„Żałuję, że nie dobiłem do 70 bramek”. Saviola spod Koszalina
Weszło

„Żałuję, że nie dobiłem do 70 bramek”. Saviola spod Koszalina

Sześćdziesiąt siedem bramek pomogło zrobić awans z okręgówki, w IV lidze forma podtrzymana: jedenaście goli w osiem kolejek. Wiktor Sawicki, dwudziestodziewięcioletni napastnik Darłovii Darłowo, to snajper co się zowie. Dlaczego mimo marzeń o Ekstraklasie i wielkiej determinacji nie przebił się wyżej? Czy wciąż liczy na szansę, czy nie ma złudzeń? Co dał mu futbol, a jakie lekcje dają niższe ligi? Zapraszamy do kolejnego odcinka cyklu PowiatBet ETOTO, w którym przyglądamy się blaskom i cieniom czwartoligowych muraw. 

***

Wiktor, zdradźmy czytelnikom trochę kuchni: ciężko się było z tobą umówić na wywiad.

Sam robiłem takie żarty: dawaj, zadzwonimy do kogoś. Podawaliśmy się za prezesa klubu, który widział czyjś mecz, chciał zaproponować umowę. Z reguły jest tak, że przez pierwszą minutę jest niedowierzanie, a potem sam się nakręcasz, bo chcesz uwierzyć.

Taka szyderka jest potrzebna w szatni, działa rozluźniająco na zespół, przestajecie się spinać, co potem też przekłada się na boisko i zrozumienie na nim. Każdy musi wiedzieć po co się spotykamy i po co wychodzimy na mecz, ale śmiech i żarty są nieodzowne – piłka ma sprawiać przyjemność. Wtedy gra się najlepiej. W każdej szatni, w której byłem, znalazło się ze trzech, czterech „atmosfericiów”, są nieodzowni.

Ile dokładnie bramek strzeliłeś w minionym sezonie?

Okręgówka plus rozgrywki pucharowe – razem sześćdziesiąt siedem.

W każdej lidze ciężko tyle strzelić. Co było twoim sekretem?

Sam się zastanawiam. Wydaje mi się, że jestem w takim wieku, że procentuje doświadczenie ze wszystkich lat spędzonych na boisku. Umiałem znaleźć się tam, gdzie trzeba, żeby pomóc drużynie. Na moje gole pracował cały zespół, akcje bramkowe nie zaczynają się w polu karnym.

Często znajomi pytali: z kim gramy w najbliższą sobotę? Śmiałem się, że nie wiem, bo wiem tylko, co mam zrobić: włożyć kolejne bramki i skasować trzy punkty. Postawiliśmy sobie wszyscy razem jasny cel, wydostać się z okręgówki, każdy mecz był tak samo ważny, na każdego była ta sama motywacja i udało się. Jedyne co mam sobie do zarzucenia, to że w ostatnim meczu, który wygraliśmy 10:1, tylko jedną strzeliłem. Przyznam, że chciałem przekroczyć barierę siedemdziesięciu bramek i pluję sobie w brodę, że się nie udało.

Screen Shot 09-26-19 at 03.00 PM

Źródło: 90minut

Rywale spinali się na ciebie?

Tak, to normalne. Nie mam problemu z twardą grą, to jest futbol nie szachy. Ale co innego twarda gra i próba wytrącenia z równowagi, a co innego chęć zrobienia krzywdy, żebyś już nie zagrał.

Takie akcje się zdarzały?

Niektórzy wchodzą na boisko wyżyć się, wyładować emocje. Jasne, gramy, walczymy, ale podstawą musi być wzajemny szacunek, pewne rozsądne ramy tej walki, tak by nikomu nie groziła utrata zdrowia. Każdy jest człowiekiem, ma swoje życie poza boiskiem, rodzinę, pracę. Tymczasem choćby mecz z Błoniami Barwice… Nogi latające na wysokości kolan.

Ile im strzeliłeś?

Dwie albo trzy, nie pamiętam. W żadnym meczu poza ostatnim nie strzeliłem mniej niż dwóch bramek.

Wiktor, gdzie pracujesz?

Od pięciu lat w branży, w której kierunku kształciłem się na Politechnice, czyli wentylacyjno-klimatycznej. To praca biurowa, więc nawet, gdy miałem kontuzję mięśniową grając na poziomie III ligi, mogłem pracować, ale też nie jest tak, że nie wpłynęło na moją dyspozycję: chodziłem o kulach, ból dokuczał każdego dnia. Niemniej oczywiście – o wiele gorzej byłoby, gdybym miał pracę fizyczną. Al przecież są chłopaki, które właśnie taką pracę mają i też ktoś im w weekend przejedzie po piszczelu.

image2

Podobno jesteś wielkim fanem Roberta Lewandowskiego, podpatrujesz jego grę.

Wiadomo, że to piłkarz światowej klasy, a ja gram w czwartej lidze, ale tak, uważam, że jeśli podpatrywać, to najlepszych. Ciekawe jest to, że pod względem parametrów fizycznych – wzrost, waga – jesteśmy bardzo podobni.

I co jako znawca Lewego powiesz o jego warsztacie?

Przede wszystkim gra tyłem do bramki, ustawienie się no i siła. Dzięki temu Robert pozwala zespołowi utrzymać piłkę, daje nowe opcje, możliwość podejścia, odgrywania. Gra na połowie przeciwnika jest płynniejsza.

Masz wrażenie, że Robert zmienił mentalność polskich piłkarzy?

Jesteśmy takim narodem, który nie do końca wierzy w siebie. Myśli się: jestem Polakiem, to może mi się nie należy, może nie dam rady. On pokazał, że my też możemy coś osiągnąć. Dalej to pokazuje. Sam przyznawał jednak, że Niemcy pomogli mu uwierzyć w siebie. Przestał się bać. A także mówił, że jeśli coś ma, to nie dlatego, że to dostał, ale że na to ciężko zapracował. Z tego też płynie mocniejsza psychika. Jest w trójce najlepszych napastników świata, zdecydowanie najlepszym w Bundeslidze – jego kroki były zarazem wielkimi krokami całej polskiej piłki.

Na ciebie mówią Saviola, oczywiście przez pryzmat nazwiska, ale może jego też podpatrywałeś?

Z młodzieńczych lat na pewno, był to jeden z idoli, ale nie podpatrywałem go, jeszcze nie ten czas.

Ty zawsze miałeś smykałkę do bramek?

Właśnie nie. To się zmieniło jak wróciłem do Darłowa, którego jestem wychowankiem. Wcześniej sporo grałem na skrzydle. Do Darłowa szedłem z myślą: okej, wystarczy tej piłki. Byłem po grze w trzecioligowym Bałtyku, uznałem, że trzeba skupić się na pracy. Uznałem, że fajnie będzie jeszcze pomóc swojej Darłovii, ale nie spodziewałem się, że to tak będzie wyglądać. Okazji zawsze miałem sporo, teraz gdzieś pojawił się ten spokój i trafiam.

W tym roku skończysz 29 lat. Późno, żeby jeszcze się przebić gdzieś wyżej. Jak patrzysz z perspektywy na swoją przygodę?

Płynie z niej lekcja: nie ma w piłce nic ważniejszego od podejmowania właściwych wyborów. Problem w tym, że dla każdego ten wybór może być inny, nie ma jednej drogi. Ja starałem się patrzeć zawsze przez ten pryzmat, by iść tam, gdzie będę mógł liczyć na rozwój i regularnego grania, a nie na przykład pieniędzy. Dobre założenia? Pewnie tak. Czy zawsze jednak oceniałem wszystko prawidłowo? Nie wiem.

Prawda jest taka, że dzisiaj najłatwiej przebić się przez akademię uznanego klubu. Ty jednak jesteś wychowankiem Darłovii, nie było wtedy zapytań z mocniejszych ośrodków, jeszcze w juniorskim wieku?

To były takie czasy, że akademie dopiero startowały. Ja też zacząłem grać w klubie dopiero w wieku juniora młodszego, a do Darłovii zabrał mnie mój w-fista. Wcześniej trenowałem siatkówkę, którą uprawiał też mój tata. Mieliśmy nawet sukcesy, mistrzostwo województwa, całkiem to szło.

To dlaczego nie zostałeś w siatkówce?

Bo nie dawała mi takiej satysfakcji jak piłka. Dość szybko przeszedłem z Darłovii do konkurencyjnego Sławna. Było wtedy sporo nieprzychylnych opinii w mieście: a, idzie do Sławna, ważniejsze jest dla niego to czy tamto. Ja po prostu chciałem iść w górę. Ze Sławnem zrobiliśmy trzecią ligę, to był mocny klub, z piłkarzami z przeszłością w Ekstraklasie, pierwszej lidze. Miałem dwadzieścia lat, byłem w III lidze, łapałem sporo minut. Wierzyłem, że rozwinę się i sam trafię do Ekstraklasy.

Jak bardzo mocna była ta wiara?

Bardzo. Pamiętam po meczu z Olimpią Sztum podszedł do mnie menadżer, wziął numer, powiedział, że mam potencjał. Potem zadzwonił i trafiłem do Młodej Ekstraklasy Lechii Gdańsk na testy. Pomyślałem: pojadę, pokażę się, dajcie mi tylko zagrać mecz, sparing, cokolwiek. Już się tam widziałem, wierzyłem, ze marzenia się spełnią. Ale testy trwały trzy dni, a my nie zagraliśmy przez ten czas żadnej gierki. Z perspektywy zastanawiam się – jaki sens miał ten wyjazd. Ale Lechia wtedy testowała chłopaków z III ligi masowo.

Były kolejne szanse?

Później z trzecioligowej Gwardii Koszalin dostałem zaproszenie z Pogoni Szczecin. Jechałem razem z Adamem Frączczakiem i Łukaszem Kosakiewiczem. Zagraliśmy test mecz zimową porą. Później przyszło kolejne zaproszenie, ale akurat… siedziałem w pociągu do Rzeszowa, gdzie jechałem na testy do Resovii. Tłukłem się siedemnaście godzin z Koszalina, zaliczając po drodze przesiadkę za przesiadką. Na miejsce dojechaliśmy z kolegą z Gwardii o 5, kilka godzin snu, obiad, i 16 mecz. Wypadłem dobrze, ale trener powiedział:

– Wiesz co, dobrze wyglądasz, umiesz grać w piłkę, ale to jednak bardzo daleko od domu, jakbyś mieszkał gdzieś bliżej i mógł dojeżdżać, czemu nie.

Żałuję tej Pogoni, skoro zaprosili drugi raz, mogłem się spodobać, ale przepadło. Później już takich szans nie było, czas leciał, a dla nikogo nie płynie szybciej, niż dla młodego piłkarza. Jak skończyłem 23 lata, zaproszenia przestały się pojawiać.

To taki wiek, po którym będąc w niższej lidze nie ma się już praktycznie szans na to, by trafić wyżej?

Nie, to przesada. Znam wielu zawodników, którzy wybili się z niższych lig, startując późno – choćby Adam Frączczak czy Rafał Siemaszko, przeciwko któremu grałem gdy występował w Orkanie Rumia. Natomiast nie ukrywajmy, poza dobrą grą, potrzeba też szczęścia, a czasem też znajomości. Nie mówię tego broń Boże w kontekście tych graczy, tylko ogółem. kto grał niżej, ten rozumie temat. Są też regiony, w których łatwiej się wybić, wpaść w oko skautów, niż ziemia koszalińska.

Wiktor, a co dał ci futbol?

Bardzo wiele. Pokazywał mi, że zawsze trzeba dążyć do tego, czego się chce. Nauczył mnie nie odpuszczać, nauczył walczyć o swoje. Nikt przed tobą nie rozwinie czerwonego dywanu, tak na boisku, jak i w życiu.

Ale w futbolu to podejście mimo wszystko nie dało ci tego, na co liczyłeś.

Nie muszę zagrać na najwyższym poziomie, żeby futbol mnie czegoś nauczył.

Kursy na mecz Darłovii w ETOTO: Darłovia Darłowo 1:60 – remis 4.05 – Olimp Gościno 3.75

Ważne jednak chyba, że w pewnym momencie poszedłeś na Politechnikę, masz drugą ścieżkę.

To rodzice chcieli, żebym na nią szedł, ja chciałem całkowicie postawić na sport, a na studia iść na AWF. Tam tez mogłoby wyjść w porządku, ale nie ukrywam: pierwsze pół roku na inżynierii środowiska chodziłem dla rodziców, potem mnie to wciągnęło. Jest to kierunek mocno przyszłościowy w obliczu obostrzeń energii odnawialnych. Cieszę się, że się tym zajmuję i lubię swoją pracę, realizuję się w niej.

Podobno nie chcesz odejść z Darłowa, mimo ciekawych ofert. To również ze względu na pracę?

Poniekąd tak. Oferty były, ale żadna taka, która sprawiałaby, że chciałbym zostawić swoją pracę i zająć się tylko graniem. Czasem odzywa się we mnie głos: a może spróbować jeszcze raz? Może postawić na jedną kartę? Ciężko jest łączyć granie z pracą, pamiętam w III lidze, w Bałtyku, codzienne treningi, a pracę kończyłem o 16. Siedem dni w tygodniu napięty grafik, zacząłem to odczuwać fizycznie, no i brakowało tego czasu spędzonego z rodziną.

Jaki był najgorszy moment twojej przygody z piłką?

Pomorze Potęgowo, III liga, odsuwanie od składu i brak płatności. Jeździłem sto kilometrów w jedną stronę na treningi, a nie dostawałem przez kilka miesięcy nic. Potem pożyczałem pieniądze od rodziców. Potem klub zbankrutował, zostałem na lodzie, to są długi są nie do odzyskania.

W Bałtyku zagrałem z rezerwami Lechii, a akurat trwała przerwa reprezentacyjna, więc zeszła cała śmietanka z pierwszego zespołu. Nasz trener mówił:

– Chłopaki, przeciwko nam gra 220 tysięcy złotych miesięcznie.

Wyszliśmy i grało nam się dobrze. To są takie mecze, w których myśli się: kurczę, oni nie grają jakiegoś niesamowitego poziomu, to jest osiągalne. A potem zadajesz sobie pytanie: co by było, gdybym mógł skupić się tylko na piłce, mógł bardziej zbudować się fizycznie, miał takie treningi, takie warunki, taką odnowę biologiczną? Wyszedłem w tym meczu sam na sam, szedłem praktycznie od połówki. Wtedy strzelił mi mięsień dwugłowy. Jeszce dziesięć kroków zrobiłem, próbowałem strzelić, ale upadłem – w pierwszej chwili wszyscy w śmiech. Potem mnie znieśli na noszach. Za chwilę Lechia strzeliła, 0:1, po wszystkim. Gdy to teraz wspominam, tym bardziej odzywa się we mnie myśl, że piłkarsko nie jestem nasycony.

Jak ci idzie w tym sezonie?

Na tą chwilę licznik zatrzymał się na jedenastu bramkach.

Screen Shot 09-26-19 at 02.59 PM

Źródło: 90minut

W Darłovii strzeliłeś już grubo ponad sto bramek.

Ponad sto pięćdziesiąt. Fajnie, bo to klub, z którego wyszedłem, miasto rodzinne. Sąsiedzi zagadują rodziców, cieszą się z moich bramek. Na trybuny przychodzą znajomi. Ja po meczu mogę zostać na kawkę u rodziców, pójść na spacer. Darłowo to mała miejscowość, wszyscy się tu znają.

image3

A jak twoja druga połówka reaguje na piłkarską pasję, nie mówi, żebyś był częściej w domu?

Nie, ona jest zapaloną fanką piłki, ogląda wszystkie mecze Barcelony i Manchesteru City. Jak przebąkuję czasem, że może to już czas przybić buty kołkiem do ściany, mówi:

– Co ty gadasz, nie ma takiej możliwości.

Lubi oglądać moje mecze, a mnie też uskrzydla, że Kasia jest z boku, ogląda, czuć to wsparcie. Jest i w gorszych, i lepszych momentach, to bardzo ważne.

Rozmawiał Leszek Milewski

Fot. PawełBreszka/nadesłane przez Wiktora Sawickiego

KOMENTARZE (4)