Będę przed ósmą, trenerze
Weszło

Będę przed ósmą, trenerze

Jeśli ktoś miał dziś zły dzień, bo żona suszyła mu głowę od rana, potem samochód nie chciał odpalić, potem ptak narobił na nowy płaszcz, następnie szef zapowiedział redukcję etatów, a na końcu sąsiad zalał mieszkanie… To naprawdę mogło być gorzej. Tottenham nie miał dzisiaj złego dnia. Miał koszmarny, beznadziejny, okropny i co tam jeszcze słownik synonimów może przynieść. Dostać siedem bramek u siebie?! To bolałoby i polski zespół, gdyby jakimś cudem wtargnął do Ligi Mistrzów po rezygnacji trzystu innych ekip. A co dopiero finalistę z zeszłego sezonu. Hańba, z której nie ma wytłumaczenia.

Tym bardziej że Tottenham przecież prowadził w tym meczu, ale chyba po chwili na murawie zjawili się jacyś przybysze z dalekiej galaktyki, którzy – niczym w Kosmicznym Meczu – pozabierali piłkarzom Kogutów talent. Niektóre bramki strzelane przez Bayern przyniosłyby wstyd i na orliku, a co dopiero na poziomie Ligi Mistrzów.

Jak można pozwolić, by facet niespecjalnie atakowany biegł wzdłuż pola karnego, potem w nie wpadł i po prostu uderzył? A tak było przy golu na 3:1.

Jak można nie wyciągnąć wniosków i, cholera, DWIE MINUTY PÓŹNIEJ stracić piłkę parę metrów za swoim polem karnym, pozwalając rywalowi wyjść pięciu na trzech? A tak było przy golu na 4:1.

Jak można, będąc kompletnie nieatakowanym przy wyprowadzaniu piłki, podać przed siebie wprost do rywala? A taki cyrk odstawił Alderweireld przy bramce na 6:2.

Czasem mecz się nie układa, to jest jasne. Ale nawet wtedy można zachować twarz, zmniejszyć wyrok, odpłacić się w jakikolwiek sposób kibicom, którzy za darmo na stadion nie wchodzą. Niestety Tottenham robił wszystko na opak. Zwiększał swoje cierpienia, jak już piłkarze Pochettino zobaczyli, że dziś Bayernu nie złapią, to po prostu odpuścili na każdym etapie. Sorry, ale to wspomniane podanie Alderweirelda to nie był błąd, który można zrozumieć inaczej niż jak niedbalstwo, brak koncentracji oraz krzyk: kończcie ten mecz, nie mam już siły.

Zupełnie jakby piłkarze Tottenhamu nie wiedzieli, że w tej całej zabawie bilans bramkowy może mieć znaczenie, a jeden punkt i wynik 4:9 po dwóch kolejkach nie stawia ich w zbyt ciekawej sytuacji.

Ech, szkoda na Tottenham dzisiaj strzępić ryja i może postawmy w jego temacie kropkę, bo też trzeba oddać Bayernowi co mistrzowskie. Pewnie, że rywale byli dzisiaj żenujący, ale być może słabszy zespół z tej żenady by tak mocno nie skorzystał, a Bawarczycy wycisnęli ostatnie soki. Głównie dwie postaci: Gnabry i Lewandowski. To ciekawe, bo przed meczem panowie Ferdinand, Crouch i Hargreaves zapytani, kogo woleliby kupić, gdyby mieli wolną gotówkę, odpowiedzieli chórem: Kane. Kane. Kane. Cóż, może nawet i ten mecz ich zdania nie zmienił, bo Anglik jest młodszy i tak dalej, natomiast nie ma żadnych wątpliwości, że Polak pokazał dzisiaj wielką klasę i kompletnie przyćmił rywala.

Słuchajcie, ta bramka na 2:1… To było coś cudownego. Najpierw napastnik przerzucił jak kompletnego głupka Vertonghena, a potem zebrał drugą piłkę i uderzył nie do obrony zza szesnastu metrów. Ale żeby to jeszcze był jakiś prosty strzał! Gdzie tam. Trzeba było się zabrać za tę piłkę bardzo, by tak rzec, specjalistycznie, zza siebie, bo to nie była żadna patelnia czy pusty korytarz. Nie, futbolówka mogła polecieć skutecznie tylko w jednym kierunku i Robert to zrobił. A w drugiej połowie jeszcze snookerowym uderzeniem dorzucił drugi skalp, bo piłka może nie sunęła zbyt szybko, za to w idealne miejsce.

Jest forma u Roberta, teraz wystarczy tego tylko i aż nie spieprzyć na kadrze. Prawda?

Klasę pokazał też Gnabry i cóż, może powinniśmy zacząć nawet od niego, w końcu załadował czwórkę, ale musicie nam wybaczyć ten kibicowski patriotyzm. Natomiast tak: Niemiec był dziś wielki. Wejście w pole karne i luta? Proszę bardzo. Uderzenie słabszą nogą od słupka? A czemu by nie. Przyjęcie się na 30-40 metrze i pewny finisz sam na sam? Nie ma problemu. O cokolwiek poprosilibyście dzisiaj tego chłopaka, zrobiłby to. I obiad ugotował, i roweru popilnował. Koncert.

I też trochę na takie meczycho w wykonaniu Bayernu czekaliśmy, bo Bawarczycy w ostatnich latach, jeśli kogoś gnoili, to raczej zespoły z niższej półki. Tottenham to co innego, w końcu finalista. Czy to zwiastun lepszych czasów dla Bayernu w Lidze Mistrzów? Za wcześnie na takie sądy. Czy to miła odskocznia dla ich kibiców. Cholernie i zdecydowanie: tak!

Tottenham – Bayern 2:7

Son 12′, Kane 61′ – Kimmich 15′ Lewandowski 45′ 87′ Gnabry 53′ 55′ 83′ 88′

Fot. Newspix

KOMENTARZE (42)