Nie odkryję Ameryki: zahamowały mnie kontuzje. Dziś jestem ligowym dżemikiem
Weszło Extra

Nie odkryję Ameryki: zahamowały mnie kontuzje. Dziś jestem ligowym dżemikiem

Michałowi Makowi nic nie przyszło w życiu łatwo. W domu się nie przelewało, rodzice nie zawsze byli w stanie pokryć braciom przejazd busem na trening w Wiśle Kraków. Pomagała siostra, która specjalnie dla młodszego rodzeństwa kupiła Malucha i woziła na zajęcia, co skończyło się poważnym wypadkiem. Rodziców nie stać też było na opłacenie internatu w Wiśle, więc gdy bracia mieli po 15 lat, klub pożegnał się z nimi nie widząc w nich perspektyw. Pierwsze zarobione pieniądze Michał przeznaczył na korki. Zapracował na nie w wieku 14 lat w stolarni.

Dziś pracuje u Macieja Stolarczyka, choć droga do Wisły Kraków okazała się bardzo okrężna. Prowadziła przez klub Stadion Śląski Chorzów, w którym z pokoju braci Mak urządzono palarnię dla Metalliki, Bełchatów, gdzie szkodliwy wpływ miał brak rywalizacji, Lechię, w której Mak zaimponował dyrektorowi sportowemu FC Koeln, Arminię Bielefeld, w której odbił się jak od ściany i  dwie ciężkie kontuzje kolana zakończone rehabilitacją w Barcelonie z Benjaminem Mendym, uwiecznioną zresztą na jego Instagramie. Michał Mak ma świadomość, że ta kariera mogła potoczyć się inaczej. Dziś, już zdrowy, łapiący coraz lepszą formę, sam o sobie mówi z dystansem: – Jestem ligowym dżemikiem. Zapraszamy. 

***

Z jakim uczuciem wraca się do klubu, który odpalił cię, gdy miałeś 16 lat?

W Wiśle byli wtedy inni ludzie. Nasi rodzice nie mieli pieniędzy na codzienne dojazdy z Suchej Beskidzkiej, chcieliśmy iść do szkoły sportowej, a Wisła miała klasę sportową. Postawiliśmy sprawę jasno: nie stać nas. Koszt utrzymania mnie i brata wynosił 1500 złotych miesięcznie. Usłyszeliśmy, że nie jesteśmy perspektywiczni i klub w nas nie zainwestuje.

Czujesz się, tak jak twierdził wtedy Jacek Bednarz, zbyt wątły na grę w piłkę?

Jak się okazuje – chyba nie, jakoś sobie daję radę. Wiadomo, że nie jestem dryblasem, ale sprytem, szybkością i techniką można to nadrobić. Znam zawodników, którzy są szczuplejsi ode mnie i też sobie dają radę, szczególnie na mojej pozycji. Za szybko nas ocenili. Dla nas to było jak wyrok, choć po czasie nie czujemy już żadnego żalu. Widocznie tak miało być. A ja się cieszę, że tu wróciłem, bo to był mój cel i marzenie. Zapomniałem o tym zdarzeniu już dawno. Na dobre nam wyszło.

Sam moment był dla was ciężki: klub, na którego treningi dojeżdżaliście busami, mimo że w domu się nie przelewało, nagle stawia na was krzyżyk, a w okolicy innej opcji nie ma. Co dalej?

Było ciężko. Wisła była i jest w regionie największym klubem, a tu nagle taki dzwon. Wiedzieliśmy, że musimy dalej robić swoje. Wyciągnął do nas rękę śp. Jurek Steczek, prezes Jałowca Stryszawa, który znał nas z regionu. Powiedział, że możemy zagrać u niego pół roku, żeby nie tracić czasu, a potem spróbować sił gdzieś indziej i nikt nie będzie nas blokował. Później nasz kumpel Witek Romanowski zadzwonił do swojego kolegi, który był menedżerem. Nagrali temat szkółki piłkarskiej Stadion Śląski Chorzów. W trzy dni na testach przekonaliśmy do siebie prezesa i trenerów, żeby dać nam szansę pójścia do szkoły sportowej.

Załatwianie na wariackich papierach.

Pochodzimy z małej miejscowości, tak musiało się to odbywać. Ktoś kogoś znał, zadzwonił. Nasza przygoda z piłką zaczęła się tak naprawdę na Śląsku.

Codzienne jeżdżenie busami to szkoła charakteru? Tak to oceniasz z dzisiejszej perspektywy?

Myślę, że tak. Jeden trening dla mnie i Mateusza kosztował naszych rodziców 30 złotych. Busiarze często spuszczali z ceny. Zdarzało się, że wracaliśmy ze szkoły i nie mogliśmy iść na busa. Nie zawsze były pieniądze na przejazd. Było przykro, ale rozumieliśmy to, bo wiedzieliśmy, jak ciężko rodzice pracują, by utrzymać nas i siostry. Hartowało. Jak nie pojechaliśmy na trening, musieliśmy wyjść na boisko sami z Matim i zrobić to, co na zajęciach. Życie nas trochę nauczyło, ale najważniejsze, że mieliśmy z tyłu głowy, że chcemy grać w zawodową piłkę. Nie mogliśmy zawieść mamy i taty. Wiemy, jak bardzo w nas wierzyli i ile poświęcili nam czasu, pieniędzy.

Jak w Wiśle reagowali na to, gdy nie przyjeżdżaliście? Z wyrozumiałością czy mieliście łatkę leserów?

Były nieprzyjemne sytuacje na początku, jak jeszcze jeździliśmy na mecze z naszą śp. mamą. Inni rodzice reagowali na zasadzie: czemu grają chłopaki ze wsi, a nie z Krakowa, którzy trenują więcej? Mama stoi obok i słyszy, że ktoś nagaduje. Nie jest miło. Trenerzy widzieli, że dajemy z siebie wszystko, że piłka się słucha, więc nas wystawiali. Gdy strzelaliśmy gole, inni rodzice nie bardzo się cieszyli. Mama z siostrą opowiadały to potem w drodze powrotnej. Ważne, że one były z nas dumne i z dumą przechodziły koło tych rodziców. Opinia takich ludzi nigdy się nie liczyła. Ich zachowanie świadczyło tylko o nich.

Specjalnie dla was siostra zrobiła prawo jazdy.

Tak. Madzia to taka osoba, która nie boi się niczego. Zrobiła prawo jazdy, kupiła Malucha i jeździliśmy na treningi Zakopianką po 110 km/h mijając po drodze tiry. Połowę swojego dorosłego życia spędziła na naszych treningach i w drodze na nie. Poświęciła się. Asia, druga siostra, tak samo pomagała. Nie ukrywamy, że bardzo dużo zawdzięczamy i jednej, i drugiej siostrze. Gdyby nie one i rodzice, pracowalibyśmy dziś w stolarni w Suchej Beskidzkiej. 

KRAKOW 31.08.2019 MECZ 7. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN KRAKOW: WISLA KRAKOW - ZAGLEBIE LUBIN NZ MICHAL MAK BRAMKA GOL RADOSC FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

W domu siostry trzymacie dziś medale. Jest wiele okazji, by się odwdzięczyć. 

Gdy wracamy do Suchej, jedziemy do Madzi albo Asi. Nasz dom rodzinny wynajmujemy. Wszystkie pamiątki są u Madzi. Po sezonie też zabraliśmy ze sobą wszystkie medale. Wracając można powspominać. Siostry często są na naszych meczach. Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż to, że mogę zadowolić najbliższych. Często po meczu zostają u mnie czy ja jadę do Suchej, bo to tylko godzina drogi. Gdy grałem w Lechii, widywaliśmy się rzadko, czy to na święta, czy w przerwie na kadrę. Życie w Krakowie ma ten plus, że jutro mogę jechać do siostry na obiad i spędzić czas z najbliższymi.

Żywot Malucha zakończył się w drodze na trening. Jak przetrwaliście ten wypadek? Jak to wyglądało?

Był bardzo groźny. Jechaliśmy ze szwagrem Dominikiem, mężem Madzi. Ja siedziałem z przodu, Mateusz z tyłu. Dojeżdżaliśmy do pierwszych świateł w Krakowie, zapaliło się żółte, szwagier zahamował… Auto z tyłu chciało szybko przejechać i walnęło prosto w nas. Całe szczęście, że silnik w Maluchu jest z tyłu, bo zamortyzował uderzenie. Budzisz się na dachu, wychodzisz oknem, w którym nie ma szyb, szwagier zakrwawiony, brat też wychodzi przez okno, pełno szkła, ludzie wychodzą z aut, podbiegają. Myślisz, że to ci się śni. Sytuacja wyglądała poważnie. Gdy przyjechała policja, pierwszym pytaniem było: – Czy są jakieś zwłoki w aucie?

W zasadzie to cud, że nic nam się nie stało. Chyba Matka Boża nad nami czuwała. Szwagier miał tylko na głowie parę szwów. Z Malucha nic nie zostało. Ale trauma pozostała. Gdy przez następny rok dojeżdżałem do świateł, oglądałem się za siebie, czy nic nie walnie w plecy.

Na treningi woził nowy Maluch?

Później był Ford Fiesta, czerwony. Z nim też były przygody. Kiedyś w drodze na turniej uderzył w nas traktor. Było już mniej inwazyjnie, tylko koło zostało uszkodzone. Pan nie dał kierunkowskazu, w ostatnim momencie wystawił tylko rękę pokazując, że skręca. Nic nam się nie stało, ale na turniej trzeba było dojechać autobusem.

Czułeś kiedyś kompleksy wobec chłopaków ze względu na to, że pochodzisz z biednej rodziny?

W Suchej wszyscy żyli na podobnym poziomie. Każdy miał jedne buty. W Krakowie nie mieliśmy najlepszych halówek. Graliśmy w trampkach, które po dwóch tygodniach się zdzierały.

Słynne halówki po dwanaście złotych?

Nie, za sto, ale nie Adidas czy Nike, bardziej Lancasty ze sklepu w Suchej. Bardzo szanowaliśmy, że je mieliśmy, ze sklepu, nowe. Nie czułem, by chłopaki się z nas śmiali. Z niektórymi mam do teraz super kontakt. Nie było też tak, że każdy chłopak w Krakowie pochodził z bogatej rodziny i miał wszystko. Najważniejsze, że było w czym grać. A to, że inni mogli sobie pozwolić na różowe czy czerwone buty, nie było ważne. 

Miałeś moment, gdy ci odwaliło, kiedy już zarobiłeś większe pieniądze?

Na całe szczęście chyba nie, bo wiem, jak ciężko doszedłem do tego, że mogę zarabiać z piłki. Pamiętam, jak dostaliśmy z Mateuszem w Radzionkowie pierwsze pieniądze. Prezes Baran dał nam po trzysta złotych w banknotach po dwadzieścia. Zwariowaliśmy. Poszliśmy pierwszy raz na kebaba. Wzięliśmy od razu ze wszystkimi sosami. Gdy później dostawałem więcej, fajnie było zawsze wręczyć mamie czy siostrom po sto-dwieście złotych, by sobie coś kupiły, miały dla siebie. Całe szczęście sodówka nie odbiła. Szanuję pieniądz, staram się inwestować, odkładać, bo wiemy, jak jest z piłkarzami. Jak czasem wydam więcej na ciuchy, mówię sobie: nie zawsze musisz mieć najlepszy ciuch, czasami coś innego jest więcej warte. Wiem, ile nas to wszystko kosztowało. Nie tylko nas, ale i rodzinę.

Szkołą szanowania pieniądza był też epizod stolarski.

Pracowaliśmy z Mateuszem przez dwa tygodnie w stolarni. U nas w Suchej jest dużo drzewa, więc jest co robić. Przychodziłeś na szóstą rano, zostawałeś do szesnastej. Starsi pracowali przy wielkich fosztach, jeden zadawał je na piłę, drugi oddawał, cięli na deski. Młodsze typki jak my i koledzy dostawaliśmy palety i układaliśmy na nie małe deseczki. Pierwszego dnia okazało się, że dwóch-trzech panów nie przyszło, bo zapiło. Akurat przyjechał tir, trzeba było załadować. Szef zawołał nas, że trzeba pomóc. No i pierwszego dnia musieliśmy ładować te wielkie foszty na tira. Z bracholem rzucaliśmy je na trzy. Gdy jeden chłop to zobaczył, powiedział przestraszony do szefa: – Weź ich pan stąd, bo zaraz do tragedii dojdzie.

Ale daliśmy radę. Za dwa tygodnie dostaliśmy 400 złotych. Dla nas wtedy, mieliśmy po czternaście lat, były to wielkie pieniądze. Kupiliśmy za nie korki. Pewnie skończylibyśmy w tej stolarni, ale postawiliśmy wszystko na jedną kartę.

Chodziliście za małolata na młyn Wisły?

Na młyn nie. Ale z kolegami jeździło się na mecze Wisły, śpiewało piosenki.

Na derby też?

Byłem na derbach nie raz. Zawsze było gorąco. Mam nadzieję, że będzie mi dane w nich zagrać. Wielkie przeżycie. W Suchej wszyscy są za Wisłą. Obok jest Maków Podhalański, z którego pochodzi Tomasz Hajto i tam wszyscy są za Cracovią, więc, wiesz, jest kosa.

Profilaktycznie nie bywasz?

Rzadko. Mam tam ciocię, wujków i kuzynów. Jeżdżę, ale…

Incognito.

W kapturze!

Przejmowałeś się losami Wisły? Śledziłeś, czy upadnie?

Cały czas śledziłem. Sytuacja z Vanną Ly dla niektórych była śmieszna, ale ja się przejmowałem, bo wiedziałem, że jest naprawdę poważnie. Było zagrożenie, że klub może się rozpaść. Całe szczęście, że dobrzy ludzie pomogli. Gdyby nie osoba Kuby Błaszczykowskiego, pewnie byłoby różnie.

KRAKOW 31.08.2019 MECZ 7. KOLEJKA PKO EKSTRAKLASA SEZON 2019/20 POLISH FOOTBALL TOP LEAGUE MATCH IN KRAKOW: WISLA KRAKOW - ZAGLEBIE LUBIN NZ MICHAL MAK BRAMKA GOL RADOSC FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Finalnie, po wielu perypetiach, znalazłeś się w Wiśle. Nie stałoby się to, gdyby nie dwa czynniki. Pierwszy – Wisła musiała znaleźć się na zakręcie. Drugi – i ty musiałeś znaleźć się na zakręcie. Nie ma co kryć, nie jesteś już towarem pożądanym na rynku.

Masz rację. Tak widocznie miało być, że akurat w tym momencie trafiłem do Wisły. Wisła już wcześniej robiła podchody, byłem na rozmowach z prezesem, zanim poszedłem do Lechii. Teraz jest moment, gdy ja potrzebuję Wisły i mogę Wiśle też coś dać. Nigdy nie ukrywałem, że powrót do Wisły to moje marzenie. Od małego jeździliśmy na mecze, podawałem piłki chłopakom, z którymi teraz się przebieram. Dla mnie to super przeżycie. Nobilitacja siedzieć z nimi w szatni i grać do jednej bramki. Pewnie gdyby Wisła była tak mocna jak dziesięć lat temu, pewnie by po mnie nie sięgnęła. Nie jestem już takim towarem, jak w Bełchatowie.

To prawda, że jedno z twoich ulubionych powiedzeń to ligowy dżemik?

Zawsze przyjmowało się w szatniach. W Bełchatowie Kamil Kosowski i Marcin Żewłakow mówili: – Jest taki okres, że wchodzisz do ligi i albo się wybijesz i pojedziesz dalej, albo zostaniesz ligowym dżemikiem.

Patrząc na tę definicję…

Jestem ligowym dżemikiem! Można mnie tak nazwać. Jestem dumny z tego, że jestem w Wiśle. To duży klub jak na polskie realia i wielu chłopaków chciałoby w nim grać.

Wiadomo, żaden to powód do wstydu.

Dla chłopaka z małej miejscowości granie przy takich kibicach to zaszczyt. Ja się niczego nie wstydzę. Widocznie tak miało być.

Pytam, bo wydawało się zwłaszcza podczas waszej gry w Bełchatowie, że jesteście chłopakami z potencjałem na coś więcej. W którym momencie stałeś się ligowym dżemikiem?

Nie odkryję Ameryki mówiąc, że kontuzje bardzo nas wyhamowały. W Bełchatowie miałem dobry okres. Poszedłem do Lechii, tam zacząłem bardzo dobrze, strzeliłem sześć bramek. Grałem mecz na Legii Warszawa…

Pamiętny mecz, w którym Piotr Nowak posłał do boju ośmiu ofensywnych piłkarzy.

Zagrałem bardzo dobrze, ale rozwaliłem podczas meczu kolano. Na trybunach był dyrektor FC Koeln. Spodobałem się. Po meczu menedżer powiedział mi:

– Michał, jeśli się nic nie stanie, robimy transfer do Bundesligi. Są zdecydowani.

– Ale… ja kolano rozwaliłem.

– No nie żartuj.

Zrobiłem rezonans. Wyszło, że jest uszkodzona łękotka i chrząstka. To moment kulminacyjny. Gdybym wtedy nie rozwalił kolana… Byłem w mega gazie, miałem wokół siebie super piłkarzy jak Peszko czy Mila. Stało się, jak się stało. Później błędem była moja decyzja o wyjeździe do 2. Bundesligi, gdzie zderzyłem się ze ścianą. Pojechałem tam od razu po rehabilitacji, kolano jeszcze mnie bolało, a liga była bardzo fizyczna. Odbiłem się jak od ściany i zacząłem stawać się dżemikiem.

Czysto piłkarsko czułeś, że dałbyś tam radę? Zjadła cię fizyczność?

Gdybym pojechał w innym momencie…

Zawsze lepiej wyjeżdżać, jak się jest w gazie.

A ja pojechałem po rehabilitacji, bez grania przez pięć miesięcy. Kolano często bolało, nie pokazywałem umiejętności, które mogłem pokazać. Nie ma żadnego alibi. Grali inni. Czy byli lepsi? Nie wiem. Nie wyróżniałem się na tyle, by grać. Mówiłem otwarcie: żeby w Niemczech grał Polak, musi być lepszy. A ja taki nie byłem. Zawsze mówiłem menedżerowi, że chciałbym wyjechać, sprawdzić się. Pojawił się temat, więc decyzja była szybka: jedziemy. Zagrałem jeden mecz, jeszcze na tym meczu rozwaliłem kostkę na miesiąc. W międzyczasie wywalili trenera. Potem było już tylko trenowanie, na mecze nie jeździłem. Wróciłem do Lechii, tam grałem tylko ogony. Nie da się dobrze wyglądać grając tak niewiele.

To też pokazuje, jak brutalna jest piłka. Przed kontuzją byłeś wiodącą postacią, nie minął rok, jesteś w swoim klubie na bocznym torze.

Pech jednego jest szczęściem drugiego. Każdy chce grać, wykorzystać szansę. Nikt na ciebie nie będzie czekał, aż się spokojnie zrehabilitujesz. Dla mnie to nie było nic dziwnego, że po tej kontuzji już nie miałem takiej pozycji. Świetnie grali Peszko i Haraslin. I tak wyciągnięto do mnie rękę, bo wróciłem po pół roku, Lechia zgodziła się na skrócenie wypożyczenia. Byliśmy wtedy na pierwszym miejscu. Rok po kontuzji można uznać za stracony. Jak nie grasz przez cały sezon, spada pewność siebie, wartość, przygotowanie fizyczne. Poszedłem na rok do Śląska, gdzie miałem się odbudować. Po siedmiu meczach rozwalam kolano drugi raz. Wtedy już bardzo poważnie. W Barcelonie usłyszałem od doktora Cugata: – Dziewięć miesięcy przerwy.

Dzwon. Było źle, a zaczęło pikować jeszcze bardziej.

Gdansk, 12.05.2019 EKSTRAKLASA PILKA NOZNA MECZ Lechia Gdansk - Zaglebie Lubin POLISH LEAGUE FOOTBALL GAME Lechia Gdansk - Zaglebie Lubin NZ szatnia locker room , michal mak , FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 400mm.pl

Zmieńmy temat na nieco weselszy – jakim gościem jest Benjamin Mendy, z którym się rehabilitowałeś?

Przepozytywnym. Byłem tam już od jakiegoś czasu, on przyjechał z menedżerem. Kurde, skądś gościa znam! Od razu napisałem do brachola, a potem spytałem fizjoterapeutę:

– Ty, kto to? Piłkarz, nie?

– Benjamin Mendy z City.

Często leżeliśmy koło siebie. Pytał skąd jestem, zawsze mieliśmy na rehabilitacji super kontakt. Zacząłem mu mówić, że grałem w Bełchatowie, Lechii… Chyba nie kojarzył! Polskich piłkarzy, Lewego, wiadomo, znał. Miał swoich kolegów z Marsylii i cały czas miał ich przy sobie. Zawsze zbiliśmy pionę. Raczej gadaliśmy o pierdołach, sytuacjach codziennych, sytuacji w City. Na początku słabo szło mu po angielsku, ale zawsze jakoś się dogadywaliśmy.

Jaka była historia relacji na Instagramie?

Po zakończeniu sezonu pojechaliśmy z Mateuszem do doktora Cugata, by odżywić nasze kolana. Wchodzimy na rehabilitację i siedzi Mendy oraz piłkarze, z którymi rehabilitował się Mateusz. Mendy nie do końca kojarzył, że mam bliźniaka. Mówiłem mu, ale wiesz jak to jest. Oszalał! Zaczął robić nam snapy, zdjęcia. Niby są tam piłkarze, którzy grają w takich klubach, ale są zupełnie normalni. Spędzasz z nimi codziennie po dwie godziny, to musisz się zakumplować. Dla mnie super przeżycie.

Dużo wiadomości dostałeś po tym zdjęciu? Wszyscy zastanawiali się: o co tu chodzi?

No, jak do tego doszło?! Wiedziałem, że robi snapa, bo kazał mi i bratu się oznaczyć. Po godzinie wszyscy do mnie piszą: “ty, jesteście u Mendy’ego na Instagramie”. No co, w końcu kolega! Dużo followersów mi od niego przybyło, jacyś czarnoskórzy z Anglii, Francji. Ciągle dostawałem też pytania: skąd się znacie? Śmiesznie.

To żeby zakończyć wątek wielkiego świata – co zastałeś w swoim pokoju po tym, jak urządzono w nim palarnię dla Metalliki?

Dobre jaja. Grając w Stadionie Śląskim Chorzów dostaliśmy miejsce w hotelu. Pokój bardziej bagażowy, wstawili nam dwa łóżka, sami przywieźliśmy sobie telewizor. Pewnego razu dostajemy wiadomość od prezesa:

– Chłopaki, musicie jechać na weekend do Suchej, bo będzie duży koncert na stadionie i z waszego pokoju trzeba zrobić palarnię dla Metalliki.

– Ale co ze wszystkim? Co z łóżkami? Z ciuchami?

– Musicie wszystko spakować. Nic tam nie może zostać.

No to spakowaliśmy się do trzech worów i zapakowaliśmy do auta, przyjechała siostra ze szwagrem i pojechaliśmy na trzy dni do Suchej. Wracamy, pokój był w miarę posprzątany, ale mocno dawało fajami. W końcu trzy dni tam jarali.

Piękne przeboje polskiego juniora.

Było trochę siwo w pokoju, wietrzyliśmy parę dni. Chłopaki śmiali się, że wszystkie ciuchy nam zalatują fajami. Nie mogliśmy się sprzeciwić, bo szkółka opłacała pokoik, to była ich decyzja. Nam pozostało tylko się spakować i jechać.

Jak wyglądała twoja codzienność na rehabilitacji w Barcelonie?

Tak generalnie, nie ma lepszego miejsca do rehabilitacji niż Barcelona. Raz, że doktor Cugat to dla mnie najlepszy lekarz na świecie od tych spraw, dwa – to jak się tobą tam opiekują to coś fantastycznego, trzy – po rehabilitacji masz 25 stopni, słońce. W Polsce każdy się pyta: – Jak się czujesz? Kiedy wrócisz?

Będąc w Katalonii, odciąłem się od tego. Miałem kontakt tylko z rodziną i najbliższymi. Dla mnie i Mateusza Barcelona to już drugi dom. Mamy fizjoterapeutów, z którymi zawsze się spotykamy. Pomógł mi bardzo kuzyn mojego kolegi, Tomek, który mieszka w La Floresta dziesięć kilometrów od Barcelony. Mieszkałem u niego cztery miesiące, za nic nie musiałem płacić. Jest z moich stron, z Suchej Beskidzkiej.

Przez pierwsze dwa miesiące chodziłem o kulach. Wstawałem rano, robiliśmy śniadanie czy obiad, słońce świeci, kawka. Udało się ogarnąć szofera, który woził mnie do szpitala. Po miesiącu miałem zajęcia dwa razy dziennie, a że operowana była lewa noga, mogłem jeździć samochodem w automacie. Wynająłem sobie autko i śmigałem po Barcelonie. Podczas przerw pomiędzy rehabilitacją, jechałem na plażę. Oliwki, rybka, słoneczko.

Fajne życie.

Miałem też odwiedziny: czy to przyjechał Mateusz, czy ktoś z przyjaciół, czy Madzia ze szwagrem i dziećmi. Cztery miesiące upłynęły mi przyjemniej niż w Polsce. Zwłaszcza że padło na okres wrzesień-październik, wiadomo jaka jest pogoda.

Próbowaliście dojść z bratem, z czego tak właściwie te urazy się biorą? Problemy z chrząstką są dość rzadkie. Miałeś je zarówno ty, jak i Mateusz.

Pytaliśmy o to doktora Cugata. Mówi, że to genetyka. Do tego mamy podobną charakterystykę biegania, przeciążeń, które powstają gdy robisz zwroty, hamowania. Cały czas te chrząstki się wycierały. Nasze kontuzje są bardzo podobne, ja miałem w lewym kolanie, Mateusz w prawym. Śmiałem się, że ja dam mu jedno kolano, on mi drugie i będzie OK. Gdybym wiedział, że za drugim razem przerwa będzie tak długa, odpocząłbym dwa-trzy tygodnie. W Lechii coś chrupnęło w kolanie, poczułem, było to ewidentne. W Śląsku po prostu odczuwałem ból, ale do wytrzymania, więc grałem. Dopiero na drugi dzień kolano puchło i nie mogłem wyjść na trening. Na rezonansie wykazało, że ubytek w chrząstce wynosi dwa centymetry. Nie było już chrząstki, odczuwała kość. Z chrząstką bujał się też chociażby Przemysław Kaźmierczak, zakończył karierę. To nie miesiąc chorobowego, już lepiej zerwać więzadła. Jeśli masz dobrze zrobione, po pół roku nie masz z tym problemu, nie odczuwasz bólu. Przy chrząstce cały czas odczuwam ból. Bardzo musisz o to dbać. Jeśli nie dbasz, nie wzmacniasz mięśni, może być krucho.

Żyjesz na bombie? W każdym momencie może się coś stać?

Trochę tak jest. Jeśli coś takiego stało się dwa razy, nie ma pewności, że trzeci raz się nie stanie. Mam nadzieję, że te problemy są za mną, nigdy nie będę już operowany i kolano pozwoli mi grać jeszcze parę lat na wysokim poziomie. Ale wiem, ile muszę poświęcić czasu, żeby tam nic nie skrzypiało.

KRAKOW 31.08..2019 PKO EKSTRAKLASA PILKA NOZNA SEZON 2019 / 2020 WISLA KRAKOW - ZAGLEBIE LUBIN NZ Michal Mak Wisla FOT MICHAL STAWOWIAK / 400mm.pl FOOTBALL EKSTRAKLASA SEASON 2019 / 2020 WISLA KRAKOW - ZAGLEBIE LUBIN MICHAL STAWOWIAK / 400mm.pl

Kontuzje są sprawą oczywistą, ale czy tylko przez nie ta kariera tak wyhamowała? Wyrzucasz coś sobie?

Na pewno decyzja o wyjeździe do Arminii była błędem. Mamy świadomość z menedżerem, że to nie był odpowiedni czas. Miałem wtedy temat Zagłębia Lubin, trenerem był Piotr Stokowiec. Może gdybym został w Polsce, na innym poziomie łatwiej byłoby się odbudować…  Ale nie lubię gdybać. Nie żyję tym co było. Czasu nie cofnę.

Widzisz choć jeden pozytyw wyjazdu do Niemiec?

Nauczyłem się lepiej gotować! Zobaczyłem, jak wygląda to w Niemczech. Zupełnie inna intensywność treningu. Choć to 2. Bundesliga, wszystko dzieje się szybciej. Ponad dwudziestu zawodników na równym poziomie walczy o to, by w ogóle znaleźć się w osiemnastce. W Polsce niekoniecznie tak jest, że wszyscy są na podobnym poziomie. Zdarza się, że co byś nie zrobił, w osiemnastce będziesz. Tam żeby zagrać, w tygodniu musisz wyglądać super.

Wasz menedżer Daniel Weber a propos pobytu w Bełchatowie wysnuł taką tezę: Zasiedzieli się w Bełchatowie. 2-3 lata temu powinni być natychmiast stamtąd ewakuowani. Mieli tam status gwiazdy totalnie bez rywalizacji, bez sytuacji, z którymi spotkali się dopiero po raz pierwszy w nowych klubach. Michał był na przykład zszokowany, że trener Brzęczek go nie wziął raz czy drugi do osiemnastki.

Było tak. W Bełchatowie mieliśmy mocne pozycje. Czuliśmy się pewni siebie. Wiedzieliśmy, że nawet jak zagramy słabszy mecz, i tak wyjdziemy. W Gdańsku trafiłem na mocną obsadę skrzydeł: Peszko, Krasić, Haraslin, Makuszewski, Pawłowski… Po trzech-czterech kandydatów na jedno skrzydło. Niektórzy na treningach stali z boku i mieli osobne zajęcia strzeleckie, bo się nie łapali. Wiedziałem, że idąc do większego klubu trzeba będzie walczyć. Pierwszy mecz zacząłem w pierwszym składzie, drugi już na ławce, a później łapałem ogony. Dopiero gdy przyszedł trener von Heesen, moja sytuacja zaczęła iść w górę. Czułem się mocny, odżyłem. Pozycja zaczęła być dużo silniejsza.

Chyba jesteś jedynym piłkarzem, który może powiedzieć coś pozytywnego o von Heesenie.

Chłopaki śmiali się w podobny sposób: chyba tylko ty, Michał, możesz miło go wspominać. Reszta go nie cierpiała. Był specyficzny. W szatni mówił po meczu, że wszystko jest OK, a potem wychodził na konferencję i jechał równo z każdym zawodnikiem. Zamiast w szatni powiedzieć szczerze i bronić zespołu na zewnątrz, robił na odwrót. Po pierwszym treningu mówił mi, że mam się kiwać, próbować cały czas gry jeden na jeden i nikt mnie za to nie zgani. Dużo mu zawdzięczam, bo formę osiągnąłem też dzięki niemu.

Czułeś, że w Bełchatowie na ciebie chuchają i dmuchają?

Na początku więcej grał Mateusz.

Pytam bardziej o ten sezon po awansie. Markę mieliście już wyrobioną.

W pierwszej lidze zaliczyłem jeden z lepszych sezonów w życiu. Strzeliłem 15 goli i bardzo się z Mateuszem przyczyniliśmy do awansu. Po spadku chcieliśmy odejść, pozostać w Ekstraklasie, ale bardzo dobrze się stało, że nam się nie udało. Inne granie, nabraliśmy pewności siebie, szczególnie ja, bo Mateusz już wcześniej grał. I to dlatego miałem taki dobry początek w Ekstraklasie. Po sześciu meczach miałem dwie bramki i cztery asysty. Wszyscy myśleli, że zjemy tę ligę i zaraz wyjedziemy. Mateusz po trzeciej kolejce rozwalił pierwszy raz kolano, ja później zacząłem grać słabiej. A czy chuchali i dmuchali? Wiedzieliśmy, że jesteśmy zawodnikami, na których GKS chce zarobić. Tak przedstawiał nam to menedżer. Ale to też nie tak, że graliśmy na siłę.

Trener Kiereś miał przyznać, że nie bardzo ma kim grać, dlatego miałeś pewne miejsce w składzie.

Zdarzały się słabsze mecze, a i tak grałem. Może jakbym wtedy usiadł raz czy drugi na ławce, dostałbym impuls, że muszę zawalczyć? Nie mówię, że nie walczyłem, bo w każdym meczu daję z siebie wszystko, ale gdy czujesz presję, jest inaczej. Dostaliśmy dzwona: idzie fajnie, wejdziemy do ligi, zawojujemy, a się okazało, że życie sprowadziło nas na ziemię. Nie raz. Teraz jesteśmy dużo ostrożniejsi w tym co mówimy, jak podchodzimy do piłki. Nie wybiegam już w przyszłość, żyję z dnia na dzień, z treningu na trening.

Gdansk, 19.05.2019 EKSTRAKLASA PILKA NOZNA MECZ Lechia Gdansk - Jagiellonia Bialystok POLISH LEAGUE FOOTBALL GAME Lechia Gdansk - Jagiellonia Bialystok NZ michal mak , lukas haraslin , podrzucanie FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 400mm.pl

Żałowałeś, że Mateuszowi nie udało się dogadać z Wisłą? Chciałbyś zagrać znowu razem?

Bardzo.

Jakbyś zareagował na sytuację, że z bratem walczycie o jedno miejsce? Odnalazłbyś się w tym? Wiadomo, że jedno skrzydło jest zarezerwowane dla Kuby, jeśli tylko jest zdrowy.

Mateusz teraz gra nie tylko na skrzydle, ale też dziesiątce. I wydaje mi się, że był rozpatrywany na te dwie pozycje. Gdybyśmy rywalizowali, na pewno każdy by walczył o swoje. Była już taka sytuacja na początku w Bełchatowie – grał Mateusz, ja nie. Później rozdzieliliśmy się i każdy grał na swoje nazwisko. Już bardzo długo nie gramy razem, więc chcielibyśmy spróbować ponownie. Dogadalibyśmy się. Ja dwa mecze, on dwa, każdy zadowolony!

Twój brat powiedział w “Przeglądzie Sportowym”, że rozłąka dużo wam dała. Patrzysz na to podobnie?

Myślę, że tak. Zawsze patrzysz na drugiego. On stracił piłkę, ja też czułem się za to odpowiedzialny. Czasami było tak, że Mateusz grał słabo, a trener mówił, że nie wpuści drugiego, bo zagra tak samo. Początkowo gdy strzelałem gola na treningu, trener Kiereś krzyczał: – Mati! Brawo!

Chłopaki śmiali się, że przez trzy miesiące byłem dyskryminowany! Co nie zrobił Mati dobrze, było “brawo Mati”. Mati nie strzelał, było: – Kurwa, Michał, strzel to!

Gdy trafiłem do Gdańska, skupiłem się tylko na sobie. Już nie było “bracia Mak”, każdy musiał pokazać siebie. Wyszło nam na dobre. Żyjąc razem bardzo zwracaliśmy na siebie uwagę i zależało nam, by drugi też zagrał dobrze.

Jak wyglądało twoje życie po tej rozłące?

Nie mogłem dojść do siebie! Śmieję się, ale trochę szok. Zawsze mieszkaliśmy razem. Wstajesz rano, toaleta zajęta, nawet takich rzeczy trochę brakowało. Mamy taką relację, że nawet zanim przyszedłeś gadaliśmy na FaceTime. Codziennie rozmawiamy. Musimy pogadać nawet o pierdołach, znamy się na wylot. Jeden ma słabszy dzień, drugi powie coś głupiego i już jest lepiej.

Dobrze wybrał z klubem?

Myślę, że tak. Ma dobrego trenera, Artura Skowronka, który jako pierwszy na nas postawił w Radzionkowie. Trener go bardzo chciał. Mają fajny skład, cel to awans. Mocno powalczą. Jak tylko mogę, jeżdżę na jego mecze. Miejsce Mateusza na pewno jest w Ekstraklasie.

Czujesz, że wreszcie odpalisz? W ostatnim sezonie znowu wracałeś po kontuzji, zanim złapałeś formę…

To był już koniec sezonu.

A teraz od początku przygotowywałeś się z Wisłą, z którą szybko podpisałeś kontrakt. Karta zacznie się odwracać?

Życie mnie nauczyło tego, że nie zamierzam wybiegać w przyszłość i mówić, jaki to będzie sezon. Cieszę się z każdego meczu, treningu. Z tego, że jestem zdrowy. Zaczyna to dobrze wyglądać, są niezłe momenty. Ale nie ustalam sobie żadnych celów. Dziś wróciłem zdrowy z treningu, strzeliłem na gierce gola, z takich rzeczy się cieszę. Proste rzeczy, ale dla mnie ważne, bo pamiętam, jak zazdrościłem kolegom, gdy leżałem na leżance przez kilka miesięcy.

A dziś można tylko gdybać. Nie wiemy, gdzie byłbym teraz, gdybym wtedy nie doznał kontuzji. Ja się na przeszłość nie obrażam. Widocznie tak miało być. Dla mnie ważne jest to, że po kontuzjach, operacjach, zawsze z Mateuszem wracamy. Gdy po powrocie wyjdziesz na mecz, bardzo to doceniasz. Przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy, ile musisz poświęcić, żeby znowu wyjść na boisko. Tylko nasza rodzina wie, ile w to włożyliśmy siły i jaka jest radość po takim meczu.

Rozmawiał JAKUB BIAŁEK

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (4)