Gdy porażka wchodzi w nawyk. Jak Manchester United spadł z ligi
Weszło

Gdy porażka wchodzi w nawyk. Jak Manchester United spadł z ligi

Im większe sukcesy osiągnąłeś, tym trudniej odejść od sprawdzonych metod. W tym sensie sukces zaciemnia obraz. Potęga staje się więzami, a o zmianę i nowy kierunek tym ciężej.

Wiedzą o tym dobrze w Manchesterze United. Zaledwie sześć lat po zdobyciu Pucharu Europy – uczynili to jako pierwszy angielski zespół – Czerwone Diabły, ligowy gigant i bogacz, spadły z First Division.

***

Porażka wchodzi w nawyk.

Wille Morgan, Manchester United 1968-1975.

***

Humor futbolowych bogów jest nie do przecenienia: twórca potęgi Manchesteru United, Matt Busby, jako piłkarz występował tylko w dwóch drużynach: Manchesterze City i Liverpoolu. Facet, który grał dla dwóch największych wrogów United, Czerwone Diabły prowadził blisko ćwierć wieku, sięgając z nimi szczytów.

W 1956 odrzucił ofertę prowadzenia Realu Madryt. Ówczesny prezydent Królewskich, Santiago Bernabeu, powiedział Busby’emu:

– Choć do nas. Prowadzenie Realu to jak zarządzanie rajem.

Na co Busby odparł:

– Moim rajem jest Manchester.

W 1958 Busby przeżył katastrofę lotniczą w Monachium. Siedmiu jego podopiecznych miało o wiele mniej szczęścia. Dwóch, choć przeżyło, nigdy nie wróciło na boisko.

Dziesięć lat po katastrofie Manchester United zostało najlepszym zespołem Europy. Kapitanował drużynie Bobby Charlton, kolejny ocalony. Futbol rzucił właśnie na kolana George Best, wówczas 22-letni, tak efektowny dzięki bajecznej technice, co skuteczny: w tamtym sezonie strzelił trzydzieści dwie bramki. „France Football” wybrało go najlepszym piłkarzem kontynentu.

Zespół był jedną wielką maszyną do strzelania bramek: poza Bestem jeszcze czterech zawodników strzeliło więcej niż dyszkę, w tym Charlton dwadzieścia.

Tylko jeden zespół w Pucharze Europy zdołał pokonać Manchester United w tamtym sezonie: Górnik Zabrze.

Screen Shot 09-23-19 at 10.04 AM

 ***

Jak ważne było dla Anglików, że wreszcie angielski klub wygrał Puchar Europy? A tak, że Matt Busby stał się Sir Mattem Busbym.

Dobijał do sześćdziesiątki, ewidentnie nosił się z zamiarem zostawienia ławki trenerskiej na rzecz młodszych i gdyby to zrobił wtedy, tuż po największym do tamtej pory triumfie ekipy z Teatru Marzeń, byłoby to symboliczne. Definicyjny przykład schodzenia ze sceny wtedy, kiedy jest się na szczycie.

A tak Busby skończył rok później, po przegraniu Pucharu Interkontynentalnego z Estudiantes, po zajęciu jedenastego miejsca w lidze i rodzimych pucharowych – wybaczcie – wpierdolach. Cóż, życie to nie Hollywood.

Mało tego: Busby rzucił trenerkę tylko na pół roku. Wiadomo, że kto by nie wchodził w jego buty, stałby na koszmarnej pozycji, ale umówmy się: Manchester United wciąż miało TAKĄ pozycję. Mogło kusić wielkich trenerów. Po latach okazało się, że chrapkę na prowadzenie Czerwonych Diabłów miał sam Brian Clough, inna legenda, wtedy trzydziestokilkuletni wonderkid trenerki. Ale zamiast tego robota marzeń, ale i wyzwanie wszech czasów, przypadło Wilfowi McGuinessowi.

Co? Nie słyszeliście nigdy?

Kojarzy wam się głównie z irlandzkim browarem?

Nic dziwnego: z McGuinessa żaden Helenio Herrera. Kiedyś trenował pod Cloughem jako piłkarz, ba, gdyby nie kontuzja, leciałby feralnym samolotem w noc katastrofy. W momencie objęcia asów Old Trafford miał jednak 31 lat i ZERO sukcesów trenerskich, bo prowadził tylko rezerwy.

Jak ten człowiek miał okiełznać George’a Besta?

Co zaskakujące, taką decyzję podjął sam Busby, idąc w dyrektory. Po latach żałował, że nie dał tej fuchy Bobby’emu Charltonowi. Charlton wciąż dawał bardzo wiele jako piłkarz, ale z drugiej strony – mógł być grającym trenerem. W tamtych czasach podobne historie zdarzały się nawet na tak wysokim szczeblu. Inna sprawa, że Charlton, gdy już zawiesił buty na kołu, wiele jako trener nie osiągnął, ale fakt faktem – był naturalnym autorytetem do tej szatni, znał też warsztat Busby’ego jak nikt. Mógł dołożyć swoje i zostać kontynuatorem.

Wilf McGuiness próbował stawiać na swoich ludzi, juniorów i graczy rezerw, których dobrze znał, a którzy byli gotowi bić się za niego na całego, ale tym samym krzywo zaczęła na niego patrzeć stara gwardia. Nie pogodził wody z ogniem. Nie dał rady dokonać zmiany, która wymaga marginalizowania gwiazd, a zarazem szukania nowych materiałów na nie – dwa piekielnie trudne zadania jednocześnie.

Po raptem pół roku Matt Busby musiał wrócić na ławkę, by ratować sezon – dzwonem pożegnalnym dla młodego było 0:4 z Manchesterem City.

McGuiness po United nie osiągnął nic.

***

Nie ma w futbolu nic bardziej niebezpiecznego, niż starzejący się gwiazdor, który wie, że się starzeje, ale nie chce się z tym zmierzyć.

Willie Morgan.

***

W sezonie 71/72 Manchester United postanowiło postawić na kogoś z zewnątrz. Pomysł na to, by wyznaczyć kontynuatora myśli Busby’ego został spalony: pytanie czy nie za szybko? Czy to, że McGuinessowi się nie udało, oznaczało, że nikt inny nie dałby rady?

Frank O’Farrell był człowiekiem z trenerskiej karuzeli, prowadził wcześniej Leicester City, które wprowadził do First Division, a potem uczynił z nich rewelację ligi. Był opcją, która mogła wypalić – trener mający pozycję, na wznoszącej, bezapelacyjnie utalentowany.

I początkowo wydawało się, że to faktycznie wypali. Do 4 grudnia mieli czternaście zwycięstw. Grali jak z nut. A potem stało się niewytłumaczalne. Przez trzy miesiące strzelili sześć bramek.

Screen Shot 09-23-19 at 06.36 PM

O’Farrell wykaraskał się z tej formy pod koniec sezonu, Manchester United skończyło jednak znowu na ósmym miejscu, czyli znów poniżej oczekiwań. Gdy wszystkim wydawało się, że gorzej być nie może, że O’Farrell zrozumiał gdzie błądził i będzie lepiej, przyszedł sezon 72/73, w którym Czerwone Diabły przez pierwsze dziewięć kolejek nie wygrały meczu i strzeliły zaledwie cztery gole.

Prezesi jeszcze wytrzymali, wyniki nieznacznie się poprawiły, niemniej z naciskiem na „nieznacznie”.

A potem przyszedł 16 grudnia 1972 roku. Manchester United, niedawni Królowie Europy, oberwali 0:5 od Crystal Palace.

Dziennikarz Jimmy Hill powiedział o Czerwonych Diabłach z tego meczu, że nigdy nie widział drużyny, która miałaby mniej zaangażowania w mecz.

Palace nie tyle wygrało, co zabawiło się jak z dzieciakami na podwórku. O’Farrell był skończony. Klub, który miał jednego trenera przez ponad ćwierć wieku, szykował się do kolejnej zmiany.

Nie da się obronić takiej dyspozycji, jaką pokazał zespół O’Farrella. Szkoleniowiec odchodził z łatką gościa, który przybył jako obcy, i jako taki wyjeżdża, nie rozumiejąc nic z klubu, którego miał być częścią.

Inni mówili, że działacze, w tym sam Busby, nigdy nie pomogli mu w tym, by stało się inaczej.

***

W tej drużynie jest zbyt wiele primadonn.

Tommy Docherty po objęciu Manchesteru United.

***

Gdy 22 grudnia 1972 roku Tommy Docherty obejmował Manchester United, zespół znajdował się w strefie spadkowej. Niewyobrażalna perspektywa, ale wciąż, to były Czerwone Diabły, klub wielki, marka działała. Dlatego Docherty porzucił w trybie nagłym reprezentację Szkocji, byleby tylko mieć szansę nazwać Teatr Marzeń swoim domem.

Docherty był twardym facetem, wciąż młodym, ale mającym już ciekawe doświadczenia, choćby prowadzenia FC Porto. Udało mu się uratować byt Czerwonych Diabłów, ale problemy były widoczne jak na dłoni:

– Zespół strzelił tylko 42 bramki w 44 meczach sezonu 72/73
– Najlepszym strzelcem został Bobby Charlton, który strzelił raptem sześć bramek
– Charlton, kapitan, kończył karierę, symbolizując zmianę warty.

Wszystko krzyczało, że drużyna potrzebuje zmian i to drastycznych. Pozostawała natomiast do rozwiązania kwestia George’a Besta.

George Best w wieku dwudziestu dwóch lat podbił świat. George Best był tak popularny, że nazywano go piątym Beatlesem. Wieloletni asystent trenerów w Manchesterze United powiedział nawet o Beście, że wszystko byłoby OK, gdyby Best był…

Brzydszy.

A tak, na swoje nieszczęście, był przystojniakiem, który podobał się wszystkim dziewczynom, którego chciano na okładkach wszystkich magazynów, który bez trudu sięgał towarzyskiego szczytu. Jakby był kasztanem, miał aparycję ziemniaka – dano by mu spokój, cieszono się jego grą i koniec. A tak lepił się do niego blichtr.

Best był pierwszym w historii futbolu piłkarzem o celebryckim statusie, ba, mało powiedziane: był pierwszoplanową postacią popkultury. Światowej. Słynny nawet w USA, słynny w Związku Radzieckim, wszędzie.

W tym świetle – świetle reflektorów gdziekolwiek się nie ruszył, świetle umawiania się z najpiękniejszymi kobietami świata, niekończącym się dopływem pieniędzy – mecz ze Stoke potrafi nieco zblednąć.

Screen Shot 09-22-19 at 03.47 PM Screen Shot 09-22-19 at 03.56 PM

Opuszczanie treningów to banał, zdarzało się nieustająco. Best był najlepszy w drużynie nawet prosto z baru, czy nawet po tygodniu w barze. Dziś nie przeszłoby ani na chwilę, wtedy często przymykano oko, bo przecież mowa o największym talencie swojego pokolenia, człowieku, który po odejściu Charltona i zbyt wielu wiosnach Lawa był jedynym w tej kadrze, wokół którego w teorii dało się zbudować wokół niego wybitną drużynę.

Ale do tego potrzebny był zaangażowany, zmotywowany George, a nie George uwikłany w tak absurdalne sprawy, jak rzekoma kradzież futra Miss Świata (zarzuty później oddalono).

W 1972 Best postanowił skończyć karierę. Miał wtedy 26 lat, a postanowił, że rzuca to w diabły. Ostatecznie wrócił po kilku tygodniach, ale to swoje mówi. Zresztą, gdy zapytano go, czy wraca na dobre, odpowiedział:

– Nie wiem.

Był zagubionym człowiekiem. Best w szatni cały czas żył blaskiem minionych lat, nie akceptował nowych, rzadko rozmawiając z tymi, którzy nie stanowili starej gwardii. Koledzy wspominają go jako faceta pełnego pasji do piłki, który się pilnował, i na pewno po pewnym czasie dorobiono brodę jego wyskokom, co nie zmienia faktu, że talent godny kilku największych w historii futbolu w późniejszych latach roztrwonił.

***

Latem sezonu 73/74 nie tylko Tommy Docherty wiedział, że Manchester United potrzebuje zmian, nie tylko on zadawał sobie pytanie: w jakim kierunku to wszystko ma zmierzać. Ale tak naprawdę nikt poważnie nie brał pod uwagę, że znowu Old Trafford będzie areną zespołu walczącego o byt. Miniony koszmar miał być dostateczną lekcją. A jednak najgorsze dopiero miało nadejść.

Święta Trójca, jak nazywano Besta, Lawa i Charltona, rozpadła się na dobre. Charlton skończył karierę. Denis Law został oddany bez żalu, wyrzucony na wolny transfer.

Manchester_The_United_trinity

Następcy? Tak, próbowano, ale młodzi gniewni z juniorów po prostu nie byli tak utalentowani, brakowało też szczęścia czy wyczucia na rynku transferowym. Lou Macari nie był złym piłkarzem, dał drużynie wiele, ale nigdy nie był kimś, kto mógłby pociągnąć zespół tej rangi za sobą – to dobry pomagier, nie lider.

Zresztą, o uchybieniach kadrowych najlepiej mówi fakt, że zespół, który już rok wcześniej skandalicznie mało strzelał, teraz strzelał jeszcze mniej. Ofensywy nie naprawiono w żaden sposób. Jakże wymowne, że do grudnia najlepszym strzelcem zespołu był…

Golkiper Alex Stepney.

Tak: na Boxing Day 1973 liderem klasyfikacji strzelców Manchesteru United był bramkarz (wspólnie z Kiddem i McIlroyem).

Stepney trafił dwa razy, co raz dało  nawet wygraną z Birmingham. Docherty oddelegował go do strzelania karnych, w zasadzie trudno powiedzieć dlaczego, a on sam lata później nie znajdował jasnego powodu. Z perspektywy widać jednak w tym brak zaufania wobec graczy ofensywnych, a może nawet pokazanie wała działaczom, którzy nie zadbali o lepszych skład.

Zespół palił się i walił do tego stopnia, że Docherty łapał się brzytwy, jaką była kolejna szansa dla George’a Besta. Szkocki trener powiedział:

– Nie oczekuję, że będzie Bestem sprzed dwóch lat. Ale wierzę, że może być jeszcze lepszym piłkarzem, niż go znamy.

W szatni zawrzało. Best był jak promień nadziei. Oto wielki piłkarz, wielka firma. Oto ktoś, kto nawet jak nie jest w super formie, to skupi uwagę dwóch, trzech obrońców.

Ale nic się nie zmieniło. Best nie zmienił swoich nawyków, wciąż znikał z treningów. Strzelił dwa gole, co trzeba i tak docenić, zrzucając na karb jego niebywałego talentu, którego przebłyski czasem wciąż prezentował, ale to nie był już wówczas zawodnik mogący odmieniać losy meczów.

Obie jego bramki przyszły w przegranych meczach. Zaliczył w tamtym sezonie dwanaście spotkań.

Pierwszego stycznia 1974 znalazł się poza składem. Docherty wysłał go na trybuny. Best po prostu się zwinął. Wyjechał. Nie powiedział nic. Tyle jego, że ostatni mecz w barwach Manchesteru United zagrał u siebie i w wygranym meczu, co w tamtym sezonie było ewenementem. Przecież Czerwone Diabły rozsiadły się w strefie spadkowej na dobre.

W takiej samej strefie spadkowej rozsiadł się Best, ale to temat na ciut inne opowiadanie. Legenda przetrwała na zawsze, do dziś pod Old Trafford można spotkać taką opinię:

Wiem, że współczesne pokolenia widziały niejednego dobrego piłkarza Manchesteru United. Ale i tak współczuję im – to wszystko było nic w porównaniu z oglądaniem Besta.

***

Patrzeć, jak Denis Law odchodzi… To smutek. Mamy tak wiele wspólnych wspomnień, ale generalnie zawsze, gdy wielki piłkarz kończy karierę, czujesz po prostu wielki smutek.

Matt Busby.

***

Czy pamiętam mecz z Manchesterem City? Pamiętam. Choć bardzo staram się go zapomnieć. Jest stare, mądre powiedzenie piłkarskie: twoi byli piłkarze będą cię później straszyć i nawiedzać.

Tommy Docherty.

***

Wiosna 1974 toczyła się dla Czerwonych Diabłów w filmowy sposób. Było źle, koszmarnie, fatalnie, a potem – dla odmiany – jeszcze gorzej. Kupiono w trybie awaryjnym solidnego snajpera w postaci Jima McCallioga, ale ten, jak rażony unoszącym się nad stadionem fatum, przestał strzelać.

McCalliog lata później powie, że to była najgorsza, najsmutniejsza, najbardziej napięta szatnia, do jakiej trafił, a powietrze w niej dało się kroić nożem. Ci, którzy niedawno rzucali świat na kolana, teraz byli jak wystraszeni i zaszczuci.

Trybuny zapełniały się nawet nie w połowie. Coventry u siebie: 28 tysięcy widzów. Wciąż dużo, ale nie jak na Teatr Marzeń. Ale to był już teatr cudzych marzeń, bo Coventry wygrało 3:2. Dla kibiców Manchesteru United to był teatr upokorzeń: przyjeżdżało znienawidzone Leeds, wygrywało gładko 2:0. Przyjeżdżał kto chciał jak po swoje.

Aż wreszcie, 30 marca 1974, zdarzył się cud. Manchester United zaczął przypominać Manchester United. Wygrał kilka meczów. Wciąż znajdował się w strefie spadkowej, ale złapał kontakt. Miał swój los w swoich rękach.

Remis w meczu z Southamptonem nie przekreślał szans. Wyjazdowa porażka z Evertonem – bolesna, ale jeszcze nie strącająca w przepaść. Bo futbolowi bogowie nie mogli sobie odpuścić, jak zrzucać Manchester United w przepaść, to w szczególny sposób.

Areną Old Trafford. Rywalem Manchester City. Napastnikiem The Citizens Denis Law, oddany bez żalu Król Czerwonych Diabłów, autor 171 bramek dla Manchesteru United, były mistrz kraju, zdobywca Pucharu Europy, zdobywca Złotej Piłki.

Docherty w niego nie wierzył. Choć znali się dobrze, obaj Szkoci, tak pozbył się go obcesowo, jak zbędnego balastu. Prawda, że Law miał liczne kontuzje, prawda, że nie dało się już na nim oprzeć gry. Prawda, że Manchester United należało zmieniać. Ale można było zrobić to z klasą – Law o tym, że zostaje odesłany na zieloną trawkę i kto chce go za darmo, to niech bierze, dowiedział się z telewizji.

Tylko zwycięstwo Czerwonych Diabłów dawało im szanse. Kibice dwukrotnie w pierwszej połowie przerywali mecz wbiegając na boisko. Manchester United był zmotywowany przedłużyć szanse, City wytrzymało napór.

Aż przyszła 81 minuta. Akcja Citizens. Piłka trafia do Lawa. Ten uderza piętką. Trafia do siatki.

I spuszcza Czerwone Diabły do Second Division.

Facet mało nie płacze po tym golu. Nie przyjmuje gratulacji od kolegów, jest prawie zły na siebie. Schodzi z boiska z kamienną twarzą. Zapytany o to jak się czuje z tym, że jego gol zrzucił Manchester United, nie przyjmuje tego do wiadomości, wskazuje inne rezultaty jako decydujący czynnik.

Spytany lata później jak długo przeżywał tą bramkę, spytał ile lat minęło od meczu. Gdy usłyszał liczbę, powiedział:

– No to ma pan odpowiedź.

Ale jak mogło być inaczej, skoro Denis Law, jeden z najlepszych napastników w historii Old Trafford, swojego ostatniego gola w karierze strzelił przeciwko drużynie, którą kochał, a która doprowadziła do największej sportowej klęski w dziejach tej drużyny.

Kibice wbiegli na boisko w 86 minucie. Sędzia nie wznowił już meczu.

Futbolowi bogowie naprawdę umieją w scenariusze.

Screen Shot 09-23-19 at 08.18 PM

***

Czy Manchester United przestanie być wielkim klubem? Nigdy. Możemy jutro na stadionie zrobić pranie, wywiesić koszulki do schnięcia, a i tak przyjdzie piętnaście tysięcy ludzi to oglądać.

Tommy Docherty.

***

Co stało się potem? To, co często dzieje się, gdy spełnia się najczarniejszy z czarnych scenariuszy:

Wychodzi słońce.

Złe już się zdarzyło, a świat kręci się dalej. Jakoś to będzie.

Działacze nie zwolnili Docherty’ego. Choć powodów ku temu mieli multum, ale postawili na stałość, na jakąś próbę konsekwencji. Zespół wygrywał w Second Division, grał też aż miło. Ludzie wrócili na trybuny, a do szatni wróciła radość z grania.

Po roku Manchester United wrócił tam, gdzie jego miejsce. I choć jeszcze nie był na samym topie, choć musiał oglądać plecy innych, choć Docherty wielkiej kariery w United nie zrobił tak pobyt w drugoligowym piekle wcale nie sparzył: dzięki niemu Old Trafford odzyskało godność. Ten spadek też należy do mitologii klubu, która nadaje mu charakter.

Leszek Milewski

PS: Tak, nastąpiła drobna zmiana, z „Poniedziałkowego sparingu” przechodzimy na „Leszek Milewski zaprasza”. Też będą się tu pojawiać wywiady, ale nie tylko: poza nimi tzw researchówki jak dzisiejsza i reportaże.

KOMENTARZE (9)