Praca trenera to najlepszy zawód na świecie. Jak się wygrywa
Weszło

Praca trenera to najlepszy zawód na świecie. Jak się wygrywa

–  Nie jest przyjemne, jak żona z dziećmi siedzi na trybunach, a stadion skanduje „Wyp…” – mówi Dariusz Banasik, trener liderującego pierwszej lidze Radomiaka. Banasik to dowód jak wszystko w trenerce szybko się zmenia: dwa lata temu brakło mu punktu do Ekstraklasy. Rok temu chciał rzucić piłkę w diabły, po spadku z Pogonią Siedlce mając dość. A wtedy dostał szansę z Radomia, którą wykorzystał.

Rozmawiamy o filmie Borg/McEnroe, o tym, czy są sytuacje, kiedy drużynie może pomóc wspólne piwo, o obozie w Afryce, talentach Rafała Wolskiego i Patryka Mikity, a także filozofii i ambicjach szkoleniowca. Zapraszamy.

***

Co pan robił w 1983 roku?

O kurde. Miałem dziesięć lat.

A w 1994?

Zaczynałem karierę piłkarską, grałem w GKS-ie Bełchatów, wtedy drugoligowym, dziś powiedzielibyśmy: pierwszoligowym. Grałem z Jackiem Krzynówkiem, Januszem Kudybą. Trafiłem tam z Górnika Łęczyca, gdzie nastrzelałem sporo bramek, ale tu przyszło zderzenie, ściana, mur. Fizycznie nie dawałem rady.

Wie pan dlaczego pytam akurat o te daty?

Nie.

Według moich źródeł Radomiak ostatnio albo w 1983 albo w 1993 roku był liderem na tym poziomie rozgrywkowym. Kilka lat minęło.

Cieszymy się, ale to się może w każdej chwili zmienić. Trzeba zachować chłodną głowę. Zakładaliśmy sobie przed sezonem cel: dziesięć zwycięstw. Już mamy pięć. Jak go osiągniemy, wyznaczymy kolejne. Jakie? Dowie się drużyna.

Dlaczego osoba z otoczenia Radomiaka powiedziała mi, że u was jak wygracie to stypa, a jak przegracie to bajlando?

Pracuję tu ponad rok. To środowisko wymagające. Wszyscy wiemy, że Radomiak długo czekał na ten awans. Gdzieś wydaje mi się, że udało się poukładać pewne rzeczy. Jak jest dobrze, to wszędzie jest dobrze, dopiero jak jest źle, to pewne rzeczy wychodzą. My jak na razie nie mieliśmy naprawdę gorszego momentu, może tylko jak przegraliśmy mecze z Elaną i Widzewem.

Co się panu udało poukładać, z czego jest pan zadowolony?

Po spadku z Pogonią Siedlce siadłem mentalnie. Radomiak zajął czwarte miejsce mimo mobilizacji. Kolorowo nie było, ani u mnie, ani tutaj. Jestem zadowolony z zespołu, jaki udało się stworzyć. Na pewno jestem też zadowolony z przestawienia Rafała Makowskiego na dziesiątkę. Rafał to zawodnik, z którym pracowałem w Legii, w Pogoni i w Sosnowcu. Grał jako stoper, ewentualnie defensywny pomocnik. Taki wpadł mi do głowy szalony pomysł, żeby dać go na dziesiątkę, co okazało się sukcesem – to nasz najlepszy zawodnik w 2 lidze, dziesięć bramek, odpowiadanie za ofensywę.

Sam Rafał obawiał się przenosin do przodu?

Tak. Nigdy tam nie grał. Teraz mówi, że nie wyobraża sobie grać gdzie indziej.

To dlaczego wcześniej na lata usadzono go na stoperze?

Był szkolony przez Legię, miał parametry odpowiadające tym pozycjom defensywnym: wysoki, silny. Zauważyłem natomiast, że ma bardzo dobre uderzenie i nie boi się strzałów, tak samo z podaniami finalnymi. Może potrzebował trochę wyczucia i trochę piłkarsko dojrzeć.

Podobno nieco ponad rok temu chciał pan kończyć z trenowaniem.

Tak, miałem myśli, żeby zrezygnować, powiedzieć dość. Byłem załamany. Podano mi wtedy rękę i trafiłem do Radomia, za co chciałem podziękować władzom Radomiaka. Natomiast nic tak nie uczy jak porażka. Minął rok, zrobiłem awans, dziś jesteśmy liderem. To uczy, żeby się nie poddawać. Chciałbym to przekazać wszystkim trenerom: w naszym zawodzie sytuacja zmienia się bardzo szybko, walka o siebie, wiara w warsztat, popłaca.

Dlaczego chciał pan aż zarzucić futbol? Mimo spadku wciąż miał pan takie CV, że spokojnie poradziłby sobie na rynku trenerskim, czego dowodem oferta z Radomia.

Nie jest to przyjemne, jak siedzi się na ławce, żona z dziećmi na trybunach, a cały stadion krzyczy „wypierdalaj”. Człowiek wkłada całe serce, robi co może, a potem takie coś. Zaczyna się zastanawiać nad tym wszystkim. Praca jest taka, że nie ma mnie w domu. To wyrzeczenia dla rodziny, muszę być dla klubu totalnie dyspozycyjny, bo jeżdżę też na mecze rywali, obserwuję, analizuję. Mimo tego zaangażowania może nie być wymiernych wyników, bo jest sto tysięcy czynników wpływających na wynik, ale ostatecznie wszystko firmuje nazwiskiem trener. W Siedlcach był wtedy tygiel, wszyscy skłóceni, piłkarze, sztab, szefostwo. Nie udało mi się tego węzła rozwiązać. Natomiast zobaczmy, jak sobie ci zawodnicy radzili gdzie indziej: Paluchowski w Stali, Płacheta w Śląsku, Zjawiński w Zniczu. To był dobry zespół, ale nie funkcjonował. Rok wcześniej słabszą kadrowo drużynę doprowadziłem do czwartego miejsca w lidze.

Rozmawiał pan z żoną o swojej decyzji porzucenia piłki?

Żona na każdy mecz przyjeżdża, emocjonuje się, też przeżywa. Wtedy przeżywała bardzo, a jeszcze przyjeżdżała ze starszą córką, dziś jedenastoletnią, która też się bardzo interesuje. W domu byłem codziennie za czasów pracy w Legii, jednak trener pierwszej drużyny to już rozjazdy. I tak dobrze, że nie jestem gdzieś dalej – miałem takie propozycje, choćby z Podkarpacia, ale nie zdecydowałem się.

Jak pan wraca do domu, to udaje się zamknąć drzwi i nie wpuszczać przez nie pracy?

Kiedyś gorzej mi to wychodziło, teraz myślę, że lepiej. Natomiast na pewno najgorzej jest po przegranych meczach, wtedy nie da się tego tak wyrzucić. Ale znalazłem ostatnio sposób. Biorę ortalion, dres, idę do lasu. Katuję się biegami interwałowymi. Jak padam ze zmęczenia, to ze mnie schodzi. Tak samo w dniu meczu idę na siłownię i trenuję tak, że ucieka stres.

Wypoca pan go.

Coś takiego. Potem na odprawie pojawia się czysta meczowa adrenalina. To ciężki kawałek chleba, człowiek za wszystko odpowiada, presja jest nieustanna. Jak robię szkolenia dla trenerów, to pierwsze pytanie jakie im zadaję brzmi:

– Czy na pewno chcecie być trenerami? Bo jak ktoś ma miękką dupę, to niech się do tego nie bierze.

To kiedy pan najbardziej dostał w cztery litery, poza wspomnianymi Siedlcami?

Siedlce najbardziej, ale w Sosnowcu też, gdzie nie zrobiłem awansu i zabrakło punktu, a wyprzedził nas Górnik Zabrze.

Zabrakło punktu, żeby wszedł pan do Ekstraklasy. Potem wkrótce spadek. I blisko zakończenia z piłką. Dziś powrót do I ligi. Dziś lider. To naprawdę niezwykły zawód.

Tak się życie potoczyło. Gdyby nie tamta historia, nie byłbym teraz w Radomiu, a tu czuję się dobrze. Trzeba robić swoje, nie rozpamiętywać, nie załamywać się, nie poddawać. Jakbym się poddał rok temu, nie wiem, gdzie bym dziś był.

Mówimy, że to trudny zawód, ale nikt nie jest w nim za karę, niech pan powie dla równowagi co w nim najlepszego.

To najlepszy zawód na świecie, jak się wygrywa. Wszyscy mili. Sympatyczni. Szczęśliwi. Każdy docenia. Cenię też to w tym zawodzie, że poznaje się ludzi. Ja do klubów zawsze bez sztabu chodzę, wolę poznać nowych. Notabene w Radomiu nie mam trenera od przygotowania fizycznego, sam o to dbam, nie mam analityka, sam robię wszystkie analizy. To chyba ewenement na tym poziomie, ale uważam, że to mnie rozwija.

To pana decyzja, żeby się zajmować jeszcze analityką i przygotowaniem fizycznym?

Tak. Mógłbym mieć od tego kogoś, ale nie chcę.

Co na to żona, że pan ma trzy etaty?

Żona jak to żona – chciałaby mieć męża jak najczęściej w domu. Ale już taki jestem. Nie jest źle, jestem wciąż blisko Warszawy. Żona zrozumie, gorzej dziecku powiedzieć, że tata dziś nie przychodzi, że nie ma go na urodzinach.

Ile urodzin pan przegapił?

Jeszcze żadnego. Ale imprez rodzinnych dużo, chrzcin, wesel, w weekendy mnie nie ma. Kibic o tym nie myśli, dla kibica liczy się mecz i ja to rozumiem. Ale też mam w domu dwie córki, które potrzebują ojca. Staram się jak mogę.

Inna jeszcze rzecz to gra przeciwko swoim przybranym „synkom”. W Sosnowcu graliśmy o awans, przyjechał Znicz. Wygrał 3:0. Olek Jagiełło strzelił dwie bramki. Olek, którego prowadziłem dziesięć lat i znam go odkąd był dzieckiem. Olek, którego szkoliłem indywidualnie, tym razem grał po przeciwnej stronie i nas załatwił, zabierając punkty. Spełnił swoje zadanie, nie ma co się roztkliwiać, ale to było dziwne uczucie. Niemniej z tym trzeba sobie poradzić.

Jest w piłce miejsce na sentymenty?

Nie ma. Kiedyś bym powiedział, że tak, dziś już nie. Ale trzeba być człowiekiem, budować dobre relacje, nie dać się zwariować.

Pan ma w Radomiu opinię człowieka szatni.

Mam bardzo dobry kontakt z tymi, z którymi pracuję. W Radomiu mamy dwudziestu czterech do grania, nikt nie smęci. W Legii nauczyłem się, że priorytetem jest zawsze zawodnik. Trzeba rozmawiać, dowiadywać się o sprawach wszelkich oko w oko, a nie pokątnie. Jak jest jakaś decyzja, mówię dlaczego. Teraz była sytuacja z Adamem Banasiakiem i Maikiem Karwotem. Ja ich sprowadzałem, ale zespół wygrywa, muszą być cierpliwi, patrzę na dobro zespołu. Myślę, że udało się w Radomiu zebrać grupę mentalnie dobrą, rozumieją, że wszyscy jedziemy na jednym wózku i każdy musi być gotowy, by wejść i złapać za lejce. Gdy słyszę o trenerach, którzy przez pół roku słowa nie zamieniają ze swoim zawodnikiem… A, nie chcę się wypowiadać.

Podobno interesuje się pan psychologią. Fachowa literatura?

Jak najbardziej, natomiast jest też wiedza w internecie. Mam paru swoich autorów, szczególnie z zakresu psychologii społecznej. Na przykład Ben Tracy. To wykracza poza futbol, po prostu dobre porady życiowe. A szatnia to życie, życiowe sytuacje, nie tylko piłka, dlatego to się tak przekłada.

Co pan z Tracy’ego wyciągnął?

Na przykład stawianie sobie wysokich celów. Nie zadowalanie się, dążenie w górę.

Tego samego wymaga pan pewnie od zawodników.

Tak. Życie to cały czas stawianie celów i ich realizowanie. Taką mam filozofię.

Można się w tym zgubić, przesadzić?

To indywidualne, na pewno można, ale jak sobie ktoś zbuduje właściwe proporcje to jest dobrze.

Jak ważna jest integracja w zespole?

Strasznie. Trzeba wiedzieć czego zespół potrzebuje. Na przykładzie Radomiaka. Przegraliśmy bardzo ważny mecz u siebie o awans z Błękitnymi. Zespół mentalnie siadł. W czwartek, dwa dni przed Siarką, wziąłem zespół do kina. Dziwili się: trenerze, jak to, dziś nie ma treningu? Jest trening, tylko mentalny. Chodźcie. Poszliśmy na film „Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem”. To film o presji i radzeniu sobie z nią. Wszystkim go polecam. Chłopaki wyszli z kina zachwyceni. Mówili mi, że mnóstwo im to dało. Za dwa dni wygraliśmy z Siarką 5:0. Czasem tak jest, że ta integracja jest ważniejsza niż wyjście na boisko i kolejne ćwiczenie.

Ostatnio mój kolega redakcyjny zadzwonił do dwóch ligowych trenerów z pytaniem o piwo w drodze powrotnej z meczu. Marek Papszun się zirytował na to pytanie, powiedział, że to niemożliwe, są w pracy. Ireneusz Mamrot odpowiedział natomiast „zależy od wyniku meczu”. Wydaje mi się, że przez dawne lata, gdzie tego alkoholu było za dużo, zrobiło się z tego tabu, natomiast nie oszukujmy się, piłka to młodzi ludzie.

Przegraliśmy swego czasu dwa, trzy mecze. Wszedłem.

– Dobra panowie, to po piwie.

Usiedliśmy. Porozmawialiśmy. Zespół sam sugerował rozwiązania. Może nie grajmy tak, może tamto. Otwarta atmosfera, burza mózgów. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, naprawdę. Jestem przeciwny alkoholowi. Jesteśmy profesjonalistami. Sport nie idzie z nim w parze. Natomiast są takie momenty skrajne w rundzie, gdzie potrzebne jest to, żeby zespół pozostał ze sobą, przeszedł wspólnie, żeby przegadał wszystkie swoje problemy. Nie ma co udawać, trzeba być z tym mądrym. Czasy się zmieniły, ci piłkarze sami się pilnują. Natomiast wiem, że jeśli teraz mam osiem, dziewięć dni bez meczu, a oni wyjdą któregoś dnia razem i się zintegrują, odreagują – nie mam z tym problemu.

W zespole ma pan Patryka Mikitę, którego prowadzi nie od wczoraj. Jaka jest prawda o tym zawodniku, uznawanym dawniej za wielki talent?

Patryka ściągałem z Agrykoli do Młodej Ekstraklasy Legii. Szybko poszedł do pierwszej drużyny. Moim zdaniem za szybko go tam zabrali. Nie wiem czy sobie z tym poradził. Dziś mam go w Radomiaku i uważam, że nie wykorzystuje wciąż swojego potencjału, który jest ogromny. Patryk zmądrzał, założył rodzinę. Trochę mi go szkoda, średnio dwa razy w tygodniu przeprowadzam z nim dłuższą rozmowę, bo to zawodnik w bardzo dobrej dyspozycji, wchodzący, strzelił dwa gole, ale nie gra w pierwszym składzie. To go denerwuje, bo jest zawodnikiem ambitnym, ale tłumaczę mu, mamy dobry kontakt. Michał Probierz powiedział, że trener więcej powinien rozmawiać z rezerwowymi – ja się pod tym podpisuję, to święte słowa.

Podobno jest pan mistrzem siatkonogi.

Trafiłem na lepszych od siebie – Tomek Sokołowski, Jacek Magiera, jeszcze pamiętam spotkania z Janem Urbanem – ale fakt, że ta piłka nie przeszkadza. Lata lecą, teraz już może mniej, ale faktycznie.

Zgaduję z tego, że był pan zawodnikiem technicznym.

Na pewno technika, kreatywność, inteligencja boiskowa, natomiast to był czas, gdy królowała fizyczność. Wszystkich piłkarzy wrzucano do jednego worka. Pamiętam treningi w Bełchatowie, gdzie biegaliśmy półtorej godziny, bez żadnych piłek. Albo bieganie ze sztangą. Albo bieg na Śnieżkę i z powrotem. Zimą. To było dramatyczne. Dzisiaj jest indywidualizacja, system Catapult, inny świat.

Zajechali pana wtedy w Bełchatowie?

Zamordowali.

Dzisiaj motoryka jest pana konikiem, to ciekawe.

Nie wiem czy konikiem, uważam, że każdy trener powinien rozwijać wszystkie aspekty wpływające na drużynę, dlatego też interesuję się tym i tak samo analityką. Człowiek jeździ, ogląda mecze, zna ludzi, może dopytać, jeśli czegoś nie wie. Teraz powiem nieskromnie, że mieliśmy tak rozpracowane Zagłębie Sosnowiec, tyle materiału na temat każdego zawodnika, że znaliśmy każdy ich boiskowy krok.

Czego nauczyła pana praca w Legii?

Systematyczności. Cierpliwości. Podejścia indywidualnego. Zarzucano mi, że wynik stawiam ponad rozwój graczy, tymczasem zobaczmy, ilu zawodników przeszło przez moją drużynę i sobie radzi: Furman, Łukasik, Wolski, Żyro, nawet Rybus. Praca z nimi to też cenne doświadczenie. Wiem jak w takim wieku wyglądali późniejsi – w niektórych przypadkach – kadrowicze czy wyróżniający się ligowcy. Mogę się do tego odnieść w rozmowie z tym graczami. Pamiętam też, gdy trener Skorża zsyłał mi na przykład dziesięciu graczy z jedynki. I musieli grać, natomiast kontakt z zawodnikami topowymi też był pożyteczny.

Trudna sytuacja, schodzą goście, których pan na co dzień nie prowadzi, a muszą grać.

Organizowałem wtedy dodatkowy mecz w środku tygodnia, żeby moi gracze nie poczuli się zaniedbani, choć jasne, to nie są łatwe sytuacje. Pamiętam, że przez półtora roku schodził Artur Jędrzejczyk do drugiej drużyny. Śmiałem się: kurde, Jędza, jak ty możesz nie grać w pierwszej drużynie? Taka była konkurencja akurat. A potem kapitan Legii, ćwierćfinalista Euro. Nawojował się wtedy z nami, najeździł na wszystkie mecze, nigdy nie kręcił nosem, walczył na całego.

Największy talent, jaki pan spotkał w Legii?

Rafał Wolski. Żałuję, że mu się tak kariera nie poukładała. Przyjęcie ze zmianą kierunku, technika – umiał wiele takich rzeczy, których nikt nie potrafił powtórzyć. Pamiętam też jak pojechałem na skauting do Szczecina. Juniorska Pogoń grała z Zagłębiem Lubin. Miałem obserwować zawodnika, ale wracam i mówię Markowi Jóźwiakowi:

– Jest tam taki jeden gracz w Zagłębiu, który jest najmłodszy, a najlepszy. Trzeba go brać, bo to mega talent.

 To był Piotrek Zieliński, dopiero zaczynający w juniorach Miedziowych.

I dlaczego Zieliński nie trafił do Legii?

To nie moje kompetencje. Nie wiem. Może cena, może było już zainteresowanie z zagranicy – pamiętajmy, ze Piotr w młodym wieku wyjechał.

Wiele słyszałem o waszym wyjeździe z młodą Legią do Afryki.

Wypadła jakaś afrykańska reprezentacja i wpadliśmy w to miejsce my. To był turniej narodów, U21 topowych afrykańskich kadr. Polecieliśmy do Burkina Faso, w składzie Łukasik, Wolski, Furman. Grudzień. U nas -25, tam +40. Kamerun, wicemistrz Afryki, wyszedł na nas, dociskał niesamowicie, a po piętnastu minutach, gdy stracił gola, przestał walczyć. Taka mentalność? Nie wiem, ale pamiętam, że to mnie zaskoczyło.

Byliśmy w takiej miejscowości, gdzie nie widzieli białego człowieka od siedmiu lat. Przejeżdżaliśmy przez Mali, jeden z najbiedniejszych krajów świata. Gdy się zatrzymywaliśmy, serce się krajało. Obskakiwała autokar sekta chłopców. Każdy coś chciał. Dałeś choćby colę, to potem reszta prawie o nią walczyła, a on z nią biegł. Straszne. Pamiętam też, że pojechaliśmy na bazar, a nasze przewodnik mówi:

– Niech chłopaki wyjątkowo uważają, nawet przy braniu rzeczy do ręki, oglądaniu ich. Tutaj za kradzież obcina się rękę.

Wszędzie chodziliśmy z obstawą. Natomiast na pewno było to ciekawe doświadczenie, zderzenie z inną myślą, innym stylem. Wtedy młoda Legia grała sporo zagranicznych spotkań: z Milanem, Interem, Udine. Myślę, że to procentowało u tych chłopców na lata.

Pochwali się pan, ile ma żółtych kartek w tym sezonie?

Kurde. Ale pan ruszył temat. Cztery.

I czerwona.

Wie pan za co?

Nie.

Machanie rękoma. Inne za opuszczenie strefy. Dla mnie to śmieszne, to nie tak, że jadę sędziemu, tylko sprawy regulaminowe, urzędowe. Nie podważam decyzji arbitrów. Nie reaguję nerwowo, tylko żyję na ławce, nie mogę usiąść, nie potrafię. Czerwoną dostałem w sytuacji, gdzie sędzia nie podyktował karnego, na którego zasługiwaliśmy. Mielibyśmy zapewne kolejne zwycięstwo. To są niuanse. Innym razem, po meczu z Wartą, sędzia przyznał, że karny powinien być, ale skoro 2:0, to by nic nie zmieniło. A jeśli na finiszu będzie decydował bilans meczów z Wartą? W II lidze mieliśmy lepszy bilans ze wszystkimi rywalami walczącymi o awans, byliśmy spokojniejsi. Wszystko się liczy.

Czy zawód trenera jest szanowany przez prezesów, działaczy?

Nie jest. My jako środowisko też powinniśmy bardziej się szanować. Sami wiemy najlepiej z czym się mierzymy i ile to wyrzeczeń. Patrzę na przykład na selekcjonera, jaki jest hejt – to przerażające.

Co pan sądzi o sytuacji z Opola i ultimatum dla trenera Rumaka?

Rozmawiałem z nim przed meczem. Dla mnie to zachowanie dramatyczne. To nie jest do końca cywilizowane. Mnie też w Sosnowcu pod szatnią zwolnili. To się powinno jednak odbywać z zupełnie inny sposób.

Czego panu życzyć?

Ja bym sobie życzył, nie tylko sobie, ale wszystkim trenerom, żebyśmy mogli cierpliwie pracować.

Rozmawiał Leszek Milewski

KOMENTARZE (1)