Haaland-show. Hat-trick na powitanie z Ligą Mistrzów
Weszło

Haaland-show. Hat-trick na powitanie z Ligą Mistrzów

Nie spodziewaliśmy się, że akurat ten mecz przykuje dzisiaj tak mocno naszą uwagę. Jasne – Red Bull Salzburg po latach starań dostał wreszcie miejsce w Champions League, więc interesowało nas, jak sobie poradzi w tym swoistym debiucie. Poza tym – sami w przedmeczowej zapowiedzi sygnalizowaliśmy, że trzeba mieć oko na Erlinga Brauta Haalanda, 19-letnią bestię z zespołu mistrza Austrii, która na krajowym rynku pożera kolejnych rywali jak Pacman i nabrała też smaka na przeciwników z innych stron Europy. Ale też nie oczekiwaliśmy, że norweski super-strzelec z aż tak grubej rury wparuje na europejskie salony.

Cóż – jeszcze dziś rano każdy szanujący się fan piłki nożnej powinien nazwisko Haalanda kojarzyć. Słyszeć, że dzwoni, nawet jeżeli nie wiadomo, w którym kościele. Jutro rano o wyczynach Norwega będzie się pisało jak Stary Kontynent długi i szeroki.

Hat-trick w debiucie. Dotychczas w Lidze Mistrzów takiego wyczynu dokonali naprawdę nieliczni zawodnicy. Tymczasem Haaland wyglądał nie na żółtodzioba, lecz starego wyjadacza. Gościa, który hymn Champions League potrafiłby wybrzdąkać na bałałajce i to z zamkniętymi oczami. Inna sprawa, że defensywa Genk na wyjazdowe starcie z Red Bullem Salzburg nie dotarła. Została w Belgii i wcina właśnie frytki z majonezem. Przecież Haaland i jego partnerzy wykorzystywali nie stu-, lecz dwustuprocentowe sytuacje do zdobycia gola. Żerowali na karygodnych, indywidualnych pomyłkach defensorów drużyny przyjezdnej, obnażali kolejne błędy w ustawieniu. Szkolne, banalne pomyłki. Wynik 5:1 do przerwy dla Red Bulla to naprawdę nie był przypadek, fart, stuprocentowa skuteczność, jaka zdarza się raz na miliard przypadków. Mistrzowie Austrii na tak wysokie zwycięstwo najzwyczajniej w świecie zasłużyli.

Ostatecznie skończyło się 6:2. Po przerwie złote dziecko norweskiego futbolu nie zdobyło już gola, ale i tak można bez kozery stwierdzić, że mamy do czynienia z talentem absolutnie nietuzinkowym. Ostatni raz takim unikatowym połączeniem fenomenalnych warunków fizycznych i świetnego przyspieszenia imponował chyba niespełniony Brazylijczyk Adriano.

Red Bull Salzburg w dziewięciu oficjalnych meczach sezonu 2019/20 zdobył już 47 goli. Pięknie się ogląda tę ekipę w akcji – ofensywny, widowiskowy, lekko zwariowany futbol. Wiadomo, że mistrzowie Austrii to drużyna kojarząca się przede wszystkim z frajerskimi porażkami w eliminacjach do Ligi Mistrzów, ale ten sezon może być przełomowy, jeżeli chodzi o ich wizerunek w Europie. Wiele wskazuje na to, że mecze Red Bull to będzie każdorazowo uczta dla widza i esencja klimatu Champions League.

RED BULL SALZBURG 6:2 KRC GENK

(E. B. Haaland 2′ 34′ 45′, C-H. Hwang 36′, D. Szoboszlai 45+2′, A. Ulmer 66′ – J. Lucumi 40′, M. Samata 52′)

***

Co na pozostałych stadionach? Godna odnotowania dzielna postawa Slavii Praga w Mediolanie. Czeska ekipa postawiła się Interowi i była o krok od zainkasowania trzech punktów na starcie rozgrywek grupowych. Nerazzurri musieli się ratować trafieniem w doliczonym czasie gry. Antonio Conte ewidentnie nie polubił się jeszcze z Ligą Mistrzów jako trener – Inter naprawdę nie mógł się dzisiejszego wieczora podobać. Wszystko o pół tempa za wolno, dużo polegania na stałych fragmentach gry. Ostatecznie jeden z nich zagwarantował mediolańczykom wyrównanie, ale na przestrzeni całego spotkania znalazłoby się sporo całkiem obszernych fragmentów, gdy wyższą kulturę gry prezentowali Czesi.

Rozczarował natomiast Lyon, który świetnie rozpoczął sezon w Ligue 1, a ostatnio wyraźnie stracił tempo. Remis u siebie z Zenitem to jest taki wynik, który po sześciu kolejkach może się Francuzom odbić czkawką.

INTER MEDIOLAN 1:1 SLAVIA PRAGA

(N. Barella 90+2′ – P. Olayinka 63′)

OLYMPIQUE LYON 1:1 ZENIT PETERSBURG

(M. Depay 50′ – S. Azmoun 41′)

Jeszcze gorzej wygląda po pierwszym spotkaniu sytuacja Chelsea. The Blues polegli przed własną publicznością w starciu z Valencią, która wydawała się być w idealnym momencie, żeby ją lać po tyłku i tylko sprawdzać, czy równo puchnie. Zespół rozbity mentalnie, piłkarze awanturujący się z zarządem po zwolnieniu ulubionego szkoleniowca, świeżo po ligowych batach, jakie zgotowała im Barcelona.

Tylko wyjść na boisko i wykorzystać te okoliczności, prawda?

Cóż, gdyby futbol był taki prosty… The Blues rzeczywiście nacierali, mieli swoje sytuacje, utrzymywali optyczną przewagę nad rywalem. Tylko cóż z tego, skoro dali się załatwić stałym fragmentem gry? Kompletnie londyńczycy zawalili krycie, a niezawodny duet Parejo&Rodrigo wykorzystał to bez litości. Potem jeszcze gospodarze mieli wymarzoną okazję do wyrównania stanu meczu, ale jedenastkę spartolił Ross Barkley.

Co rzuca się w oczy, jeżeli chodzi o Chelsea? Na pewno przydałoby się więcej jakości na skrzydłach. Willian lepszy już nie będzie, na dodatek dramatycznie prezentuje się w roli wahadłowego Azpilicueta. Coraz mnie jakości gwarantuje też w ofensywie Pedro, który w pierwszej połowie zmienił kontuzjowanego Masona Mounta. Swoją drogą  – Francis Coquelin jak najbardziej mógł wylecieć z boiska za brutalne wejście w nogi młodego zawodnika The Blues. Skoro zadaniem sędziów jest ochrona zdrowia zawodników, to takie zagrania należy po prostu piętnować czerwonymi kartonikami.

CHELSEA FC 0:1 VALENCIA CF

(Rodrigo 74′)

Na pozostałych stadionach bez sensacji. Swoje zrobił Ajax, gładko ogrywając u siebie Lille. Bardzo cenne trzy punkty w Lizbonie zdobyli również zawodnicy RB Lipsk. Można zatem powiedzieć, że Red Bullowi inauguracyjny wieczór z Ligą Mistrzów udał się ze wszech miar.

AJAX AMSTERDAM 3:0 LILLE OSC

(Q. Promes 18′, E. Alvarez 50′, N. Tagliafico 62′)

SL BENFICA 1:2 RB LIPSK

(H. Seferović 84′ – T. Werner 69′ 79′)

MECZE NAPOLI – LIVERPOOL I BVB – BARCA OMÓWILIŚMY OSOBNO

 fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (3)