Miłość ponad rozsądkiem, czyli powolne burzenie legendy
Hiszpania

Miłość ponad rozsądkiem, czyli powolne burzenie legendy

W literaturze biel zawsze symbolizowała niewinność, harmonię i błogość. W Madrycie jednak ten sam kolor coraz częściej zaczyna kojarzyć się z niepokojącą nieporadnością, chaotycznością i niepowodzeniami na każdym froncie. Trudno się temu dziwić, bo tamtejszy Real przeżywa jeden z największych kryzysów tożsamościowych w XXI wieku, a bezlitośnie korzystają na tym kolejni rywale, punktując wszystkie słabości 13-krotnego zdobywcy pucharu Ligi Mistrzów. Na razie przerwaniu złej passy nie pomaga nic. Ani powrót Zinedine Zidane’a, ani letnie przemeblowanie składu, ani próba wykreowania nowych gwiazd. 

Istniało kilka zasadniczych powodów, dla których Zidane po trzecim wzniesieniu w górę trofeum za zwycięstwo w Champions League zrezygnował z pracy w Madrycie:

  1. Miał świadomość, że klub opuszcza Cristiano Ronaldo, a zespół czeka gruntowna przebudowa.
  2. Miał świadomość, że trudno jest temu samemu trenerowi utrzymać maksymalną koncentrację swoich podopiecznych w sytuacji, kiedy kilka razy z rzędu sięgają szczytu.
  3. Miał świadomość, że znajduje się na topie, a jego zespół nie będzie już lepszy i na kontynuowaniu swojej przygody w Madrycie może tylko stracić.

Wszystko racjonalne, przemyślane i klarowne. Szanse musiał dostać kto inny. Padło na Julena Lopeteguiego, który choć pomysł miał i aktualnie w Sevilli pokazuje, że jest fachowcem wysokiej klasy, to w madryckiej rzeczywistości zderzył się właśnie z tym, czego bał się Zidane. Z wypalaniem nasyconych wielkimi sukcesami zawodników. Oni nic nikomu nie musieli udowadniać. Przypominali wielkie, przejedzone, stare koty, które kiedyś potrafiły polować z piekielną skutecznością, ale z czasem znudziły się i zaczęły zajmować się głównie moszczeniem sobie miejsce do spania na wygodnej salonowej kanapie. W konsekwencji były selekcjoner reprezentacji Hiszpanii stracił pracę, a na piłkarzy Realu spadła lawina krytyki.

Że nie umieją poradzić sobie bez swojego dawnego lidera. Że nie potrafią grać w piłkę na wysokim poziomie. Że tydzień w tydzień się kompromitują. I dużo było w tym racji.

Negatywny odbiór w całej Europie nieco ich podrażnił, co zbiegło się z solidnym początkiem pracy Santiago Solariego. Problem w tym, że 42-latkowi zwyczajnie brakowało doświadczenia, żeby z zastanego zespołu stworzyć coś większego, więc w marcu zastąpił go Zidane. Zaryzykował, choć na pewno miał świadomość, że wraca do klubu, który cierpi na wszystkie problemy chorobowe, które sprawnie zdiagnozował pół roku wcześniej. Miłość zwyciężyła. Miał być zbawcą. Przyjechać na białym koniu i posprzątać bajzel.

Nie był w stanie reanimować pół-martwego organizmu. Z ostatnich jedenastu spotkań sezonu wygrał raptem pięć, ale nikt nie miał do niego pretensji, bo legendarny Francuz już zapowiedział, że zamierza budować zespół na przyszły rok.

Real po sezonie 2018/19 przypominał pacjenta z OIOM-u, na którym trzeba przeprowadzić szereg zabiegów, transplantacji i wpompować w niego świeżą krew. Wszyscy w Madrycie zdawali się być jednak o tyle spokojni, bo operować obiecał jeden z najlepszych specjalistów na rynku. I do tego taki, który zna i kocha swojego pacjenta.

Władze klubu zaczęły więc konstruować mu zespół wedle jego marzeń. Na Santiago Bernabeu zawitały naprawdę głośne i rozchwytywane nazwiska. Swoją twarz rewolucji miał dać Eden Hazard, który przez wielu uznawany jest za jednego z dziesięciu najlepszych piłkarzy świata. Kreatywny, błyskotliwy, przebojowy, ciągle w wieku idealnym dla ofensywnego piłkarza i do tego jak w obrazek wpatrzony w swojego nowego szkoleniowca. Ponadto młodzi i zdolni Luka Jović, Eder Militao i Rodrygo, a także wzmacniający boki obrony Ferland Mendy.

Zidane dostał to, czego chciał. Problem w tym, że transfery wcale nie rozwiązywały wszystkich problemów zespołu.

Primo: nie udało się przeczyścić szatni z niepotrzebnych w opinii szkoleniowca elementów. Drużynę opuścić miała dwójka Gareth Bale – James Rodriguez. Nic z tego. Pierwszy nie kwapił się do odejścia, widział się w zespole, poduczył się języka i w madryckim blichtrze czuje się jak ryba w wodzie, a na drugiego nie znaleziono chętnych, będących w stanie zapłacić za jego usługi. W ten sposób szatnia, już i tak napełniona po brzegi wielkimi ego, musi utrzymywać jeszcze dwie gwiazdorskie gęby do wykarmienia.

Secundo: przytrafiło się kilka niespodziewanych kontuzji. Najpierw wypadł Jović, później na cztery tygodnie Hazard, a aktualnie pauzują jeszcze Marco Asensio, Isco, Marcelo i Luka Modrić. Wszystko to uniemożliwiło Zidane’owi wprowadzanie boiskowej rewolucji poprzez swoje nowe pomysły taktyczne. Inna sprawa, że ich…

Tertio: Zidane zdaje się nie mieć nowych rozwiązań na stare problemy. Real prezentuje ofensywny futbol. Wszystko skupia się wokół indywidualności, próbach szybkiego odbioru piłki na połowie rywala, dynamicznych akcjach skrzydłowych i dobrej organizacji defensywnej. Wszystko po staremu. Kiedyś to działało, ale teraz zwyczajnie jest zupełnie inaczej i machina „Królewskich” przypomina stary, zardzewiały silnik przetpotopowego samochodu. Niepokojąca była już wakacyjna, wysoka porażka z Atletico (3:7), po której utytułowany szkoleniowiec z La Castellane jeszcze uspokajał, że nie można oceniać jego systemu po meczu, który on traktuje jak sparing, a rywal jak finał. Z czasem miało być lepiej, ale żadnego progresu nie pokazywały ani sparingi, ani pierwsze mecze ligowe, kiedy Real wygrywał, ale ze słabymi rywalami i popełniając dużo błędów w obronie. To ostanie musiało się źle skończyć.

Nic dziwnego, że pierwszy silniejszy przeciwnik tak bardzo zmiażdżył hiszpańskiego potentata na inaugurację Ligi Mistrzów. PSG było lepsze na każdym poziomie. Obnażyło każdą jedną wadą rywala. Zdemolowało, zniszczyło, zgwałciło. Zinedine Zidane mógł tylko bezradnie rozkładać ręce, patrząc jak ci sami jego podopieczni, którzy dwa lata wcześniej nie mieli sobie równych w Europie, teraz dostawali brutalne cięgi od ekipy szejków z Paryża. Żałosne zawody rozegrała jednak nie tylko stara gwardia w osobach Carvajala, Varane’a, Casemiro, Kroosa, Benzemy, Bale’a, Jamesa, ale też późniejsze nabytki Pereza, czyli Courtois, który swoją drogą zawodzi permanentnie, Militao, Mendy i debiutujący w nowych barwach, Eden Hazard.

Po kompromitacji w Paryżu na temat kryzysu Realu wypowiedziało się wiele legend i byłych piłkarzy klubu. Najostrzejszy był chyba jednak Predrag Mijatović, który jasno zakomunikował, że według niego Zidane nie ma najmniejszego pomysłu na odbudowę klubu. I wydaje się, że Serb ma rację, a ślepa miłość Zidane’a do swojego pracodawcy przeważyła nad zdrowym rozsądkiem. Na razie z bardzo marnym skutkiem dla obu stron.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (6)