Zamiast obrońcy tytułu do Neapolu przyjechała inna ekipa
Weszło

Zamiast obrońcy tytułu do Neapolu przyjechała inna ekipa

Ach, chcielibyśmy napisać, że wejście Piotrka Zielińskiego odmieniło losy spotkania w Neapolu. W końcu, gdy Polak zajmował pozycję siedzącą, tablica wyników wskazywała smutne 0:0, a gdy już podniósł cztery litery i wszedł na boisko, Napoli sieknęło Liverpoolowi dwie bramki i rzeczywiście na 2:0 się skończyło. Niestety, byłaby to manipulacja wyższej próby, zostawimy ją, komu trzeba. Natomiast nie zmienia to wszystko faktu, że Ancelotti znów okazał się lepszy od Kloppa na własnych śmieciach, bo rok temu Napoli też wygrało w grupie i dziś przyszła powtórka z rozrywki.

I tak szczerze mówiąc, gdybyśmy dzisiaj obudzili się ze śpiączki i ktoś by nam powiedział, że The Reds bronią Ligi Mistrzów za poprzedni sezon, od tych głupot położylibyśmy się dalej spać. Nie wyglądał dzisiaj Liverpool jak triumfator. Za dużo było w poczynaniach gości niedokładności, za mało błysku i przekonania, że można tutaj zrobić trzy punkty.

Milner może wyłożyć piłkę na pustaka w polu karnym? Woli podać akurat w to miejsce, gdzie stał obrońca.

Mane ma wręcz obowiązek wypuścić Salaha sam na sam? Zagrywa mu tak, że Egipcjanin łapie piłkę w okolicach chorągiewki.

Sorry, takie akcje może budować Arka Gdynia i to bez Vejinovicia. Dość powiedzieć, że bodaj najgroźniejszą okazję goście stworzyli sobie po kiksie Manolasa, który – jak już jesteśmy przy Ekstraklasie – kopnął z gracją Marciniaka. Dzięki temu Salah wpadł w pole karne, uderzył po długim rogu, ale świetnie spisał się Meret i nie wpadło. Naprawdę oczekiwaliśmy więcej po kapeli Kloppa, która przecież przyzwyczaiła nas do dość ambitnych poczynań ofensywny. Dzisiaj jej wypracowanie nie było ambitne, tylko takie napisane na kolanie przed pierwszym dzwonkiem. I to nie na temat.

No, ale dobra, nie idzie w ataku, to może chociaż spróbować ugrać zero z tyłu? Gdzie tam, jeśli w tyłach Napoli mierzyło się z ofensywą na kapiszony, to w defensywie w końcówce spotkania napotkało czerwony dywan. Jeszcze przed rozłożeniem go próbował powstrzymać kolegów Adrian, który zajebiście, po prostu ZAJEBIŚCIE wyjął uderzenie Mertensa, ale właśnie na końcu nie było już co zbierać.

Najpierw jednak zobaczcie tę paradę, bo właściwie musicie to zrobić:

To była jeszcze Liga Mistrzów ze strony Liverpoolu, ale obie stracone bramki to bardziej Puchar Syrenki. Najpierw sędzia uznał, że Robertson faulował Callejona. Cóż, mamy tutaj trochę wątpliwości, może nawet dużo, bo Hiszpan sporo dołożył od siebie, natomiast Szkot też nie może dawać takiego pretekstu arbitrowi i pozwalać się wyprzedzić w tak łatwy sposób. Wystawił nogę, Callejon skorzystał. Tyle. W efekcie Mertens pieprznął z jedenastu metrów i nie było co zbierać, nawet jeśli Adrian wyczuł intencje strzelca.

Cóż, to był taki mały kabarecik, ale przy bramce na 2:0 kabaret obejrzeliśmy już na całego. Van Dijk chciał się kiwać na własnej połowie w okolicach pola karnego, ale pod naciskiem wyszła z tego… asysta do Llorente. Tak nie gra ani najlepszy obrońca świata, ani dobry obrońca, ani przeciętny. Holender oszalał, krótko mówiąc. Tym prezentem nie był zaskoczony jednak Hiszpan, który spokojnie uderzył po długim i było po meczu.

A przez cały czas jego trwania czuliśmy, że skończy to się na dwa możliwe scenariusze, bez remisu. Albo Liverpool w końcu się ogarnie i wciśnie coś przez przebłysk Salaha, albo Liverpool się nie ogarnie i nawiąże do nie najlepszych tradycji z przeszłości. Stało się to drugie.

Zaczęliśmy od Zielińskiego, to na nim skończmy. Wszedł. Raz przepchnął go Henderson jak szafkę nocną. Zszedł. Kropka, dobranoc.

Napoli – Liverpool 2:0

Mertens 82′ Llorente 92′

KOMENTARZE (19)