Klopp uczy Lamparda sztuki wygrywania
Anglia

Klopp uczy Lamparda sztuki wygrywania

Początek kadencji Franka Lamparda na Stamford Bridge odbierany jest ambiwalentnie. Z jednej strony już w tej chwili jasno określił swój pomysł na zespół oparty na wprowadzaniu młodych zawodników i wykreował dwie nowe gwiazdeczki wyspiarskiego futbolu, a z drugiej strony wyniki, które osiąga jego drużyna nie pozwalają na przesadny optymizm. Zupełnie w innej sytuacji znajduje się za to Jurgen Klopp, który w Liverpoolu zaszczepił już swój pomysł i metodykę, a teraz tylko zbiera żniwa swojego geniuszu. I tą różnicę wyraźnie widać było w starciu ekip tych dwóch charakterystycznych szkoleniowców. 

– Chelsea pod wodzą Franka Lamparda to naprawdę ciekawy i perspektywiczny zespół. Potrafią grać przebojowo. Zresztą przypominają mi trochę moją drużynę z Dortmundu, kiedy zaufałem wielu młodym zawodnikom. Wtedy osiągaliśmy sukcesy, a ludzie wokół zawsze mówili o wieku zawodników. Że to wspaniale, iż stawiam na młodzież. Ale oni nie mogli zrozumieć jednego. Ci młodzi zawodnicy grali nie tylko przez wzgląd na swój wiek, a przede wszystkim, ponieważ byli dobrzy. Bardzo dobrzy. I ten sam schemat zaczyna rodzić się w Londynie – komplementował swojego rywala na przedmeczowej konferencji prasowej, Jurgen Klopp.

I choć w słowach genialnego Niemca kryje się dużo racji, bo Lampard faktycznie odkrył dla Premier League wspaniałe ofensywne talenty Masona Mounta i Tammy’ego Abrahama, to nie na razie nie sposób zachwycać się jego systemem, bo jak na razie jego Chelsea nikogo na kolana nie rzuca. O czym najlepiej świadczy fakt, że ekipa ze Stamford Bridge przegrała wszystkie spotkania z silniejszymi rywalami. Począwszy od inauguracji sezonu z Manchesterem United (0:4) przez Superpuchar Europy (2:2, 4:5 w karnych) po otwarcie Ligi Mistrzów z Valencią (0:1).

Można się było spodziewać, że ekipę 41-letniego szkoleniowca czeka przebudowa, która ma zbudować fundamenty pod świetlaną przyszłość i każdy liczył się z słabszymi występami, to jednak po niebieskiej stronie stolicy Anglii nikt nie może pogodzić się z tym, że Chelsea z systematycznego pretendenta do tytułu z poprzednich lat stanie się nagle ligowym średniakiem. Co to, to nie. A w jaki lepszy sposób można pokazać, że aspiruje się do wielkiej rzeczy, aniżeli poprzez pokonanie ubiegłorocznego triumfatora Ligi Mistrzów?

Mobilizacji nie brakowało.

Liverpool jest jednak zbyt klasowym i ułożonym zespołem, żeby na dłuższą metę mógł go skrzywdzić partyzancki futbol. Mogą grać słabiej, dać się zepchnąć do defensywy przez bardziej zmotywowanych rywali, ale kiedy tylko poczują krew, rzucają się na ofiarę, bezlitośnie ją zagryzają i pozostawiają z niej marne strzępy. Cały mechanizm działa perfekcyjnie zabójczo.

Rzut wolny z osiemnastu metrów? Mohamed Salah umiejętnie wystawia piłkę Alexander Arnold, a ten nie zastanawia się i potężnym strzałem otwiera wynik.

Rzut wolny z lewej strony boiska? Kolejne inteligentne rozegranie, Robertson dośrodkowuje z chirurgiczną precyzją, a Roberto Firmino wygrywa walkę powietrzną w polu karnym i jest 0:2.

Po drugim ciosie młodzi piłkarze Franka Lamparda byli załamani. Zwiesili głowy. Nieśmiało gestykulowali. Brakowało w nich naturalnej woli walki. I motywacji z początku spotkania. Tą jednak przywrócić udało się ich szkoleniowcowi w szatni. Nie wiadomo, czy padły kultowe mocne słowa, ale gospodarze wyszli tak naładowani pozytywną energią, że chyba sami siebie nie poznawali. Zaowocowało to naprawdę niezłą grą. Liverpool niekiedy bronił się całą drużyną, ale… jego zwycięstwo tak naprawdę nie było zagrożone ani przez minutę.

Zbyt wybitne zawody rozgrywał Virgil van Dijk. Centra w pole karne? Piłka zamiast napastników Chelsea szuka wysokiego Holendra. Próba dryblingu, któregoś z napastników? Nie tym razem, nie w tym meczu, strata sprokurowana przez długie nogi jednego z najlepszych defensorów świata. Konieczność umiejętnego wyprowadzenia piłki, żeby wprowadzić spokój w szeregi zespołu? Proszę bardzo, Virgil van Dijk, do usług. To stanowczo jego rok. I nie zmieni tego nawet fakt, że nie udało mu się zablokować genialnego strzału N’Golo Kante, który jak raz błysnął zdolnościami dryblingu i wykończenia, a nie odbioru i ustawienia w defensywie.

Ostatecznie mecz, nazywany hitem tej kolejki Premier League, nie zawiódł, nie brakowało emocji, bramki Arnolda i Kante zaliczały się do tych najwyższej jakości, ale też pokazał, że Chelsea i Liverpool na razie znajdują się na dwóch innych etapach. Pierwsi dopiero tworzą zespół i styl, a drudzy są już tak ułożeni, że tylko niewiele najlepszych zespołów na świecie może im zagrozić w bezpośrednim meczu.

Chelsea 1:2 Liverpool

Kante 71′ – Alexander-Arnold 14′, Firmino 30′

Fot. Newspix

KOMENTARZE (7)