West Ham, Bournemouth, Crystal Palace… Manchester United nadal za ich plecami
Anglia

West Ham, Bournemouth, Crystal Palace… Manchester United nadal za ich plecami

Pewnie kojarzycie wrzucany często tu i ówdzie obrazek „jak oni się tam znaleźli?”. Koń na balkonie, żyrafa na drzewie, baran zawieszony na linii wysokiego napięcia. Jeszcze jakiś czas temu Manchester United balansujący pomiędzy górną a dolną połówką tabeli Premier League byłby równie trudny do wyjaśnienia. Dziś jednak coraz częściej taki widok wita się jednak wzruszeniem ramionami.

Nie dalej jak kilka dni temu Graeme Souness stwierdził, że obecny Manchester United to najgorszy zespół w historii tego klubu w Premier League. I cóż, trudno się z Sounessem nie zgadzać. Remis w starciu niegdysiejszych tytanów ligi angielskiej – United i Arsenalu – sprawia bowiem, że Czerwone Diabły po siedmiu seriach gier wciąż nie mają nawet dwucyfrowej liczby punktów. Że gdyby Burnley straciło jednego gola mniej, to próżno byłoby ich szukać nawet w górnej połówce tabeli.

Jak zwykle, gdy zbliża się mecz United z Arsenalem, angielskie media przypominały, jakie zażarte batalie te dwie ekipy toczyły ze sobą za czasów Arsene’a Wengera i sir Alexa Fergusona. W dwunastu pierwszych latach istnienia Premier League tylko raz zdarzyło się, by ktoś z tej dwójki nie został mistrzem Anglii. Starcia w środku pola pomiędzy Patrickiem Vieirą i Royem Keanem były takimi, na jakie wyczekuje się latami. Nadzwyczajnych techników równoważyli nieprawdopodobnie waleczni defensorzy.

Dziś wygląda to karykaturalnie. Gdy w menu dnia widzisz mecz Manchester United – Arsenal, chcesz wierzyć, że to będzie widowisko na miarę starć z przełomu wieków. A jednocześnie wiesz, że może być nie mniejsza kicha, niż gdy zamawiasz zacnie wyglądający na modelu t-shirt z Ali Express, który okazuje się nadawać wyłącznie na szmatę do podłogi.

Taka właśnie była pierwsza połowa i kto wie, czy nie byłaby też druga, gdyby seria nieudanych zagrań nie doprowadziła do kopnięcia piłki naprawdę udanego. Znamienne, że w połowie wypełnionej po brzegi pomyłkami (nasz faworyt – trzy za mocne wrzutki z lewej na prawą, z powrotem i raz jeszcze z lewej na prawą, by piłka w końcu wylądowała na aucie) przepiękny gol padł właśnie po takiej akcji. Daniel James ruszył jak TGV z kontrą, ale nie potrafił dobrze wymierzyć podania do Marcusa Rashforda, ten tak niedbale podał zaś do Paula Pogby, gdy dogonił piłkę, że ta trafiła nie do Francuza, a do Scotta McTominaya. Ktoś spodziewał się, że ten przyjmie kierunkowo i uderzy tak, że Bernd Leno po prostu zastygnie w miejscu? Chyba nawet on sam był w lekkim szoku.

Plan Unaia Emery’ego, który miał za moment przedstawić w szatni, posypał się jak szybka iPhone’a po zetknięciu z betonem. Może to i lepiej, bo z tej jego improwizacji zrodził się Arsenal dużo lepszy, groźniejszy, bardziej zdeterminowany niż te ciepłe kluchy z pierwszej połowy, które było stać tylko na dwa groźne strzały w jednej akcji, wynikającej w zasadzie wyłącznie z błędu Pereiry. Ani Saka, ani Guendouzi nie pokonali jednak De Gei.

Zrobił to w drugiej części meczu Pierre-Emerick Aubameyang, tak nieskuteczny w starciach z zespołami Big Six na ich stadionach. W atmosferze dużej kontrowersji, bo choć nie był na spalonym, to jednak sędzia boczny uniósł chorągiewkę, a główny Kevin Friend gwizdnął po strzale Gabończyka, ale jeszcze nim piłka wpadła do siatki. A potem, po konsultacji VAR, gola jednak uznał. Prawidłowego, owszem, ale w myśl przepisów zaliczonego nieprawidłowo, po gwizdku.

Obie ekipy miały szansę pójść za ciosem – Arsenal zresztą bardzo szybko, gdy z bliska zamiast w bramkę, w nogę Lindelofa trafił Saka. Wydawało się wtedy, że Kanonierzy chwycą mecz za lejce i wreszcie wygrają na Old Trafford po raz czwarty w erze Premier League. Zamiast tego powoli jednak oddawali stery Manchesterowi United i gdybyśmy mieli typować, kto zdobyłby złotego gola, byliby to gospodarze. Bernd Leno musiał się gimnastykować po strzałach Maguire’a i Rashforda, De Gea był w zasadzie w końcówce bezrobotny.

Remis daje Arsenalowi wkręcić się do najlepszej czwórki z widokami na łyknięcie Leicester już w następnej serii gier (Lisy jadą na Liverpool, Arsenal podejmuje Bournemouth). United zaś – co już wiemy – ledwo, ledwo, o jednego gola w bilansie bramkowym, wyprzedza Burnley i wchodzi do górnej połówki tabeli. Marne to jednak pocieszenie, skoro z góry cały czas spoglądają takie marki jak Crystal Palace czy Bournemouth…

Manchester United – Arsenal 1:1
McTominay 45′ – Aubameyang 58′

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (11)