Siermiężny jak reprezentacja Polski
Blogi i felietony

Siermiężny jak reprezentacja Polski

Chciałbym napisać coś nowego, coś diametralnie odmiennego, chciałbym opowiedzieć wam o wysokim pressingu, z którym nie radził sobie rywal, chciałbym rozpływać się nad krzyżowym ogniem strzałów jak z FIFA World Cup 2002, chciałbym spuentować wszystko słowami uzasadnionej nadziei, jakimś prostym „jest dobrze” i poprawić „czekamy na kolejne mecze”, ale niestety trzeba napisać to co zawsze, na mecze tej kadry nie da się czekać, nie czeka na nie chyba nawet Jerzy Brzęczek, który podczas pomeczowej rozmowy wyglądał jakby właśnie w dziewięćdziesiąt minut postarzał się o dziewięćdziesiąt lat.

Trafiliśmy do grupy, w której dzieci z Bullerbyn po losowaniu przybijałyby sobie piątki bo uznałyby, że są szanse. Słyszę je jak mówią: „łatwo nie będzie, mecze trudne, w Europie nie ma już słabych drużyn, ale są szanse”. Awansować z tej grupy mamy obowiązek, na Euro gra obecnie pół kontynentu, według plotek można się dostać także wygrywając podkarpacką okręgówkę, a dziką kartę ma otrzymać ostatni zwycięzca Pucharu Ekstraklasy. Nie potrafię się nawet ekscytować jakimś wyścigiem o Euro, analizowaniem czy Słowenia nas dogoni, czy Austriacy depczą po piętach, czy ten punkt to jednak w sumie korzystny, bo jeszcze Macedonia u siebie, bo trudny, ale możliwy do wygrania wyjazd do Rygi – prawda jest taka, że przy takiej puli talentu, jaką mamy, to są dywagacje dość upokarzające.

Pamiętam, pół Europy śmiało się w sieci z fety, jaką zorganizowano na Narodowym po awansie na Euro 2016 – pamiętacie ten szampan, konfetti, atmosferę? – gdzie jednak jakoś to rozumiałem, grupa o wiele poważniejsza, poza tym przede wszystkim pierwszy samodzielny awans tego pokolenia. Teraz? Wyobrażacie sobie fetę? Jak byście oceniali, gdyby Lewy wylał Grosikowi na łeb szampana po ostatnim meczu?

Zostawmy więc drobiazgowe liczenie punktów, kto chce się w tym wikłać oczywiście droga wolna, ale dla mnie sprawa jest jasna: awans jako kolejny dzień w biurze, brak awansu jako kompromitacja, ekwiwalent postawienia elektrycznego czajnika na gaz.

Dlatego po raz enty: ciułanie punktów nikogo nie zadowala, wolałbym przegrać z taką Austrią, ale widzieć postęp, widzieć zalążki stylu, widzieć dokąd to wszystko zmierza, bo kadencja Jerzego Brzęczka trwa już rok, a ja nie mam pojęcia co ten zespół chce grać, nie mam pojęcia jaki jest pomysł na jego najważniejszych zawodników, nie wiem jaka w końcu jest rola Zielińskiego, z którą ma się oswajać, z którą zgrywać, jaki mamy pomysł na atak, na Piątka, na Lewego z Piątkiem, kto na prawym skrzydle, jakie są nasze wiodące sposoby zawiązywania akcji i w sumie jaki poza „z Glikiem mało wpuszczamy” klucz naszego defensywnego rygla. Innymi słowy:

Wolałbym przegrać z Austrią, ale grać jak Austria, która ma gorszą sytuację, nawet nieporównywalnie gorszą w tabeli, ale która gra w piłkę.

Gdybyśmy wylosowali Austriaków na Euro, pewnie uznalibyśmy siebie za faworyta, co byłoby jakoś tam uzasadnione na papierze, bo czystego piłkarskiego potencjału mamy więcej, śledzę kadrę od ponad dwudziestu lat i nie pamiętam takich możliwości, takiej długiej ławki, doświadczonych liderów każdej formacji, a jednak przecież dzisiaj Austria dała nam lekcję stylu, lekcję futbolu.

My – uosobienie siermiężności i zagubienia. Oni – ponad dwadzieścia strzałów na wyjeździe, sześćdziesiąt trzy procent posiadania piłki. Zero bojaźni, dużo polotu. W jakości tych okazji według mnie mniej więcej tak, jak sytuacjami sam na sam: my PRAWIE mieliśmy po podaniu Zielińskiego, oni po prostu taką okazję mieli.

Jak redaktor TVP zapytał Lewandowskiego co było dzisiaj lepsze w porównaniu od meczu ze Słowenią, Lewy mało nie zaczął się śmiać. Nadinterpretuję, pewnie grubo, ale miałem w tym momencie wrażenie, że Lewy po prostu wie, że to porównywanie kaszanki do kaszanki – facet tydzień w tydzień gra w mocnej drużynie i wie jak wiele nas od takiego zespołu dzieli, a to, że w piątek przegraliśmy, a dziś jest 0:0, nic tu nie zmienia.

Nie wiem dokąd zmierza ta kadra, w ostateczności tłumaczę sobie, że na Euro przecież pojedziemy, możemy mieć tam dobre losowanie, wyjść z grupy w dzisiejszym formacie łatwo, a nuż w kolejnej rundzie akurat wyjdzie nam mecz? Ktoś trafi z czuba w okienko? Spotkanie się ułoży? Będzie komuś akurat żarło jak Pazdanowi we Francji? Futbolowi bogowie akurat do nas się uśmiechną: wróć, po prostu zakpią dla odmiany z kogoś innego.

Ale powoływanie się na ich humory – a w rzeczywistości na losowość i złożoność sukcesu w piłce, ze szczególnym uwzględnieniem przestrzeni jednego meczu – zawsze jest powoływaniem się na ostateczność, na to samo „A może jednak?” co przy kupowaniu losu na loterii, z tym, że z odrobinę łaskawszym rachunkiem prawdopodobieństwa.

Leszek Milewski

Napisz autorowi, że zapchał sobie głowę pierdołami o żabach

Grafika: Archiwum „Przekroju” (1956 rok)

KOMENTARZE (17)