Która grupa społeczna poza kibicami zna cztery zwrotki hymnu?
Weszło Extra

Która grupa społeczna poza kibicami zna cztery zwrotki hymnu?

– Często słyszę od zawodników, że Legia to nie jest korporacja, w stylu „proszę oddać telefon, spakować biurko i do widzenia”. Ci ludzie są związani z tym klubem. Kiedyś wrócą jako kibice, goście i oprócz tych dobrych wspomnień będą mieli w głowie dzień, w którym odchodzili. A można się rozstać w cywilizowany sposób. Jak w Manchesterze United. Odchodzi legenda, gra się mecz towarzyski, charytatywny, niekoniecznie zaraz po odejściu. To jest fajne. A tutaj tego mi brakuje. Od kilku piłkarzy słyszałem, że nawet ich nie wpuszczono do szatni, by zabrali rzeczy – mówi Marek Sierocki, legendarny dziennikarz muzyczny i kibic Legii od kilkudziesięciu lat. Rozmawiamy między innymi właśnie o kibicach, wyjazdach, piłkarzach i trenerach, który budowali legijną tożsamość Sierockiego, ale i o teraźniejszości klubu. Zapraszamy!

Chyba trudno o panu powiedzieć, że jest pan kibicem-pikniem?

Ja kibicuję z krwi i kości. Często oglądam mecze z moim sąsiadem, byłym piłkarzem Legii, Tomkiem Sokołowskim, z którym jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni. Wręcz jesteśmy jak rodzina, moja żona jest matką chrzestną jego córki, która świetnie gra w piłkę nożną. Mieszkamy obok siebie. Pamiętam, kiedyś pojechaliśmy z Tomkiem na wyjazd do Białegostoku, gdy już nie był piłkarzem, Legia przegrała. Wracamy w milczeniu, po jakich 40 kilometrach od Białegostoku, Tomek mówi: – Wiesz co, dzisiaj zrozumiałem, co czują kibice, gdy jadą na wyjazd, a drużyna przegrywa.

Pan swoje wyjazdy liczy w dziesiątkach czy setkach?

Myślę, że było ich grubo powyżej setki. Najbardziej pamiętny to chociażby taki, gdy Legia zdobyła mistrzostwo w Zabrzu. Piotrek Włodarczyk strzelił bramkę, ta piłka leciała, leciała i nie chciała za linię wpaść. Dostałem zaproszenie od moich kumpli ze Śląska i takie mi zaproszenie załatwili, że siedziałem wśród najbardziej zagorzałych kibiców Górnika. Ale oni mówili:

– Panie Marku, niech się pan nie martwi, nic panu nie zrobimy. Jak Legia strzeli bramkę, może pan się cieszyć.

Potem byli w takim stanie, że chyba nawet nie widzieli tej bramki. Małpki z żołądkową gorzką krążyły wśród nich regularnie. Ja miałem satysfakcję, że po wielu latach, gdy Legia przegrała w Zabrzu mistrzostwo, to przyjechałem i Legia to mistrzostwo zdobyła. Choć byłem kierowcą, to powrót do domu był bardzo wesoły.

A jaki wyjazd zagraniczny pan najlepiej wspomina?

Wyjazd do Blackburn, bo był remis. Remis z mistrzem Anglii to było naprawdę coś fantastycznego. W ogóle ta Liga Mistrzów była wspaniała. Wtedy nie byłem na wyjeździe w grupie tylko w Moskwie, nie miałem samolotu czy coś takiego. Natomiast potem udałem się do Aten na ćwierćfinał i choć przegraliśmy, było fajnie. Wesoło pod względem kibicowskim.

Rozumiem, że te małpki z Zabrza przeszły do Aten?

Ha, nawet nie małpki. Poza tym miło wspominam Walencję, choć przegraliśmy sromotnie. Lecieliśmy z nadziejami, że uda się ugrać coś więcej. Jednak mam wrażenie, że gdy piłkarze zobaczyli ten stadion… Dzisiaj obiekt Legii jest piękny, co tu dużo mówić. Jeżeli chodzi o tę kategorię kibiców, którzy mogą wejść, to jest najładniejszy stadion w Europie. Mnie się bardzo podoba.

sier1

Na drugim biegunie, jeśli chodzi o wspomnienia, jest chyba wyjazd do Bukaresztu w Lidze Europy?

To był skandal. Pamiętam, że jak lecieliśmy, to kilka osób – znani kibice Legii – stwierdziło, że nie możemy dać się sprowokować i mamy się zachowywać grzecznie. Tak było. Jednak to, co się działo pod stadionem… Czegoś takiego do dziś nigdy nie widziałem. To było niewyobrażalne. Wciąż pamiętam ten ścisk, w którym nas kontrolowano i traktowano jak bydło. A ta rewizja? Ochroniarz chciał, bym moje klucze od domu rzucił na kupę innych rzeczy. Sorry, to są klucze od mojego mieszkania i ja ich nie dam. Widziałem, jak kobietom zaglądano za biustonosze. Przed stadionem, nie w jakimś odosobnionym miejscu. To miało być coś w rodzaju rewizji osobistej. Rzecz uwłaczająca. Zachowanie Rumunów było skandaliczne. Oczywiście: na wielu wyjazdach były powody, żeby skarcić Legię. Ale tu nie było żadnego. Pamiętam, że jak wróciłem, to, zamiast odsypiać, obdzwoniłem wszystkich swoich kolegów dziennikarzy z Super Expressu, Radia WAWA, ESKI, Panoramy, Teleexpressu. Mówiłem: słuchajcie, uwierzcie mi, Legia wiele razy zasługiwała, żeby ją skarcić, ale nie tym razem. Legia zagrała jedną z najlepszych połów w historii swoich wyjazdów pucharowych i ja tej połowy nie widziałem. Obejrzałem ją na powtórce w telewizji. Wracaliśmy zdegustowani. Na lotnisku pozamykali wszystkie sklepy, bo się bali Polaków. Paranoja.

A miał pan żal do kibiców, że taki mecz jak z Realem, oglądał pan w telewizji?

I do siebie miałem żal w jakiś sposób. Oglądałem to w TV i żałowałem, że go nie widziałem na żywo. Jednak miałem pewną satysfakcję. Dwa dni po tym meczu poleciałem do Barcelony i moi przyjaciele, którzy prowadzą fajny pub, pokazali mi znaczek eLki. Okazało się, że po meczu tam zremisowanym przez Legię, Messi na Twitterze pokazał znaczek Legii.

Jednak chyba przez przypadek?

Ktoś mu podobno powiedział, że to znaczek Legii, która utarła nosa Realowi i on może w ten sposób zdenerwować kibiców Realu. Ci kibice pokazali mi ten znaczek, dowiedzieli się co i jak, wiedzieli, że jestem kibicem Legii, bo czasami, jak tam bywam, to wykupują mi mecz i oglądamy. Czasami się uśmiechają. Pytają, czy ta polska liga nie jest puszczana w zwolnionym tempie? Miałem jednak satysfakcję, że ktoś docenił w Barcelonie ten remis. No, ale po meczu w Dortmundzie, 4:8, nie miałem tak wesołej miny.

A za co miał pan do siebie żal, że nie mógł pan być na Realu?

Że nie mogłem na nim być.

No, ale nie przez pana.

Nie przeze mnie, ale ja się uważam za kibica Legii. Szkoda. Żałuję tego, było minęło, nie ma co wylewać nad tym łez. Jednak poziom kibicowania w Polsce w się zmienił, dzisiaj czegoś takiego by nie było. Dzisiaj zagralibyśmy przy pełnych trybunach. Trzy lata w piłce to dużo. Kibice dojrzewają i rozumieją, że burdami nic się nie osiągnie. Jak bywam w Barcelonie i opowiadam o Legii, to kibice Wojskowych cieszą się ogromnych szacunkiem. Filmiki z dopingami, oprawą, są oglądane przez kibiców Barcy. Potem oni usiłują śpiewać, robić ten doping. No, ale ostatecznie tam jest „ooo”, „aaa”, „Meeeeessi”, oklaski. Nie ma takiego kibicowania jak na Legii. W Warszawie jest 90 minut na spidzie, co niesie piłkarzy.

A może przez te trzy lata kibice nie dojrzeli, tylko nie było okazji do gry w Europie?

Na to pytanie nie odpowiem, bo nie wiem. Ja uważam, że kibicowanie to wiele fajnych, pozytywnych rzeczy. Dzisiaj stało się modne dopingowanie patriotyczne, ale kibice Legii robili to od wielu lat. Oprawy z okazji wybuchu Powstania Warszawskiego i tak dalej. Jestem ciekawy, czy jakaś inna grupa społeczna niż kibice, potrafi zaśpiewać cztery zwrotki hymnu narodowego? Kibice to potrafią. Zauważamy rzeczy złe, ale zauważamy też te dobre. Kampanie, w które kibice wkładają serce. Zbiórki krwi, pomaganie ludziom chorym, opieka nad nimi. Ja kilka razy byłem zapraszany na spotkania z fanami niepełnosprawnymi, nie zawsze mogłem przyjść, ponieważ miałem sprawy zawodowe, ale to się dzieje. Poza tym ja mam wielu kolegów, których poznałem na stadionie. Wielu już odeszło, ale na stadionie poznałem Wieśka Gilera, jego brata Marka. Dzisiaj mi strasznie brakuje tego, że ich nie ma. Wiesiu z własnych pieniędzy wydawał Naszą Legię, sponsorował dzieci z domów dziecka, by przychodziły na stadion. Teraz z góry ogląda swój klub. Te stadionowe przyjaźnie trwają wiele lat i przenoszą się poza obiekt. Spotykamy się na weselach, ale i na pogrzebach.

Wkurzył pana Zbigniew Boniek, mówiąc, że doping Legii to radio?

Zbigniew Boniek mnie zaskoczył parę razy swoimi tekstami dotyczącymi Legii i ogólnie piłki. Nie umniejszając mu tego, jakim był piłkarzem, bo był wybitnym i myślę, że jest dobrym prezesem PZPN-u. Natomiast zdarza się, że zbyt emocjonalnie i zbyt szybko coś powie. Czasami warto ugryźć się w język. Jakie radio? Tych przyśpiewek nie ma żaden klub, ile ma Legia. Nie wolno obrażać ludzi, dla których sensem życia jest kibicowanie. Żyjemy w czasach, w których mecz jest odskocznią od trudnego życia, bo ono gna szybko. Idąc na taką Legię, możemy ten czas zatrzymać na dwie – trzy godziny.

Prezesowi pewnie chodziło o to, że ta przyśpiewka „nie poddawaj się, ukochana ma” potrafi trwać przez 30 minut.

No i ona często przynosiła skutek, bo Legia strzelała ważną bramkę. Każdy ma prawo do swoich opinii, prezes też.

sier2

Mówił pan o Wiesławie Gilarze. On wymyślił „Sen o Warszawie” jako hymn Legii, ale pan też brał w tym udział?

Wiesiek to wymyślił. Kiedyś siedzimy, oglądamy mecz i on mówi:

– Wiesz co, Marek, może byłoby fajnie, gdyby kibice zaczęli śpiewać „Sen o Warszawie”?

Pierwsze moje wrażenie było takie, że to jest super, ale potem:

– To jest trudny utwór. Czesław Niemen nie pisał łatwych melodii, to nie będzie takie proste.

Ale Wiesiek nie ustąpił i przed następnym meczem przyniósł stertę odbitych tekstów „Snu o Warszawie” i rozkładaliśmy, pamiętam, na starej krytej te kartki. Poszedł podkład pierwszy raz i chyba już wtedy zapadło to ludziom w pamięć. Nie umieli tego śpiewać, ale dzisiaj to robi wrażenie. Wówczas był przekaz od spikera, Wojtka Hadaja, który zachęcał i poszło. Potem klub się dogadał z wdową Niemena o prawa autorskie. Moim zdaniem to jest najpiękniejszy polski klubowy hymn. Śmiało mogę powiedzieć, że nasi kibice są niepowtarzalni. Nie chcę powiedzieć, że są najlepsi, ale wszystko, co robią, robią niepowtarzalnie. Nawet jeśli chodzi o puszczanie rac.

Pan jest zwolennikiem rac?

Nie. Jestem wrażliwy na ten smród, który z nich wynika. Mam problemy z oczami. Myślę, że to nie jest dobre.

Władze powinny ostrzej respektować zakaz czy znaleźć kompromis?

Choć nie jestem zwolennikiem rac, moim zdaniem ten zakaz nie powinien być taki ostry. Race powinny być dopuszczalne, ale w jakiś cywilizowany sposób, żeby była ich określona liczba, żeby nie robiły takiego zadymienia. By były dopuszczalne przed meczem albo po. Kibice tego chcą, a futbol jest dla kibiców. Czasami odnoszę wrażenie, że działacze wszystko wiedzą najlepiej. Myślę, że trzeba posłuchać głosu kibiców i pójść na jakieś ustępstwa.

A potem płonie kopuła Stadionu Narodowego.

No wiem. To wynika z tego, że to nie jest ucywilizowane. Gdyby to było jakoś określone, ja się na tym nie znam, przez ludzi od spraw przeciwpożarowych… Może to by jakoś wyglądało.

Kibic lubi wiedzieć więcej.

Działacz też. Powinni znaleźć wspólny punkt.

Pan też się zbliżył do Legii, bo znał piłkarzy z dawnej Legii przez to, że był DJ-em w klubach.

Przychodzili do Hybryd, do Sarpu, czyli dzisiejszej Endorfiny. Potrafili się zabawić, nie powiem, ale też wspaniale grali.

Nie miał pan problemu, że jednak czasem przegrywali, a bywali w klubie?

Tamta ekipa, którą znałem, to przeżywała swoje mecze. Raczej bawiła się na smutno. Czyli nie wchodzili na parkiet. Wszyscy ich oczywiście znali, więc musieli odpowiadać na pytania, dlaczego tak, a nie inaczej. Też trzeba pamiętać: to był inny świat, szary. Wchodziło się do Hybryd, a tam świeciły kolorowe światła, grała zagraniczna muzyka. To było fajne, po prostu.

Nie było takiej psychodeli jak dzisiaj, że piłkarz z piwem jest tylko trochę lepszy od kryminalisty?

Wtedy ludzie nie mieli stacjonarnych telefonów, a co dopiero mówić o komórkach. Nikt nikomu nie robił zdjęć. To był inny świat i myślę, że fajniejszy. Teraz, gdziekolwiek pojawią się piłkarze, to każdy może zrobić im zdjęcie, nagrać filmik. Często ludzie tych zawodników prowokują, zaczepią, hejtują, naplują, bo ktoś miał gorszy dzień. Nie rozumiem tego. Piłkarze to młodzi ludzie. Mają prawo do tego, by czasem wyjść i się zabawić. Czy od razu trzeba im zrobić zdjęcie? Beckenbauer mówił: nie palisz, nie pijesz, nie grasz. Oczywiście to był inny futbol.

jagiellonia legia grafika przedmeczowa

Zmieniła się mentalność piłkarzy czy kibiców?

Myślę, że piłkarzy też. Bardziej profesjonalnie traktują to, co robią. Wtedy nikt nie myślał o diecie. Schabowy to był schabowy ze smażoną kapustą. Przecież na treningu to się wybiega! Dzisiaj ludzie, jak nasz Lewandowski, pokazują, do czego czego można dojść, jak się dba o dietę, prowadzenie, sen.

Paradoksalnie wtedy mieliśmy lepsze wyniki.

No tak. Może ci, którzy umieli się zabawić, jednocześnie lepiej grali. Legia z Ligi Mistrzów też to potrafiła. Słynny Garaż.

Pan się znał dobrze na przykład z Władysławem Stachurskim, który te wyniki miał, bo do dzisiaj nikt nie wygrał dwumeczu na wiosnę.

Oj tak. On był starszy ode mnie, ale jak został trenerem Legii, to się jakoś tak zaprzyjaźniliśmy, chodziliśmy na kawę. Jego syn chodził do szkoły muzycznej, był utalentowanym skrzypkiem, to był temat, który nas zbliżył. Jak Stachurski był dyrektorem sportowym, to jeździliśmy razem na mecze. Przeżyłem jego śmierć bardzo. Szedł po bilety na reprezentację. Zmarł. Też kojarzyłem go z boiska, potrafił mocno kopnąć i walnąć bramkę. Super gość. Wielka klasa. Uwielbiałem go, rozmawialiśmy dużo o muzyce. Ostatni raz trzy tygodnie przed jego śmiercią. Nic nie wskazywało na koniec.

Co decydowało o jego sukcesach?

Miał to coś, charyzmę. Przede wszystkim sam osiągnął wiele jako piłkarz, grał w półfinale Pucharu Europy, grał w złotej Legii z przełomu lat 60. i 70.. Jeżeli ktoś taki zostaje trenerem, to młodzi ludzie mu nie podskoczą. Słynna anegdota: przyjechał Manchester, Władzo powiedział:

– Uważajcie na Lee Sharpe’a.

Ktoś mu zwrócił uwagę, że tu 11 Sharpów biega. Bo Manchester miał reklamę firmy Sharp na koszulkach.

Tamte sukcesy Legii było mimo wszystko dość zaskakujące.

Legia potrafiła się spiąć na wielkie zespoły, ale brakowało i brakuje jej równych sezonów. Zawsze się zastanawiałem: z kim ten zespół traci punkty? Najwięcej chyba z Odrą Wodzisław, która broniła się przed spadkiem. Legia potrafiła dwa mecze przegrać albo zremisować i przegrać. Myślała: a, pukniemy ich bez wychodzenia z szatni. To się często okazywało trudniejsze.

To też może się wywodzić z myślenia „jesteśmy waszą stolicą”.

Jesteśmy tą stolicą. Ale zawsze warto sobie pomyśleć: co by było, gdybyśmy się urodzili gdzieś indziej i gdzieś indziej mieszkali? Co by było? Nie można być zadufanym w sobie. Kilku tych trenerów zagranicznych, którzy prowadzili Legię, nie do końca rozumiało to, że jak Legia jedzie do Białegostoku, to dla Jagiellonii to jest święto. Bo oni zrobią wszystko, żeby z Legią zremisować albo wygrać. To jest temat przez dwa tygodnie czy miesiąc do rozmów towarzyskich. Wszyscy się na Legię spinają i ci trenerzy tego nie rozumieli.

Druga ważna postać, która budowała w panu legionistę, to był Kazimierz Deyna.

Dla niego się przychodziło na mecze. Mając 15 lat, potrafiłem patrzeć tylko na Deynę. To była magia, tego się nie da opowiedzieć. Pamiętam doskonale jego pożegnalny mecz. Przyszliśmy o 15, prosto, usiedliśmy na środku Żylety, ale tam przychodzili starsi i nas cały czas przepychali. Byliśmy bliżej narożnika niż środka. Kazik zagrał jedną połowę w Legii, jedną w Manchesterze. To chyba nie był dla niego najlepszy klub. Podobno interesował się nim Real, pytał kilka razy, ale takie to były czasy, że nie pozwolono mu wyjechać. Myślę, że w Realu czy Interze osiągnąłby więcej. W technicznym klubie. Piłka w końcu lat 70. w Anglii to było, kopnij i biegnij, zupełnie to nie przypominało dzisiejszej Premier League. Eh, łezka mi się kręciła w oku, gdy oglądałem to spotkanie z City. Wówczas nie było tak, że futbol angielski leciał w telewizji. Czasem puszczano mecz pucharowy i to było święto. Ja miałem świadomość, że odchodzi ktoś, kto był najważniejszy. Widziałem, że kończy się pewna epoka. A druga rzecz, którą przeżyłem z Deyną, to była ta, gdy byłem z ojcem na meczu z Portugalią, kiedy Deyna strzelił gola bezpośrednio z rożnego. On dał nam awans na mundial. Stadion gwizdał, bo na Śląsku Deyna nie był lubiany. Ja wtedy tego nie rozumiałem i dziś tego też nie rozumiem. Jak można gwizdać na kapitana reprezentacji? Jednak w Warszawie na Lubańskiego nie gwizdano?

Jak pan się dowiedział o śmierci Deyny?

Z radia. Czułem smutek. Szkoda, że po tym meczu Orłów Górskiego nie wsiadł do samolotu i nie wrócił do kraju. Myślę, że kibice Legii nie pozwoliliby mu niegodnie żyć. Poleciał do USA i zaraz potem zginął w wypadku. To też część legendy.

sier3

Są inne postacie z Legii, które utożsamiły pana z klubem?

Oczywiście. Lucjan Brychczy. To jest świetne, że ten człowiek wciąż jest w klubie. Jest niewiele takich postaci w światowym futbolu, który były czy są związane z klubem jako piłkarz, trener i guru. Fantastyczny człowiek, który wie, że mowa jest srebrem, a milczenie jest złotem. Poza tym znałem się z Władkiem Gortyńskim, świetnym bramkarzem, który niestety pod koniec swojego życia sięgnął dna. Często przechodził w okolicy telewizji, stawialiśmy mu jedzenie, kawę… Niestety los pokierował nim w przedziwny sposób. Nie zapomnę też dwóch sezonów, kiedy Mirek Okoński grał w Legii. To, co ten gościu robił lewą nogą, to było niebywałe. Pamiętam też, że moim ulubionym piłkarz z lat 80. był Janusz Baran. Dzisiaj poważny biznesmen, właściciel największej firmy handlującej oświetleniem.

Więc zapytam pana jako „starego legionistę”. A Michał Kucharczyk?

Bardzo go lubiłem jako chłopaka, z którym kilkanaście razy rozmawiałem, ale też niezwykle go szanowałem jako piłkarza. W sytuacji, w której bramka powinna paść, ona nie padał, ale gdy nic z tego nie będzie, tak myślałem, on strzelał. Myślę, że jednej rzeczy Legia musi się nauczyć. Żegnania się z piłkarzami. Często słyszę od zawodników, że Legia to nie jest korporacja, w stylu proszę oddać telefon, spakować biurko i do widzenia. Ci ludzie są związani z tym klubem. Kiedyś wrócą jako kibice, goście i oprócz tych dobrych wspomnień będą mieli w głowie dzień, w którym odchodzili. A można się rozstać w cywilizowany sposób. Jak w Manchesterze United. Odchodzi legenda, gra się mecz towarzyski, charytatywny, niekoniecznie zaraz po odejściu. To jest fajne. A tutaj tego mi brakuje. Od kilku piłkarzy słyszałem, że nawet ich nie wpuszczono do szatni, by zabrali rzeczy. Łukasz Broź to choćby mówił, a zrobił dla tego klubu sporo.

Kucharczyk jest legendą Legii?

Dla mnie jest. Spędził w tym klubie masę czasu i tak jak mówiłem: strzelił wiele ważnych goli.

Odszedł za czasów Mioduskiego. Jak ocenia pan jego samodzielne rządy?

Piłka to jest niby prosty sport, a wymagający cierpliwości i doświadczenia. Mioduskiemu tego mam nadzieję – użyje czasu przeszłego – brakowało. Nie wiem, kto mu szeptał do ucha, ale kiedyś mu źle szeptano. Jakim pomysłem było sprowadzenie trenera, który prowadził tylko akademię piłkarską? Potem przejął to jego asystent, tyle że ta drużyna i bez Klafuricia zrobiłaby dublet. Chorwat został, przegrywał, więc przyszedł gość wybuchowy jak zamachowcy Al-Kaidy. Mioduski myślał, że on się zmieni w Legii? Relacje między zawodnikiem a trenerem są mega ważne. Nie można obrażać piłkarzy. Tekst Jozaka po meczu z Lechem był dla mnie poniżej pasa.

Legia wróci w ciągu pięciu lat do Ligi Mistrzów?

Bardzo bym chciał. Ale właśnie: trzeba być cierpliwym.

Rozmawiał PAWEŁ PACZUL

Fot. FotoPyk

KOMENTARZE (36)