Zawsze lekceważymy kogoś, kogo mało znamy
Weszło

Zawsze lekceważymy kogoś, kogo mało znamy

O grze w Championship Managera. O szczęśliwym płaszczu. O audiencji u Jana Pawła II, który pilnie śledził mecze kadry. O szamanach, którzy obiecywali pomóc drużynie wysyłając dobre fluidy, o tym co jest najtrudniejsze w pracy selekcjonera, a co najpiękniejsze, o tęsknocie za ławką trenerską, jaka dotyczy każdego trenera, jakby się nie spełniał w innej pracy.

Z byłym selekcjonerem reprezentacji Polski, Jerzym Engelem, spróbowaliśmy wczuć się w dolę Jerzego Brzęczka, nie unikaliśmy też bieżących pytań o kadrę. Zapraszamy.

***

Co pana zdaniem przeżywa teraz trener Brzęczek?

Wszystko jest pod kontrolą, mamy przewagę punktową i jedną wpadkę za sobą, która powoduje, że wytworzyła się wokół reprezentacji atmosfera krytyki, ale to normalne. Nie pamiętam zespołów, które zdobywałyby mistrzostwo samymi zwycięstwami. Słoweńcy zagrali bardzo dobry mecz, a Ilicić stanął nie tyle na wysokości zadania, co zagrał fantastycznie.

Niemniej przykro było, że w takim meczu nie byliśmy w stanie narzucić swojego sposobu gry, że nasi napastnicy nie oddali ani jednego strzału, co świadczy o tym, że linia środkowa nie potrafiła przygotować żadnej sytuacji, bo przecież w ataku mamy dwóch wspaniałych piłkarzy, którzy wiedzą jak zamienić dobre podanie na gola. Pomoc nie wykreowała nic. Zieliński i Klich potrafią grać kreatywnie, ale tego nie pokazali. Dodać do tego trzeba też formację obrony, która praktycznie nie istniała – żadnej asekuracji, dyscypliny, podczas gdy Słoweńcy swoje atuty poparli wielką ambicją i determinacją. To wszystko złożyło się na karb wpadki, która mogła się wydarzyć i się wydarzyła. Natomiast jestem optymistą przed meczem z Austrią, 58 tysięcy kibiców na Narodowym poniesie nasz zespół.

Wie pan, sprawdzałem ujęcie statystyczne, i tak naprawdę mecz ze Słowenią wyglądał łudząco podobnie do meczu z Macedonią Północną. Tam napastnicy oddali jeden strzał – celny, do siatki, ale wiemy jak on wyglądał, samo szczęście. Zastanawiam się więc czy to wpadka.

Nasz zespół w taki sposób rozgrywa mecze, my nie dominujemy, nie kreujemy nie wiadomo ilu sytuacji, tylko tworzymy nieliczne i zamieniamy je na gole. To oczywiście oznacza, że cały czas trzeba pracować nad linią środkową, to jest dla nas najważniejszy element. Bazowaliśmy do tej pory na solidności w defensywie i skuteczności ataku, to nam dawało przewagę, niemniej kiedy zabrakło Glika, lidera naszej obrony, a na lewej stronie zagrał prawonożny Bereszyński… W niektórych meczach wyglądał tu dobrze, ale uważam, że i tak mamy tu problem.

Jakby pan porównał potencjał obecnej reprezentacji Polski do tej, którą pan prowadził?

Tego nie da się porównać, inne czasy, inny futbol. Myśmy jako Polska byli w zupełnie innej sytuacji, takich gwiazd nie mieliśmy, naszą siłą była zespołowość. Wszystko oparte było o wyuczone elementy gry i wielką determinację, wiedzieliśmy czym nadrobić. Jak porównamy atak, Kryszałowicz-Olisadebe, też dobry, ale z parą Lewandowski-Piątek… Trudno to porównywać.

Natomiast ja bym nie wracał do tamtej reprezentacji, zrobiła co do niej należało. Przełamała pewną barierę niemocy, która drążyła nasz futbol przez szesnaście długich lat i to było najważniejsze, co jej się udało. Teraz mamy gwiazdy światowego formatu, bo tak trzeba nazywać obu naszych napastników, a z drugiej strony jest świetne zaplecze: widzę młodych piłkarzy, których w tym momencie w kadrze nie ma, ale powoli wchodzą do pierwszej kadry. Niedawno wszedł Bednarek, został na stałe Piątek, jest Bielik, a wiemy po Euro U21, że ta kadra to nie tylko jedenastu graczy na poziomie reprezentacyjnym, ale zaplecze znakomite.

Tak się zastanawiałem nad Radosławem Murawskim, który przez nikogo nie jest brany pod uwagę w kontekście kadry, a gra wszystko w lidze tureckiej. U pana byłby pewniakiem w powołaniach, kandydatem do gry w pierwszym składzie. Kiedy więc wymagać, jak nie teraz?

Dlatego po Słowenii byliśmy wszyscy lekko sfrustrowani. Jeśli jeden Ilicić kradnie cały show, a w pierwszej połowie naszym najlepszym zawodnikiem jest bramkarz… Ilicić nie był niespodzianką, wszyscy wiedzieli ile potrafi, nawet w telewizji dziennikarze analizowali jego stałe fragmenty gry, a jednak wyszło jak wyszło. Moim zdaniem brak dyscypliny w tyłach, może przez brak Kamila Glika, którego brakło też mentalnie, on samą swoją obecnością wzmacnia ducha tej drużyny. Niemniej nie zapominajmy, że wciąż mamy pierwsze miejsce i ta porażka aż tak wiele nie komplikuje, trzeba ją przepracować, zrobić korektę i ograć Austriaków.

Z drugiej strony, dzisiaj na Euro jedzie tyle drużyn, że może nie powinniśmy przy obecnym stanie posiadania ekscytować się awansem. Mam wrażenie, że to trochę pokłosie dawnych czasów, kiedy ten awans był fetowany, tymczasem w aktualnym formacie mistrzostw Europy powinien być obowiązkiem, a pytać powinniśmy o Euro.

Zgadzam się, że eliminacje należy potraktować jako dobre przygotowanie do finałów, tam trafią nam się dopiero trudne mecze. Jesteśmy faworytem swojej grupy, byliśmy losowani z pierwszej koszyka, dolosowano nam takie zespoły a nie inne. Te zespoły, Izrael, Słowenia – mimo zwycięstwa nad nami – czy Austria nie są lepsze od nas, nie mają większego potencjału, tu wszystko zależy tylko i wyłącznie od naszej formy, postawy.

Czy widzi pan styl tej reprezentacji?

Od lat reprezentacja Polski miała ten sam styl: dobrze broniła i szybko przechodziła do kontry. To było najbardziej skuteczne. Od czasu do czasu odgryzaliśmy się jeszcze dobrym stałym fragmentem gry, to była nasza siła. Do tego moim zdaniem trzeba wrócić, do solidnej gry w tyłach, szybkiego przechwytu i błyskawicznych kontr. Z jednej strony Grosicki, z drugiej inny szybki skrzydłowy, wcześniej był to Błaszczykowski, później liczyliśmy, że kimś takim stanie się Frankowski, teraz mamy zupełnie inny sposób gry z próbowanym na prawej stronie Zielińskim. Niemniej symboliczne, że nawet na Euro 2016, gdzie odnieśliśmy największy sukces w ostatnich latach, naszym największym atutem była bardzo zdyscyplinowana defensywa. Niestety i teraz nie mamy wielkich kreatorów środka pola, jest bardzo dobry Krychowiak, ale jednak jego największe atuty to przerywanie akcji, nie jest reżyserem. Mieli to robić Klich z Zielińskim, ale choć Zieliński pokazał, że dobrze drybluje, nawet gdy jest w sytuacji jeden na dwóch, to brakło tego ostatniego podania.

Jakie jest pana zdanie o Piotrze Zielińskim? Na jego temat trwa prawie ogólnonarodowa dyskusja.

Zieliński grał już w kadrze na czterech różnych pozycjach, ale moim zdaniem najlepiej czuł się grając za Lewandowskim na środku, to były najlepsze mecze Zielińskiego, z Robertem współpracował bardzo dobrze. Oczywiście jeśli gramy na dwóch napastników, to ciężko tam ustawić Zielińskiego, bo to już trzech zawodników o mocno ofensywnych inklinacjach, natomiast stan posiadania kadry jest taki, że to przyjemny ból głowy selekcjonera.

Selekcjoner Brzęczek spotyka się z dużą krytyką. Pan wie jak to jest, przez pierwsze miesiące pana rządów nie było lekko.

Każdy z nas, selekcjonerów, mocno przeżywał bardzo ostrą krytykę, która zawsze spada na nasze głowy po nieudanych meczach, a każdy te nieudane mecze miał. Pojawia się wtedy taka złość, która mobilizuje. Inna sprawa, że krytyka swoją drogą, media mogą pisać co chcą, eksperci mówić co chcą, ale selekcjoner i reprezentacja żyją swoim wewnętrznym życiem. Oni najlepiej wiedzą co było dobre, co złe, co należy poprawić, jak zagrać, żeby zwyciężyć. To, co na zewnątrz, ma o wiele rzadziej wpływ na życie drużyny niż się wydaje.

Co jest najtrudniejsze w pracy selekcjonera?

Selekcja. Oraz stworzenie klimatu zespołu, żeby piłkarze szanowali się wzajemnie, umieli poświęcić dla kadry. To są najtrudniejsze kwestie. Wszystkie sprawy taktyczne, wyjście zespołu na plac – to są sprawy techniczne. Każdy trener ma przed meczem plan, wie jak wygrać mecz, natomiast stworzenie odpowiedniego klimatu i przekonanie zawodników do tego planu, wzbudzenie dodatkowych pokładów poświęcenia – to sztuka.

Co ma pan na myśli mówiąc, że najtrudniejsza jest selekcja? Chodzi o przywiązanie się do nazwisk?

Przywiązanie się do nazwisk… Reprezentacja jest zespołem, musi ze sobą współpracować jako grupa, musi istnieć pewna hierarchia, zależności. Dlatego selekcja jest szalenie ważna i trudna. Po pierwsze, dobierać graczy w najlepszej formie, ale też wprowadzać ich w zespół, wiedzieć, że do tego zespołu pasują mentalnie, nie popsują klimatu. Selekcjoner musi szybko reagować na błędy selekcyjne, bo te są normalne, zdarzą się, ktoś okaże się niewypałem i trzeba skorygować.

Jak to wygląda z punktu widzenia prozy życia, ten proces selekcyjny, to zarwane noce?

Oczywiście, że tak. Każdy selekcjoner boryka się z wątpliwościami, które ostatecznie rozstrzyga dopiero boisko. To były jednak troszkę inne czasy, przypomnę, że mieliśmy podstawową siedemnastkę, która była pewniakami, ale na mundial pojechało wielu ludzi, którzy nie grali w eliminacjach. Nie mieliśmy tak bogatej gamy powołań.

Selekcjoner kadry narodowej: jak wielki to ciężar odpowiedzialności?

Jak jest się trenerem klubowym, nawet najlepszym, czuje się odpowiedzialność przez maksymalnie kilkuset tysiącami kibiców. Reprezentacji Polski kibicuje cały naród, to odpowiedzialność czterdziestomilionowa. A nawet większa, Polacy są rozsiani po całym świecie, mogę przytaczać dziesiątki opowieści, gdzie ktoś w dalekim zakątku świata oglądał mecz, w pewnym sensie pielęgnował swoją polską tożsamość przez kibicowanie kadrze. Każdy Polak ma też w sobie żyłkę selekcjonera, radzi, że tak powinno się zrobić lub inaczej.

Często zupełnie obce osoby sugerowały panu inne powołania lub rozwiązania?

Oczywiście. Niektórzy czekali na mnie przed PZPN-em, a jak wychodziłem i szedłem do auta tłumaczyli nowe warianty gry, system trójkątów, sposoby podań – każdy ma swoją koncepcję, każdy chce dobrze. Byli nawet domorośli szamani, którzy chcieli pomóc: przychodzili i mówili, że wystarczy postawić zdjęcie kadry na biurku, a on będzie przekazywał dobre fluidy.

W domu do dzisiaj pozostała mi wspaniała kolekcja słoni z podniesionymi trąbami. Kiedyś dostałem jednego od córki, gdzieś powiedziałem, że mam takowego na szczęście, a potem ludzie przysyłali mi kolejne. Kiedyś tuż przed meczem słownia wręczył mi przyjaciel, Jurgen Grabowski, pracujący w RPA. Raz przed meczem w Chorzowie stał nieopodal ojciec z chłopcem na ręku, wymalowani w biało-czerwone barwy, też dostałem słonia. Dzisiaj ten chłopiec to dorosły mężczyzna, kiedyś go spotkałem i pytał, czy pamiętam tamto zdarzenie. Każdy kibic w jakiś sposób chciałby pomóc, wszyscy krytykują w dobrej wierze.

A co się stało z pana szczęśliwym płaszczem?

Jest, ma się dobrze. Mam anegdotę na jego temat. Wychodzę z PZPN, podchodzi starsza pani.

– Panie Jerzy, czy to ten szczęśliwy płaszcz?

– Nie, to nie jest ten. Tamten poszedł do pralni.

– Jezus Maria, czy pan zwariował, ukradną i co my zrobimy.

Płaszcz żyje swoim życiem, był już na wystawach Stefana Szczepłka, nie zakładam go często, ale nie ukrywam, jak robi się chłodniej, czasem go jeszcze wezmę na mecz.

To chyba najlepsze w pracy selekcjonera, te spotkania z kibicami.

Do dnia dzisiejszego, czy w sklepie czy w teatrze, widzę, że wielu Polaków ma tamtą reprezentację w sercu. Wielu młodych kibiców wtedy łyknęło reprezentacyjnego bakcyla, wróciła moda na kadrę. Nawet Jan Paweł II, nasz święty Polak, kiedy byliśmy u niego na audiencji, powiedział, że reprezentację ogląda z przyjemnością, bo ona ma duszę, a ta dusza to waleczność, którą się widzi w każdym meczu.

Co jeszcze panu zapadło z audiencji u Jana Pawła II?

Po trzech meczach eliminacji byliśmy liderami, przyjął nas w bibliotece papieskiej. Jan Paweł II był doskonale zorientowany w losach reprezentacji. Rozmawialiśmy długo o kadrze, o tym, jak trudno było stworzyć tą drużynę. Jan Paweł II powiedział, żebyśmy dawali radość Polakom, podkreślał, że musimy zrozumieć, że nasze sukcesy, zwycięstwa, dają uśmiech każdemu, nawet tym najbardziej poszkodowanym przez los, dlatego reprezentacja jest tak ważna. Kapelan reprezentacji Adam Zelga przywiózł nam papieskie dyplomy, imienne, bezpośrednio od papieża dla każdego zawodnika. Zawierały przesłanie: żebyśmy wierzyli w to, że potrafimy. To były fantastyczne dni, cudowny sen.

Czy Jan Paweł II też, jak wszyscy Polacy, miał żyłkę selekcjonera i sugerował rozwiązanie taktyczne lub nazwisko?

Nie, nie. Ja natomiast spytałem:

– Święty Ojcze, jesteśmy na pierwszym miejscu w grupie, czy awansujemy w przyszłym roku? Co mówią niebiosa?

– Ja już wiem, ty dowiesz się za rok.

Panie trenerze, słyszałem, że bardzo chętnie grał pan w menadżery piłkarskie.

Tak, poznałem je na Cyprze, mój syn grał cały czas, w Polsce ich jeszcze nie było. Jako, że Cypr jest bardzo mocno związany z Anglią, w związku z tym mieliśmy taką grę.

To był Championship Manager, prawda?

Tak, Championship Manager, bardzo dobra gra, dzisiaj seria unowocześniania. Myśmy grali wtedy na angielskich zespołach najwięcej, syn był wielkim fanem Liverpoolu, a córka Manchesteru United. Na Cyprze były łatwo dostępne angielskie kanały, więc tą ligę się na co dzień oglądało, o polską było trudniej. Ja czasem wybierałem też któregoś z hiszpańskich gigantów.

Grał pan w Championship Managera również jako selekcjoner?

Tak, podpatrywałem czasem jak określano naszych piłkarzy, jakie przypisywano im cechy – uważam, że odwzorowano to nieźle. Wiem, że były postacie takie jak Harasimowicz, ale ci kadrowicze byli dość wiernie oddani. Czasem sprawdzałem również co Championship Manager sądzi o naszych rywalach, choć oczywiście należy do tego zachować pewien dystans, ale ciekawostkowo nie zaszkodzi.

Tęskni pan za ławką trenerską?

Jestem analitykiem UEFA od 11 lat, jeżdżę na mecze Ligi Mistrzów, Ligi Europy, teraz podczas Superpucharu wybierałem najlepszego piłkarza meczu. Niemniej rzeczywiście, każdemu trenerowi, czego by nie robił, brakuje zapachu trawy. Ten zapach trawy jest najbardziej cenny. On powoduje, że mamy swoje małe królestwo, możemy zarządza – tego brakuje.

Co w tym takiego jest, że się tak tęskni?

Twórczość. Każdy z nas, trenerów, jest twórcą. Tworzymy żywe obrazy współpracując z ludźmi. Motywujemy te zespoły. Pracujemy pod presją. Patrzymy jak rozwijają się talenty. To setki rzeczy, które są szalenie ważne, żeby zespół się rozwijał.

Czy żałuje pan czegoś, co zdarzyło się w Korei lub przed?

Jednego: wiedzieliśmy, że będzie bardzo trudny kontakt z Polską, przypomnę, to był 2002 rok, nie było tak powszechnego internetu. Wymyśliliśmy, że zrobimy centrum komputerowe, każdy będzie miał swój komputer i spokojnie będzie mógł kontaktować się z rodziną, patrzeć jak reagują media, sprawdzać wszystko. To był błąd. Wielki. Piłkarze byli krytykowani bardzo mocno, w mojej opinii w sposób nieprzystający do tego, jak powinna odbywać się krytyka. Nie było już sposobu, by się od tego odciąć, wrócić do tego wewnętrznego życia drużyny.

Piotr Świerczewski mówił mi w wywiadzie, że drużyna zlekceważyła Koreańczyków.

My zawsze lekceważymy kogoś, kogo mało znamy. Korei nikt nie znał za bardzo, piłkarze nie grali w wielkich klubach, i choć wszystkie uwagi, jakie przywoził Edward Klejdinst, a na które kładliśmy nacisk, były przyjmowane ze zrozumieniem, tak gdzieś czuło się postawę: a, straszą nas, Korea nie jest taka dobra. Tymczasem ta reprezentacja była praktycznie na półrocznym zgrupowaniu przed mundialem, żeby się przygotować.

Na filmie dokumentalnym Tomasza Smokowskiego o występie kadry na mundialu w 2002 widać, jak w przerwie jest pan wściekły. Trochę inny obraz od tego, jaki znali kibice.

Kamera rzadko bywa w szatni, wyglądam jak dobroduszny facet, ale umiem reagować. Tak, byłem wściekły, bo myśmy nie grali tego, co sobie założyliśmy. W tym momencie trener, patrząc na to, że odchodzimy od przyjętego na mecz planu, widać, że zespół ma coraz mniejsze szanse, szuka impulsu, by pobudzić zespół, aby ten wrócił do założeń.

Na tym dokumencie jest taki moment, gdy jako jedyny typuje pan wygraną Senegalu z Francją. Skąd pan wiedział?

Obejrzeliśmy Francja – Korea tuż przed mistrzostwami, w tym meczu kontuzji doznał Zidane, który stanowił wtedy połowę wartości reprezentacji Francji. Tymczasem Senegal był bardzo mocny fizycznie, większość zawodników z Ligue 1.

Czego panu życzyć?

Zdrowia.

Wszystko w porządku z pana zdrowiem?

Niedawno chorowałem na zapalenie płuc, osiem dni, ale już jest wszystko okej.

Rozmawiał Leszek Milewski

KOMENTARZE (7)