Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Najpierw była Jugosławia. Następnie Serbia i Czarnogóra, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Chorwacja i Słowenia. Wreszcie dziś: Serbia, Czarnogóra, Kosowo, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Chorwacja oraz Słowenia. Za każdym razem, gdy wydawało się że kolejny rozłam przynajmniej w kwestiach sportowych spowoduje regres – kolejne małe państwo byłej Jugosławii pokazywało, że w tamtym regionie sport jest po prostu nieśmiertelny.

Chorwaci zanim jeszcze dogasły ostatnie pożary po wojnie z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, zdobyli brązowy medal piłkarskich Mistrzostw Świata, przebijając największy sukces w historii Jugosławii, IV miejsce w 1962 roku. Bośnia i Hercegowina, choć głęboko podzielona politycznie, posiadająca na swoim terenie miasta czysto serbskie i chorwackie, awansowała na Mistrzostwa Świata w 2014 roku, a Edin Dżeko i Miralem Pjanić to zawodnicy ze ścisłego europejskiego topu. Słoweńcy wygrali Eurobasket w 2017 roku, a i w piłce nie mają się czego wstydzić – na mundialu byli już dwukrotnie, a dziś stać ich na pokonanie na przykład 20 razy liczniejszych Polaków.

Swoje mniejsze i większe sukcesy notują tam wszyscy, a trzeba pamiętać, że z piłkarskiej mapy nie zniknęli też Serbowie, którym systematycznie okrajano grupę selekcyjną. Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych Jugosławia wygrała mundial U-20, w składzie obok Czarnogórca Mijatovicia biegali Chorwaci Suker czy Prosinecki, do dyspozycji była cała masa talentów od Słowenii po Macedonię. Rokrocznie selekcjonerom ubywało ludzi, aż do dzisiejszej sytuacji, gdy Serbia musi sobie radzić nawet bez Joveticia, który przecież w młodzieżówkach strzelał dla reprezentacji Serbii i Czarnogóry.

Kosowo, o którym w tej przerwie reprezentacyjnej jest najgłośniej, to żywy dowód na to, jak specyficznym regionem są Bałkany.

Trudno sobie przecież wyobrazić państwo startujące z trudniejszego poziomu. Ogromny sąsiad, który nie uznaje autonomii, a co dopiero niepodległości i wciąż uważa, że Kosowo jest serbskie. Skomplikowana sytuacja na arenie międzynarodowej, gdzie losy państwa są tak naprawdę kartą przetargową w rozgrywkach najmożniejszych. Trudna sytuacja wewnętrzna, potęgowana przez przestępczość oraz wciąż żywe spory z czasów wieloletniej wojny. Niewielka liczba mieszkańców, wśród których nadal istotny procent stanowią mniejszości narodowe. Z perspektywy sportu – trudności niemal nie do pokonania. Wszystkie możliwe plagi, wszystkie możliwe klęski, od narkotyków i fałszowania pieniędzy, po pół-legalny handel organami, o którym pisała choćby „Rzeczpospolita” w tym miejscu.

Liczba mieszkańców? Trochę jak Warszawa. Bezpieczeństwo? Czytając notkę o Kosowie na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych trafiamy na takie fragmenty:

Należy unikać wyjazdów w ogarnięte konfliktem północne rejony kraju (w praktyce – leżące na północ od stolicy kraju – Prisztiny). Zagrożenie przestępczością pospolitą w Kosowie jest wysokie. Należy zachować szczególną ostrożność podczas postojów na małych, niestrzeżonych parkingach przydrożnych, a w nocy w ogóle się na nich nie zatrzymywać. Korupcja w Kosowie jest bardzo wysoka. Nierzadko też mieszkańcy Kosowa upatrują w spotkaniu z cudzoziemcem szansy na uzyskanie dodatkowego dochodu. Należy unikać moteli i tanich hoteli usytuowanych zwykle na obrzeżach miast, z racji tego, iż mogą wystąpić tam zagrożenia takie jak, np.: kradzieże, zakłócanie ciszy nocnej, nagabywanie (szczególnie młodych kobiet), handel narkotykami, nielegalny hazard, prostytucja.

Kosowo nie ma jeszcze w pełni funkcjonującego systemu prawa oraz aparatu jego egzekwowania.

NO SPOKO!

Ale już pal licho, historia widziała przypadki, gdy właśnie na takim betonie rosły sportowe róże. Zanim ciężar szkolenia wzięły na siebie sterylne akademie, talenty musiały przepłynąć przez rzeki brudu w slumsach Rio de Janeiro i tak dalej. Do dziś zresztą wielu sądzi (moim zdaniem błędnie), że tylko takie ekstremalne warunki mogą zahartować charakter wielkiego sportowca.

Natomiast jest jeszcze jeden aspekt, działający na niekorzyść kosowskiej piłki mocniej niż narkotyki czy inny handel organami.

Jest nim Albania.

Może się to oczywiście wydawać dziwne, biorąc pod uwagę, że 1,8 miliona ludzi w Kosowie (czyli jakieś 90%) identyfikuje się jako Albańczycy, może się to wydawać dziwne, jeśli spojrzymy na pierwsze mecze Kosowa, rozgrywane jako propagandowe show właśnie z reprezentacją Albanii. Albańczycy dyplomatycznie rozgrywali temat Kosowa, zabiegali o jego autonomię i niepodległość, jako pierwsi zaczęli traktować jako równorzędnego partnera. Futbol oczywiście był jedną z dróg na zaznaczanie obecności swoich ludzi na tym terenie – podobnym jest zresztą istnienie albańskiej Shkendiji Tetowo na terenie Macedonii Północnej.

Ale jednocześnie Albania była jak większy brat. Wystarczy spojrzeć na jej skład, w którym bez trudu znajdziemy ludzi z kosowskimi korzeniami – w jedenastce, która ugrała awans na Euro 2016 w Armenii znalazło się dwóch piłkarzy urodzonych w Kosowie oraz czterech z korzeniami w tym regionie, którzy urodzili się w rodzinach uchodźców na terenie Szwajcarii. O, jak już przy Szwajcarii jesteśmy – Kosowianie to przecież istotna siła również w tej reprezentacji, by wspomnieć Shaqiriego i Xhakę. Szczególnie ten pierwszy brylował w patriotycznych gestach, montując sobie na butach flagi Szwajcarii, Albanii oraz Kosowa. Na nieszczęście dla tej ostatniej reprezentacji – mimo możliwości zmiany barw po oficjalnym włączeniu Kosowa w skład UEFA, gwiazdor pozostał przy szwajcarskich barwach.

Takie właśnie miało być Kosowo. Najlepsi piłkarze kosowskiego pochodzenia mieli grać dla Szwajcarii, która na dzieciach imigrantów oparła w dużej mierze swój zespół. Bałkański charakter, szwajcarska precyzja w szkoleni – i cyk, z tego kraju w świat ruszyli tacy goście jak Rakitić, Shaqiri czy rodzeństwo Xhaka. Ci, którzy byli za słabi na Szwajcarię, mogli spokojnie wybrać Albanię, która chętnie przyjmowała w swoje szeregi etnicznych Albańczyków urodzonych na terenie dawnej Serbii/Serbii i Czarnogóry/Jugosławii a obecnego Kosowa. Dla Kosowa miał zostać ostatni sort pomarańczy oraz prawdziwych kosowskich patriotów, którzy nie zdecydowali się na walkę o miejsce w reprezentacjach swoich nowych (Niemcy, Szwecja, Szwajcaria, Austria) czy etnicznych (Albania) ojczyzn.

No i co? Ten ostatni sort pomarańczy od towarzyskiego meczu z Łotwą w końcówce 2017 pozostawał niepokonany aż do meczu z Anglią, przegranego po świetnej walce 3:5. Po drodze był bilans 4-2-0 w Lidze Narodów, ogranie Maltańczyków, ale i posiadających pewne tradycje piłkarskie Azerów i Farerów. Towarzyski remis z Danią jeszcze niczego nie wyjaśniał, ale już mecze o punkty w drodze po Euro 2020 – tak. Kosowo zaczęło od dwóch zaskakujących remisów z Bułgarią i Czarnogórą, a potem już totalnie odpięło wrotki, pokonując Bułgarię na wyjeździe i Czechów u siebie. Mecz z Anglią zamiast starcia hegemona grupy z jej outsiderem stał się starciem o pierwsze miejsce.

I wyglądał momentami tak:

A przecież tak jak napisał cytowany Kamil Rogólski – trzech ważnych piłkarzy z pierwszego zespołu wypadło z gry. Oczywiście Anglia mogła tu się pokusić o jeszcze wyższy wynik, cały mecz to radosny futbol i niewiele bronienia, ale nie da się deprecjonować osiągnięć Kosowa w ostatnich miesiącach.

Valon Berisha i Celina dla Kosowa „rzucili” Norwegię, Hadergjonaj Szwajcarię, Muslija Niemcy, Muric Czarnogórę, Voca i Muriqi – Albanię. Część z nich i tak by nie grała w nowych reprezentacjach, ale część postawiła na Kosowo z potrzeby serca, pamiętając opowieści rodzinne o tym, ile wycierpiało to miejsce na ziemi. Polityczny galimatias to jedno, przepychanki na szczytach władzy i pomiędzy dyplomacjami światowych potęg mogą budzić kontrowersje czy wręcz obrzydzenie. Druga sprawa to zwykłe ludzkie historie, które dzisiaj poznajemy. A każdy z korzeniami w Kosowie – czy to Albańczyk dotknięty działalnością jugosłowiańskich wojsk, czy Serb przepędzony z tego regionu, mógłby ich opowiedzieć dziesiątki. Zresztą, przecież już to wszystko przerabialiśmy. Serbów, którzy opowiadali o bombardowaniach Belgradu, o ojcach i wujach, którzy nie wrócili z frontu. Chorwatów, którzy wyjaśniali jaką wagę miało dla nich stworzenie własnej, niezależnej i niepodległej reprezentacji. Słoweńców, Bośniaków, Czarnogórców i tak dalej.

Nie wiem, czy zganianie tego wszystkiego na wciąż żywe wojenne wspomnienia jest odpowiednie, mam wrażenie, że to droga na skróty i przesadne dopisywanie teorii do faktów.

Nie da się jednak zaprzeczyć, że Kosowo jest już siódmą reprezentacją powstałą na gruzach Jugosławii. I siódmą, która niesie za sobą bagaż bolesnych historii, ale i dumę z teraźniejszych dokonań.

KOMENTARZE (13)