Jesteśmy w szoku: to jednak da się nauczyć języka polskiego?
Weszło

Jesteśmy w szoku: to jednak da się nauczyć języka polskiego?

Różnice między polską ligą i zachodem? Są takie, które są nie do przeskoczenia (poziom, finanse, zainteresowanie całego świata), ale i takie, które można łatwo zniwelować. Przykład? Polski piłkarz jadąc do topowej ligi europejskiej przeważnie zobligowany jest do nauki języka. Obcokrajowiec trafiający do Polski… niekoniecznie.

By nie powiedzieć wprost – często ma to w dupie.

Nie chcemy generalizować, bo nie każdy ma olewczy stosunek do nauki języka. Zaimponował nam ostatnio na przykład Kostas Triantafyllopoulos, który zapowiedział, że skoro trafia do Polski, musi porozumiewać się po polsku. W uroczy sposób wywiadów udziela Gerard Badia, Inaki Astiz nie ma najmniejszych problemów z rozmową na każdy temat, świetnie zaaklimatyzował się Marcus da Silva. Do tego dochodzi grupa piłkarzy z Bałkanów, Czech, Słowacji, Litwy czy Ukrainy, która szybko łapie polski język. Spoza tej grupy, wyróżnić można tylko wyjątki.

Wciąż słyszymy dyżurną wymówkę: polski język jest za trudny. I to prawda, jest bardzo trudny. I faktem jest też, że piłkarzom z Bałkanów czy Czech nauka go przychodzi szybciej ze względu na dużą liczbę podobieństw. Mimo to widzimy sporą przestrzeń do zagospodarowania pomiędzy stwierdzeniami “im sam wchodzi język do głowy w magiczny sposób” a “nie chce mi się go uczyć”.

Piszemy o tym, bo zaimponował nam Andreas Wolff, bramkarz PGE Vive Kielce. Na początek obejrzyjmy wywiad…

…a później zastanówmy się: od kiedy Wolff reprezentuje barwy polskiego klubu?

a) od ośmiu lat,
b) od ośmiu miesięcy,
c) od ośmiu tygodni.

Jeśli wytypowaliście ostatnią odpowiedź – brawo. Osiem tygodni. Dwa miesiące. Tyle zajęło Wolffowi nauczenie się podstaw języka polskiego. Gdy redaktor zadaje pytanie w języku niemieckim, on sam przechodzi na polski. Kozak, po prostu kozak. I naszej oceny nie zmienia nawet fakt, że kontrakt podpisał dużo wcześniej, więc w teorii miał więcej czasu na przygotowanie się. Przyjechał do nowego kraju, od razu jest w stanie rozumieć pytania, od razu mówi. Jesteśmy zdumieni i oddajemy szacuneczek.

Jednocześnie to prztyczek w nos piłkarzy: jednak się da. Jednak nie taki ten diabeł straszny, jak go malują. Wystarczy – uwaga, odkrywamy Amerykę – trochę PRACY. Chcielibyśmy żyć myślą, że ci piłkarze siedzą na lekcjach trzy razy w tygodniu, wieczory spędzają przy wycinaniu fiszek, dzień zaczynają od powtórki poznanych słówek. Ale zbyt dobrze znamy ten biznes od środka, by wierzyć, że tak jest. Nie, nie jest.

Samo się nie zrobi. Panowie piłkarze, bierzcie przykład z Andreasa Wolffa. Raz jeszcze – szacunek. I trochę żałujemy, że z Kielc pogoniono już Gino Lettieriego, który przez ponad dwa lata zdołał się nauczyć tylko “dzień dobry” i “dziękuję”. Chyba spojrzałby na Wolffa jak na kosmitę.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (16)