Czy bolączki Evertonu doczekają się recepty?
Anglia

Czy bolączki Evertonu doczekają się recepty?

W ostatnich pięciu latach bilans transferowych przychodów i wydatków z większym minusem zamykają tylko trzy ekipy – Manchester City, Manchester United i Arsenal. Na przestrzeni ostatniej dekady – pięć. Trzy razy mniejszego wykazuje w ostatnim dziesięcioleciu Tottenham, który zdążył być wicemistrzem Anglii i finalistą Ligi Mistrzów. Everton jednak cały czas nie potrafi doszlusować do czołówki. Przez czternaście ostatnich sezonów nie udawało się The Toffees wkręcić do Top Four, przez pięć ostatnich – nawet do Big Six. A przecież za cztery lata zespół przenosi się na piękny, nowy obiekt wart pół miliarda i chciałby to robić jak Tottenham – jako członek elity, a nie jedynie wannabe.

Tylko że jeśli była w niebieskim narodzie z Merseyside rozpalona wiara, że teraz będzie inaczej niż zwykle, to błyskawicznie została mocno przygaszona.

Potęgowane jeszcze tym, że scenariusz początku sezonu 19/20 był przecież rozgrywany już i w poprzednim roku, i dwa lata temu. Everton zaczyna niemrawo, osiąga wyniki poniżej potencjału, od początku musi gonić. Dwa lata temu po pięciu kolejkach był w strefie spadkowej, dopiero po piętnastu seriach wykaraskał się z dolnej połówki tabeli. Rok temu w analogicznym do obecnego punkcie sezonu miał zaledwie 1/3 punktów możliwych do zdobycia i zajmował 12. miejsce.

I nie zmienia się nic – można by zacytować klasyka. Punkt więcej, dwie pozycje niżej, kolejny żwawy jak sprint 70-latka z artretyzmem start rozgrywek jest faktem.

eve tabela

– Tak łatwo kreuje się kryzys w Evertonie, to takie proste – narzeka Marco Silva. Ale tylko patrząc przez okulary bardziej różowe, niż te zakładane z lubością przez Eltona Johna, można powiedzieć, że jest okej. Ogień trawiący dom znanego z memów psa popijającego kawkę nie zgaśnie, gdy ten stwierdzi: this is fine, wszystko jest w porządku.

This WAS fine. Było w porządku, gdy kończył się ubiegły sezon. Everton, owszem, zaczął go w złym stylu, ale wiosną potrafił na przestrzeni kilku tygodni ograć do zera Chelsea, Manchester United i Arsenal, wcześniej będąc ostatnim zespołem, który urwał punkty Liverpoolowi w lidze. Jak się później okazało – decydujące w kwestii tytułu mistrzowskiego.

Gdyby stworzyć tabelę za osiem ostatnich kolejek ligowych, Everton z 17 punktami (5 wygranych, 2 remisy, 1 porażka) byłby w niej trzeci, jedynie za – co oczywiste wobec ich kompletu zwycięstw – Liverpoolem i Manchesterem City.

Zrzut ekranu 2019-09-25 o 14.40.56

Atuty i niedoskonałości były wtedy widoczne gołym okiem, ale tych pierwszych było znacznie więcej. Jak przez cały sezon był problem z wygrywaniem poza domem (5 zwycięstw na 19 meczów), z czym zresztą zmagali się też wcześniej Ronald Koeman czy Sam Allardyce. Ale za to obrona spisywała się na medal (8 czystych kont w 11 ostatnich meczach, z czego 4 z zespołami Big Six), a Goodison Park stał się prawdziwą twierdzą. Od kiedy w Liverpoolu wygrał Manchester City, Everton nie tylko nie przegrał, on nie stracił u siebie nawet gola.

Od zawsze mówi się, że Goodison Park to dla zawodników gości jeden z najtrudniejszych obiektów. Położone bardzo blisko linii autowej trybuny potrafią „zjeść” pewność siebie niejednego kozaka i tak jak na większości obiektów w Premier League najgłośniej jest w momencie pierwszego gwizdka, tak tam atmosferę napędza gra drużyny. David Moyes miał swego czasu przykazywać zawodnikom, by po rozpoczęciu spotkania jak najszybciej dostali się w okolice pola karnego i wywalczyli rzut rożny. By złapali kibiców na przynętę nadziei, która doda mocy ich gardłom.

Ci sami kibice już w trzecim spotkaniu żegnali swoich piłkarzy gwizdami. W dodatku wściekli, że Marco Silva bije swoim zawodnikom brawo po 0:2 z Sheffield United.

Był to 21. mecz pod wodzą tego szkoleniowca, w którym Everton jako pierwszy stracił gola. I 21. przypadek, kiedy nie udało się takiego spotkania wygrać. To główny zarzut kierowany w stronę Silvy. Tym bardziej zdecydowanie, że w tym sezonie Everton trzy razy tracił już gola jako pierwszy i wszystkie te mecze wtopił. Ogółem siedemnaście razy w takiej sytuacji przegrywał, a tylko czterokrotnie remisował. Ligowa średnia – 11% meczów wygranych przez ekipy z Premier League mimo utraty pierwszej bramki – jest więc przez niego zdecydowanie zaniżana.

– To wynika z kruchości jego zespołu, z braku wiary w sukces. Frustruje mnie to, więc musi też frustrować kibiców Evertonu – stwierdził podczas twitterowego Q&A Gary Neville. Frustruje także samego Silvę, czego wyraz dał na konferencji prasowej po meczu z Sheffield. – Nie możemy się chować, musimy pokazać charakter, osobowość. Niestety, są momenty, gdy tego nie widać. Nie chcę, by ktokolwiek się chował. To czas, by grać w piłkę i brać odpowiedzialność za wynik.

Rzecz w tym, że zawodnicy Evertonu – jak czytamy w tekście Grega o’Keffee’a dla The Athletic – wychodzą na każdy kolejny mecz z obawą, że gdy stracą gola, nie będą w stanie wrócić do gry. Nie wierzą za bardzo, a z każdym kolejnym przegranym tak spotkaniem tej wiary będzie jeszcze mniej. Samonapędzająca się katastrofa.

Trudno jednak się dziwić niewierze, skoro od dwóch lat nieskutecznie poszukiwany jest napastnik mogący choćby zbliżyć się do wyników Romelu Lukaku. Przez ostatnie dwa lata najlepszymi strzelcami zespołu byli bowiem najpierw ofensywny pomocnik Gylfi Sigurdsson, a później nominalny skrzydłowy Richarlison.

Moise Kean jednak dopiero uczy się Premier League i choćby w starciu z Sheffield United było widać, jak jeszcze odbija się od ciosanych z najtwardszych materiałów stoperów i jak dużo pracy przed nim, by okazywać się od nich sprytniejszym.

A Dominic Calvert-Lewin, z którym nadzieje wiążą nie tylko ludzie na Goodison Park, ale i fani reprezentacji Anglii pragnący dla niej jak najjaśniejszej przyszłości? Cóż, dość powiedzieć, że choć debiutanckiego gola w Premier League zdobył już ponad dwa i pół roku temu, wciąż ma w tych rozgrywkach mniej trafień niż w reprezentacji Anglii U-20 i U-21. Że trafienie z Bournemouth w piątej kolejce przyszło po ponad szesnastu godzinach bez strzelonej bramki. Kevin Kilbane, były pomocnik The Toffees mówi wprost: – Lubię Calverta-Lewina, ale nie wygląda na napastnika, który zdobędzie 20 i więcej goli w sezonie. A takiego Everton potrzebuje, by wejść do Big Six.

I tak naprawdę trudno powiedzieć, czy Kilbane ma rację, czy może po prostu Calvert-Lewin nie jest wykorzystywany w taki sposób, by mógł dość bramek zdobywać. U Marco Silvy ma bardzo dużo zadań w rozegraniu, przez co nie raz i nie dwa brakuje go w polu karnym. Delikatnie rzecz ujmując zaskakująca jest statystyka, wedle której tyle samo kontaktów z piłką w polu karnym przeciwnika ma w tym sezonie stoper Southampton Yannik Vestergaard (po 12). Z drugiej strony jednak mając 13 „big chances”, czyli naprawdę dogodnych okazji do zdobycia gola w poprzednim sezonie, Calvert-Lewin wykorzystał zaledwie 4. Czyli 30,8% przy średniej ligowej na poziomie 39,7%. I o ile jego egzekucja głową jest znakomita (5 z 7 ostatnich bramek po strzałach głową), to wykończenie na ziemi kuleje, i to mocno.

Kuleje też w tym sezonie jakość oddawanych przez Everton strzałów. Co Michael Cox – taktyczny guru, autor m.in. bloga Zonal Marking czy książki o historii taktyki w Premier League – zrzuca na karb niedostatecznie dopracowanych schematów w ofensywie. The Toffees owszem, oddali 79 uderzeń, co jest 9. wynikiem w lidze, ale mają dopiero 14. współczynnik xG (7,57) i tylko 20 celnych uderzeń, co plasuje ich na 17. miejscu w lidze. Dużo jest prób z nieprzygotowanych pozycji, wynikających z trudności z uzyskaniem takich bardziej korzystnych. Procentowo tylko Newcastle i Leicester oddały mniej uderzeń z pola bramkowego rywali niż Everton. U „Srok” to 1,6% wszystkich uderzeń, w przypadku Leicester – 2,5%, u Evertonu – 3,8%. Żaden z trzech strzałów The Toffees z „piątki” przeciwników nie okazał się jeszcze celny.

Kolejnym zarzutem stawianym Marco Silvie jest też nieumiejętne korzystanie ze zmienników. Wskazuje się choćby sytuację z meczu z Bournemouth, gdy wynik wciąż był na styku, na tablicy widniało 1:1. Eddie Howe zadziałał szybko, wpuścił Ryana Frasera, ten strzelił na 2:1. W tym samym czasie w obozie Silvy dopiero szykowane były dwie korekty, przy linii grzali się Kean i Bernard. Weszli cztery minuty później, by być świadkami szybkiego gola na 3:1, który zabił mecz.

Od kiedy Silva jest w Evertonie – a więc od 44 meczów ligowych – tylko sześciokrotnie jego rezerwowi strzelali gole. Przypadki, gdy przechylali losy meczu są doprawdy sporadyczne. Szkoleniowiec zdaniem kibiców jest człowiekiem za spokojnym, niepotrafiącym natchnąć zespołu w szatni.

A to nie wszystkie z chorób trawiących Everton. Marco Silva sam nazywał „dużym ryzykiem” fakt, że po okienku transferowym zostało w klubie zaledwie trzech stoperów – Yerry Mina, Michael Keane i Mason Holgate. Klub jednak długo wierzył w pozyskanie na stałe Kurta Zoumy, przez co zaniedbał temat i ostatecznie został z niczym. No i na przykład mecz z Bournemouth bardzo mocno obnażył słabości Evertonu – każdej bramki przy lepszej obronie (czyt. takiej jak ta z końcówki sezonu 18/19) dałoby się uniknąć. Trzeba jednak znów tę solidność wypracować, jednocześnie nie zaniedbując porannej i wieczornej modlitwy. No bo jak przyjdą kartki czy kontuzje, trzeba będzie na szybko szukać zastępstwa w zespole U-23 lub przekwalifikowywać kogoś na siłę.

Jakby defensywnych zmartwień było mało, od początku poprzedniego sezonu – co pokrywa się z zatrudnieniem Silvy – żaden inny zespół nie stracił też tylu goli po stałych fragmentach gry. The Toffees dali ich sobie wbić dwadzieścia. Co gorsza dodatkowe sesje treningowe dedykowane obronie przy rzutach wolnych i rożnych zdają się mieć efekt odwrotny do zamierzonego, a dziennikarze blisko przyglądający się zespołowi z Goodison Park tu i ówdzie mogą usłyszeć, że zawodników te ćwiczenia zwyczajnie męczą. Tak jak choćby konieczność spania w hotelu dzień przed wszystkimi meczami. Również tymi domowymi.

A jednocześnie piłkarze wcale nie mają być przekonani do tego, że zmiana szkoleniowca to najlepsze rozwiązanie. Bo to nowy sztab, nowe nawyki do wypracowania, czas na dotarcie się. I choć są znużeni długimi zajęciami, to cenią warsztat Silvy. Trudno, by było inaczej. Tego akurat o Portugalczyku powiedzieć nie można – że nie wprowadza jednostek na wyższy poziom. Pod koniec minionych rozgrywek Kurt Zouma wyglądał u niego jak skała nie do ruszenia, to on zaczął w Hull dawać szanse Harry’emu Maguire’owi, dziś najdroższemu obrońcy na świecie. Pod jego skrzydłami rozkwitła kariera Andy’ego Robertsona, ostatni rok był też zdecydowanie najlepszym w karierze dla Idrissy Gueye. Dziś już zawodnika PSG, co też oczywiście nie pozostaje bez wpływu na grę w obronie Evertonu i bilans obrona/atak, który bardzo mocno kuleje.

No i dzięki temu, że poza Liverpoolem nikt inny w lidze nie ustrzegł się przynajmniej dwóch wpadek, dystans do trzeciego Leicester to wciąż tylko cztery punkty. Stąd też tak trudno wskazać receptę. Czy byłoby nią trzęsienie ziemi, które może więcej zburzyć niż pomóc zbudować, czy może szkoleniowiec, który tak długo nie potrafi na dobre znaleźć remedium na największe bolączki, na czele z formą wyjazdową i odrabianiem tych nieszczęsnych strat.

SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl, statystyki za: Opta, WhoScored, Premier League

KOMENTARZE (0)