Wynik przyzwoity, styl paskudny
Weszło

Wynik przyzwoity, styl paskudny

Cóż to był za paskudny, okropny, żałosny paździerz. Gra reprezentacji Polski, zwłaszcza w pierwszej połowie, była wykwintna jak kanapka z baleronem. Piękna jak waran z Komodo. Przyjemna jak angina, jak łyk wygazowanego piwa, jak nadepnięcie na samotnie leżący klocek LEGO. Poukładana jak system gospodarczy w Zimbabwe. Doszlifowana jak scenariusz filmu „Polityka”. Przemyślana jak biznesowe posunięcia Mike’a Tysona. Efektowna jak pokaz żonglerki na festynie wiejskim w Krasnolipiu. To jest naprawdę niewiarygodne, że drużyna naszpikowana poważnymi postaciami europejskiej piłki może grać aż tak źle i chaotycznie. Tak po prostu nie wypada. To nie jest ekipa, którą stać jedynie na granie lagi do skrzydła z nadzieją, że tym razem Grosicki się urwie i dla odmiany kopnie futbolówkę z minimalnym pomyślunkiem.

Przecież to nie jest tak, że Robert Lewandowski nie umie opędzać się od obrońców. Umie. Ale w reprezentacji Polski dostaje piłkę w sytuacjach tak trudnych, że siłą rzeczy większość z nich musi przegrać. A kiedy już trafia coś łatwiejszego, często zwyczajnie brak mu energii, żeby się odpowiednio zachować.

To nie jest tak, że Piotr Zieliński nie umie celnie podać na pięć metrów. Umie. Ale kiedy w drużynie nie funkcjonują automatyzmy, kiedy środkowa strefa boiska przypomina ziejący pustką krater, tacy zawodnicy jak środkowy pomocnik Napoli tracą 90% swoich atutów i bardziej na boisku przeszkadzają niż pomagają.

To nie jest tak, że Bartosz Bereszyński nie umie trzymać linii spalonego. Umie. Ale niekoniecznie wtedy, gdy gra na pozycji, którą nie do końca zna i rozumie. Na której nie czuje się naturalnie. I – co też ważne – nie w sytuacji, gdy reprezentacja broni się prawie cały czas. Broni rozpaczliwie, chaotycznie, za głęboko, zbyt desperacko. Prędzej czy później muszą pojawić się błędy. Nawet Grecja w 2004 roku je popełniała, nawet Inter za kadencji Mourinho je robił. „Obrona Częstochowy” czasem przynosi efekt, ale zwykle jest proszeniem się o nieszczęście. Polacy dzisiaj prosili się o nie przez 90 minut i tylko nieskuteczności Austriaków mogą zawdzięczać fakt, iż koniec końców im się upiekło. Marko Arnautović mógł o wyniku zadecydować właściwie w pojedynkę, lecz kolejny raz potwierdził, że z jego silną psychiką jest podobnie jak u jednego z bohaterów filmu „Chłopaki nie płaczą”. Dopóki trzeba wozić się po boisku i trash-talkiem zaczepiać rywali, wypada nieźle. A gdy należy wykończyć ze spokojem stuprocentową sytuację, umysł wysyła sygnał komu trzeba, że spotkanie jest w spodniach.

Tę wyliczankę moglibyśmy prowadzić długo. Bo o niewielu zawodnikach z biało-czerwonej ekipy można dzisiaj powiedzieć coś pozytywnego. Może o Łukaszu Fabiańskim, może o Kamilu Gliku czy Grzegorzu Krychowiaku? Od biedy również o wspomnianym Kamilu Grosickim, który zanotował mnóstwo kiepskich zagrań, ale zdarzało mu się dogrywać partnerom setki. Poza tym – zawiedli niemal wszyscy. Dramatycznie spisał się wrzucony do pierwszego składu Dawid Kownacki, nieodpowiedzialne decyzje podejmował Krystian Bielik. Bereszyński zagrał lewą nogą może raz.

Jednak dzisiaj nie mamy ochoty pastwić się nad poszczególnymi zawodnikami, bo najbardziej raziła zespołowa niemoc biało-czerwonych. Ostatecznie udało się Polakom wykreować trochę podbramkowych sytuacji, fakt. W drugiej połowie, gdy Austriacy spuścili z tonu, było nawet parę takich fragmentów, gdy mogliśmy mówić o optycznej przewadze gospodarzy. Ale jeżeli chodzi o kulturę gry… No, to u rywali rzeczywiście możemy o niej mówić. Atak pozycyjny, wymienność pozycji, szybkie klepki, zamykanie Polaków w szesnastce, inteligentne przerzuty, odnajdywanie nieobstawionych partnerów. Fajnie się to oglądało. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że Franco Foda to kolejny selekcjoner, który najzwyczajniej w świecie ekipę Brzęczka rozczytał, rozpracował.

21 strzałów gości, w tym sześć celnych to statystyka, która naprawdę nie wzięła się z kapelusza. Polacy? Siedem uderzeń, dwa w światło bramki. Znowu gramy taki mecz, że bramkarz drużyny przeciwnej może przez większą część gry bujać w obłokach i myśleć o niebieskich migdałach.

Spójrzmy prawdzie w oczy – biało-czerwoni, choć mecz kończą bez porażki na koncie, żadnej kultury swoją grą nie prezentowali. To było futbolowe prostactwo. Odebrać, wykopać do przodu. Ewentualnie na dzika wbiec w wolną strefę, za długo holując piłkę i wpaść prosto na przeciwnika. Nawet przy życzliwym założeniu, że naszą taktyką było dzisiaj zaczajenie się na kontrataki, nie da się tego sposobu gry wybronić. Bo Polacy kontry też wyprowadzali kulawo, albo wręcz psuli je w zarodku. Atak pozycyjny nie istniał w ogóle.

Ktoś powie: „Weszlaki, przestańcie zawracać mandolinę. Jest remis z najgroźniejszym przeciwnikiem, jest pierwsze miejsce w tabeli, jest coraz bliżej awansu na mistrzostwa Europy”. Pewnie, to się chwali. Ale, po pierwsze – wcale ten awans nie jest taki pewny, bo z takim poziomem kreatywności i z tak poukładaną grą w środkowej strefie nie jest powiedziane, że do końca eliminacji będziemy punktować bez problemów. Na razie kadra Jerzego Brzęczka ma więcej szczęścia niż rozumu, a dobry fart nie potrwa wiecznie. Po wtóre – awans na Euro z takiej grupy to żaden sukces, tylko obowiązek. Selekcjoner miał wykorzystać bieżące eliminacje, żeby stworzyć drużynę, która zdoła powalczyć o coś na samym turnieju.

Tymczasem w tej chwili wygląda raczej na to, że biało-czerwoni z każdym kolejnym zgrupowaniem cofają się w rozwoju.

fot. FotoPyk

KOMENTARZE (57)