

Realizacja punktu pierwszego i drugiego są ze sobą ściśle powiązane.

Gil: – Dla mnie piłka na poziomie czwartej ligi powinna być tylko amatorska. Kontrakty na tym poziomie to absurd. Wszyscy podpisują deklarację gry amatora. Umowy mają tylko ci, którzy musieli takowe posiadać, czyli wypożyczeni z klubów, w którym byli związani kontraktem. Zazwyczaj to chłopcy wypożyczani z Górnika Łęczna, którzy przychodzili do nas i nie mogli grać jako amatorzy. Konstruowaliśmy ich kontrakty w taki sposób, że siadałem z panem Arturem Kapelką, prezesem Górnika, przy kawie i mówiłem mu, że mogę zapłacić maksymalnie tysiąc pięćset złotych w trzeciej lidze. Więcej, żebyś mnie obdzierał ze skóry, to nie mam jak, a nawet jeśli miałbym, to bym tego nie zrobił, bo kłóciłoby się to z moją wizją budowania zespołu. Bo jeżeli jednemu dam, to inni się dowiedzą. Więc wyglądało to tak, że prosiłem go, żeby odjął zawodnikowi tyle, ile dostaje w Lubliniance, a resztę płacił on. Korzyść była taka, że tam zawodnik nie łapał się do składu, a u nas ma szanse pokopać w trzeciej lidze czy czwartej lidze.

Lublinianka wypłaca stypendia. Maksymalnie sześćset złotych dla piłkarzy o najdłuższym stażu w zespole. Niedużo w kontraście do innych klubów z IV ligi, które potrafią zatrudniać zawodników na wysokich kontraktach.

Gil: – U nas może grać każdy. Musi tylko chcieć i mieć jakieś umiejętności. W czerwcu robimy ogłoszenie w mediach społecznościowych, że zapraszamy na otwarte testy. Każdy ma prawo się sprawdzić. Trener każdego ogląda cierpliwie, wydaje recenzje i co roku dwóch-trzech chłopców dołącza do naszej ekipy. Nikt mi nie powie, że piłką amatorską nie można podnieść poziomu piłki nożnej w Polsce. W trzeciej lidze można grać drużyną amatorską i plasować się gdzieś w środku tabeli. Niedawno Resovia wygrała ją, funkcjonując właśnie w ten sposób, i teraz jest już zespołem profesjonalnym. Ale wszystko stopniowo. Awans warunkuje rozwój. Jeśli chce się wejść na poziom profesjonalny trzeba osiągać dobre wyniki jako amatorzy. Sufit to trzecia liga. Jeśli uda nam się awansować, mając w składzie ludzi, którzy kochają piłkę, traktują ją jako frajdę, nie zabijają się o pieniądze i stworzymy taką grupę w tym albo w następnym sezonie, to pomyślimy co dalej. Pierwsze pieniądze, potem dopiero profesjonalizm. Nie może być tak, że nie mamy funduszy, ściągamy zawodników, obiecujemy im pensje, a potem szukamy sponsorów.

71093754_455010208438604_8042159780237672448_n

***

Najważniejsze dla funkcjonowania tego historycznego klubu jest jednak szkolenie młodzieży. Lublinianka prowadzi dwadzieścia dwie grupy młodzieżowe, w których trenuje ponad czterystu wychowanków, a wszystko wiąże się z określoną filozofią.

Gil: – Od kilku lat mamy wprowadzony system szkolenia młodzieży i swoje priorytety. Skupiamy tylko młodzież, która chce u nas grać. Nie liczy się wynik. On przychodzi z czasem. Wiemy, że wykładnią sportu jest rezultat, ale ważniejszy jest sposób, w jaki sposób się go osiągnie. Zdajemy sobie sprawę, że idziemy taką drogą, przez którą naszym juniorom wcale nie będzie łatwo wygrywać ligi. W młodzikach wynik opiera się na stylu, szkoleniu, bo to są dzieci, które są u nas od małego i przesiąkają umiejętnościami, które im wpajamy. Nie robimy żadnych transferów, nie wysyłamy emisariuszów po województwie, nie naciskamy na budowanie najlepszego zespołu w każdym roczniku. My mamy szkolić, a nie ściągać. Jeżeli ktoś sam chce do nas przyjść, to jest oceniany przez naszych trenerów. Oni mają tworzyć grupę, przyjaźnić się, kumplować, chcieć, ćwiczyć, rozwijać się i w dalszej kolejności przychodzą wyniki. Jako efekt.

Jeśli się szkoli takich chłopców, to wyniki mogą być słabsze, ale nie są też złe. To widać w grupach najmłodszych. Dwa ostatnie lata, bez żadnej presji na wynik, nasi młodzicy w obydwu rocznikach, zdobyli mistrzostwo Lubelszczyzny. Wtedy jednak weszli rodzice, marzący o karierze swoich rodziców, poprzepisywali swoje dzieci do innych klubów i te dwa roczniki znacznie się przerzedziły. Nie robiliśmy z tego tragicznej sytuacji. Nie szukamy nowych chłopaków. Gramy tymi co mamy plus chłopcami, którzy sami przychodzą z innych klubów, a jak można sobie wyobrazić zazwyczaj są to młodzi piłkarze, którzy nie łapią się do podstawowych składów. Wynik nie oznacza, że się dobrze szkoli, bo jak się zbierze dwunastu topowych chłopaków z województwa, to naprawdę trzeba być niezłym cymbałem, żeby nie wygrać ligi. Nie ma nawet takiej możliwości. Do poziomu trampkarza starszego bazujemy wyłącznie na chłopakach, którzy przeszli u nas wszystkie szczeble piłkarskiej edukacji. Później w juniorach starszych, z uwagi na to, że niewiele lokalnych klubów bierze udział w tych rozgrywkach, zgłaszają się do nas chłopcy. Nie chodzimy za nimi. Cała filozofia klubu zaczyna się od tego, żeby chcieć.

We wszystkich rocznikach panuje jeszcze jedna zasada – przed wejściem do autokaru w czasie podróży na mecz wszyscy chłopcy są zmuszeni do oddania swojego telefonu komórkowego. Mają ze sobą rozmawiać.

W IV ligi grupy lubelskiej można zagrać także pozostałe spotkania. Rezerwy Górnika Łęczna sprawią u siebie problem liderowi z Lebartowa – Lewartowi? Wygrana Łęcznej II to kurs 5,30, remis – 5,20. Wygrana Lewarta – 1,34 (KLIKNIJ, aby się zarejestrować)

***

Stadion na ulicy Leszczyńskiego usytuowany jest w bezpośrednim sąsiedztwie do cmentarza żydowskiego. W swoim czasie pojawiały się nawet nieco upiorne głosy, jakoby stadion, wybudowany po II wojnie światowej, miał nachodzić na teren cmentarza. Budziło to kontrowersje. Opowiadało się o sporach między klubem a gminą żydowską.

71402153_2413888752203236_390681151640961024_n

Gil: – Opowieści mchu i paproci. Nasz teren jest ograniczony działką warszawskiej gminy żydowskiej. Wiele się nasłuchałem, że inwestycje Norwegów zablokowali właśnie Żydzi, bo tutaj teren gminy wchodzi w boisko. Bzdury wyssane z palca. Dwa razy byłem na spotkaniach z gminą żydowską. Twierdzili, że żaden Norweg nigdy w życiu z nimi nie rozmawiał. Są mapy, są zdjęcia lotnicze i nie ma żadnego problemu z tym, że przy stadionie jest żydowski cmentarz. Mam z nimi niepisaną umowę, że dopóki tutaj będzie stadion, gmina żydowska nigdy nie będzie mogła ograniczać naszej działalności. Potem się zmieniło prawo i nawet w myśl obowiązującego prawa budowlanego, nawet jeśli by chcieli to też nie mogą. 

A Lublinianka od jakiegoś czasu prowadzi gruntowną renowację stadionu.

Gil: – Chcemy, żeby to był kameralny stadion. To środek miasta, ładny teren, obok niego ogród, nie ma sensu stawiać tu wielkiego obiektu. Wystarczy jedna trybuna na dwa tysiące osób. Po co iść w koszty, skoro to nam w zupełności wystarczy. Mamy koncepcję tej trybuny. Wokół niej mają zmieścić się wszystkie pomieszczenia klubowe. Do rej pory wyburzyliśmy poprzednie trybuny i stary tunel. Wystarczą nam trybuny, zresztą według mojego projektu, na maksymalne dwa tysiące osób.

72401942_2584522491770630_1341863884826345472_n (1)

***

Obiekty klubu wyglądają aktualnie na tyle dobrze, że w czasie Mistrzostw Świata U-20 w 2019 trenowało tu kilkanaście drużyn. W zamian klub otrzymał od UEFA specjalistyczny sprzęt do pielęgnacji murawy za kilkadziesiąt tysięcy euro. Przyjeżdżał tu Senegal, którego zawodnicy szokowali tutejszych pracowników gorliwą modlitwą przed i po każdym treningu. Sympatyczni i rozgadani Urugwajczycy. Zorganizowani Kolumbijczycy, których wszyscy członkowie sztabu przedstawiali się, jako dyrektorzy od przygotowania butów, koszulek, spodenek, getrów, czystości i tego typu innych marginaliów. Jedna z reprezentacji odwdzięczyła się nawet zostawieniem bransoletek.

Największe wrażenie zrobiła jednak reprezentacja Thaiti, która rozegrała sparing z Lublinianką.

Gil: – Oni mieli po siedemnaście, osiemnaście lat, na całej ich wyspie mieszka dużo mniej ludzi niż w Lublinie, wszyscy marni fizycznie, ale oni zjedli nas umiejętnościami. Przed mistrzostwami dokooptowano ich do trzeciej ligi francuskiej, żeby liznęli trochę piłki. Wyszkolenie techniczne, gra, nie bali się pojedynków, doskakiwali po stracie, boczni obrońcy wjeżdżali po skrzydłach. Nas zniszczyli grą w piłkę. Po prostu. Nawet nie będę mówił, jaki był wynik. 

***

Gil: – W ostatnim sezonie w trzeciej lidze grał u nas Paweł Buzała, doświadczony zawodnik Lechii, który jeszcze dwa lata wcześniej wybiegał na boisko przeciw Barcelonie. Przefajny człowiek. Przyszedł do nas w zimie, kiedy zebrali nam tych czterech chłopaków, którzy stanowili o sile zespołu. Miał nas ratować przed degrengoladą. Nie strzelił ani jednej bramki. Jedyna korzyść z jego gry była taka, że wywalczył jeden rzut karny. Po sezonie siedliśmy w moim gabinecie.

– Prezesie, w życiu bym się nie spodziewał, że w trzeciej lidze będę miał taki problem.

Wcześniej siedzieliśmy bowiem z Kapelko w jego gabinecie i on go zachwalał pod niebiosa.

– Zobaczysz, Paweł to klasowy zawodnik, piętnaście bramek ci strzeli w tej trzeciej lidze.

– Wystarczy mi dziesięć, ale dobra!

A on ani jednej nie strzelił. Siadł ze mną i mówi:

– Za czerwiec niech mi prezes nie płaci. Nie zasłużyłem.

To mi się bardzo spodobało. Rzadko, to ma takie podejście.

***

Lublinianka znajduje się w cieniu Motoru Lublin. W każdym aspekcie. Pierwsi długo nie dostawali subwencji od miasta, kiedy zaczęli były to pieniądze minimalnie wystarczające na same podróże ligowe, a w drugich Lublin pompuje miliony złotych od wielu, wielu lat. Pierwsi mają kameralny stadion, drudzy występują na Arenie Lublin. Pierwsi mają grupę kilkudziesięciu zagorzałych kibiców, drudzy zorganizowany tysięczny doping na każdym meczu.

Gil: – Kiedy dostaliśmy pierwszą subwencję, cieszyliśmy się jak dzieci. W sezonie, który decydował o utrzymaniu w trzeciej lidze, pytałem ludzi z Broni Radom i z Resovii, czyli kluby miast, w którym też grały dwie drużyny z tego samego miasta w tej samej lidze:

– Jaki jest podział subwencji?

– Dostajemy po pół. Pięćset pięćdziesiąt tysięcy dostaje Radomiak, my trochę więcej, bo potrzebujemy na stadion.

– Stal ma trochę więcej, ale nam dorzucają na SMS, więc generalnie wychodzi podobnie.

Tylko się śmiałem. Motor – 1,2 miliona. Lublinianka – 95 tysięcy złotych na cały sezon. I to wszystkie pieniądze. Wiem, że wcale nie spadliśmy przez brak funduszy, bo byliśmy wyraźnie słabsi sportowo, ale to jest naprawdę symboliczne wsparcie, a przecież jeszcze niedawno graliśmy z Motorem w tej samej lidze. Miasto uważa, że Motor jest klubem miejskim, a Lublinianka prywatnym. Stąd ta dysproporcja. Jak spadliśmy, dostaliśmy dwieście tysięcy. Jeden z radnych powiedział:

– Widzisz prezesiku, jak spadliście, to dostaliście subwencje, bo jak byliście w tej samej lidze co Motor, to byliście problemem dla miasto, bo nie wiedzieliśmy, czy w ogóle wam się coś należy.

Od tamtej pory zaczęło się pompowanie milionów w Motor. Efektów nie ma. Ich problem. W regionie nikt ich nie lubi. Za megalomanię, pychę i butę.

***

Jeszcze niedawno w III lidze dochodziło do derbów Lublina.

Gil: – Na pierwszy mecz derbowy z Motorem w trzeciej lidze, chwilę po otwarciu Areny Lublin, przyszło blisko sześć tysięcy widzów. Było 1:1. Prowadziliśmy 1:0, Erwin Sobiech strzelił pierwszą ligową bramkę na obiekcie. Potem Motor wyrównał. Na wiosnę przegraliśmy 0:1, będąc dużo lepszym zespołem w przekroju całego spotkania. Sędzia dopatrzył się rzutu karnego przy jakimś tam strzale. Nas zawodnik się odwracał, piłka trafiła go w rękę i sędzia uznał, że to jest rzut karny. Ciekawostka była taka, że sędzia mieszkał na stancji w Lublinie z zawodnikiem Motoru, który grał w tym meczu. Obserwatorowi powiedziałem: ,,Wie pan, ja się nie znam, ale jak na sędziowanie takiego meczu bierzecie chłopaka z Kraśnika, który mieszka z piłkarzem Motoru w jednym pokoju, to chyba coś jest nie tak’’. Pozostał niesmak. Zresztą nawet Kamil Stachyra, piłkarz Motoru, który trafił w rękę Rafała Kursę, sam powiedział, że w życiu nie podyktowałby za coś takiego karnego i że powinni ten mecz przegrać 0:3. Ale tak bywa. To jest piłka i jej piękno. Nieprzewidywalność. Po spadku do czwartej ligi wróciliśmy na swój stadion przy ulicy Leszczyńskiego. Postanowiliśmy przesunąć główną płytkę boiska, zlikwidowaliśmy bieżnię.

Kibiców, jak nie było, tak nie ma.

Gil: – Funkcjonuje mała grupa kibicowska, nie afiszująca się, nieco zastraszona przez kibiców Motoru, choć nigdy nie było sytuacji, w której doszłoby do jakichkolwiek sporów. Pomagają w prowadzeniu spikerki, ale nie ma już zorganizowanego dopingu. To są ludzie, mający zorganizowane życie. Wykształceni. Stanowczo nie jest to stereotyp kibola, który ma dużo czasu. Zdarzają się mecze, w czasie których cała trybuna jest zapełniona. Czasami dobijaliśmy do tysiąca. Tak naprawdę, ciężko jest kogoś namówić, żeby przeszedł na czwartoligową kopaninę.

***

Klub jest przesiąknięty historią. Przed trybuną stoi głośnik, pamiętający czasy Kazimierza Górskiego. Obok płyty boiska leży zardzewiały walec do pielęgnacji murawy. Przedmioty przywodzą na myśl wspaniałe czasy z przeszłości, ale tu mało, kto je wspomina. Rzeczywistość klubu sytuuje go w IV lidze. Jako zespół amatorski wśród amatorów. Prezes patrząc na funkcjonowanie grup młodzieżowych, z których jest dumny i które za kilka lat zasilą pierwszy zespół, deklaruje, że nie ma pośpiechu. Z niczym. Może za rok, może dwa uda się awansować. A potem nic się nie zmieni. Może kolejny awans, może spadek, a może środek tabeli. Cokolwiek się stanie klub będzie funkcjonował. Strat finansowych nie przynosi, rozwija się i działa według określonej transparentności.

71223340_708687452938129_5386175618121465856_n

71570038_527383391139350_5589592072488222720_n

Choć to ponad trzystu tysięczne miasto i samo jego centrum, tu jest po prostu spokojnie.

Wicelider ligi, w której gra Lublinianka, Tomasovia Tomaszów Mazowiecki gra z Orlętami Łuków. Kursy? 1,25 na Tomasovię, 5,70 na remis, 6,45 na Orlęta (KLIKNIJ, aby się zarejestrować)

Gil: – Na początku było więcej przyjemności niż obowiązków, teraz jest odwrotnie. Dzwonię do mnie rodzice dzieci z akademii, żona mnie nawet czasami żartobliwie pyta, co to za baby dzwonią do mnie po weekendach i krzyczą coś do słuchawki, a ja spokojnie odpowiadam, że to zatroskane mamusie swoich synków w klubie. Bo tak jest. Dzisiaj rodzice mają wielkie parcie na szkło. Ja nie mam żadnego. Mógłbym wszystkim pracownikom klubu wpisać w zapisach i umowach, że zobowiązują się do wykonywania wszystkich poleceń prezesa. Tylko po co?

Pyta retorycznie i wręcza swoją wizytówkę. Białą. Skromną. Z widocznym herbem klubu, swoim nazwiskiem, telefonem i mailem. Wszystko transparentne.

JAN MAZUREK

#PowiatBet to nasz cykl tekstów, w których prezentujemy realia klubów z czwartej ligi. Szykujcie się na dużo atrakcyjnych materiałów, bo przecież właśnie na tym szczeblu występują m.in. zespoły z Bytomia, Odra Wodzisław Śląski, drużyna Ślusarskiego, Telichowskiego i Zakrzewskiego, a nawet żywa legenda lat dziewięćdziesiątych, RKS Radomsko. Partnerem cyklu są nasi kumple z ETOTO, którzy czwartą ligę pokochali na tyle mocno, że regularnie przyjmują zakłady na spotkania na tym szczeblu rozgrywkowym. 

etoto

KOMENTARZE (2)