Lazaro uczy jak żyć luksusowo i nie zwariować
Weszło

Lazaro uczy jak żyć luksusowo i nie zwariować

Drogie gadżety. Loty prywatnymi samolotami. Wystawny tryb życia. Najmodniejsze ubrania. Spersonalizowane sprzęt sportowy. Nieliczenie się z konsekwencjami internetowych wpisów. Wygląd przywodzący na myśl jamajskiego rapera. I obok tego wielki talent. To wszystko cechuje Valentino Lazaro, wokół którego wytworzyła się niepiłkarska otoczka, pozornie mogącą wskazywać, że powinna pojawić się przy jego nazwisku czerwona kontrolka alarmująca o potencjalnych problemach z pokorą. Jak się jednak okazuje, a potwierdza to każdy kolejny krok Austriaka, obawy są raczej niesłuszne, bo do tej pory większość ruchów w jego karierze prowadzone były w zaskakująco przemyślany sposób.

***

22 grudnia 2018, Leverkusen. Hertha Berlin w marnym stylu ulega lokalnemu Bayerowi 1:3. Nieudany koniec roku. Zwycięstwo gospodarzy nie było zagrożone w żadnej fazie meczu. Nikt nie może być zadowolony. Wszystkich czeka teraz świąteczna przerwa, więc siłą rzeczy nastroje nie są grobowe, ale absolutnie nie ma mowy o afiszowaniu się z jakąkolwiek świąteczną radością. Porażka to porażka.

I wtedy na scenę wchodzi on. Cały na biało. Valentino Lazaro.

View this post on Instagram

home for the holidays 🎅🏼

A post shared by Valentino Lazaro (@lazarovalentino) on

22 latek, który właśnie rozegrał całe spotkanie na lewej obronie w barwach przegranej ekipy, niczym nie zaimponował i pośrednio ponosił odpowiedzialność za nieszczelność bloku defensywnego Herthy, wrzuca zdjęcie informujące, że wraca do do domu prywatnym odrzutowcem w modnych w kręgach amerykańskich sportowców ubraniach. Luksus.

Nie minęło nawet kilkanaście minut od zamieszczenia tego wpisu, żeby zawodnika ze wszystkich stron zalała frustracja kibiców drużyny ze Stadionu Olimpijskiego w Berlinie, uznających jego zachowanie za absolutnie niepotrzebne epatowanie bogactwem. Dla nich to był gest bezmyślności i próżności.

I choć każdy, nawet najmniejszy, przejaw nienawiści należy piętnować, to krytyka sieciowej działalności Lazaro, który posta nie skasował i za niego nie przepraszał, wydaje się słuszna. Tym bardziej, że nie brakowało już takich gwiazdeczek, których profile na mediach społecznościowych stanowiły zapis głupoty i odbijające wody sodowej. Wystarczy wziąć za przykład Jese Lingarda, który bezpruderyjnie nagrywał wyuzdaną imprezę ze znajomymi.

Nic więc dziwnego, że również w przypadku zdolnego Austriaka, dla którego latanie prywatnymi odrzutowcami stanowi codzienność, można było przypuszczać, że przepuści cały swój talent między palcami i zmarnotrawi go w drodze od jednego luksusowego sklepu do drugiego.

To wszystko może jednak zmylić, bo ten facet ma poukładane w głowie.

***

Lazaro wychowywał się w austriackim Graz, w rodzinie emigrantów, w której ojciec pochodził z Angoli, a matka z Grecji. Nie spotykały go przejawy rasizmu, mógł realizować swoją pasję i kształtować się wedle własnego uznania.

– Mój charakter to zmiksowane połączenie trzech różnych wpływów. Zawsze byłem wygadany, komunikatywny, z każdym potrafiłem się dogadać, każdego rozśmieszyć, każdego próbować zrozumieć. To takie typowo greckie. Przy tym, nie ukrywam, że mam w sobie element szaleństwa. Taką potrzebę do życia tu i teraz. I to wydaje mi się takie czysto afrykańskie. Ostatni element to pracowitość rodem z Austrii. Tutaj wszyscy, od samego początku mojego życia, wpajali mi, że wszystko można osiągnąć za pośrednictwem harowania. Jeśli posiadasz do czegoś predyspozycje, jesteś przykładany, gotowy do nauki i potrafisz wyciągać wnioski, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że osiągniesz sukces – opowiadał sam zainteresowany w rozmowie z oficjalną stroną Bundesligi.

Wiele z tych charakterologicznych cech uwidoczniało się także na boisku. Już jako chłopiec, wchodzący dopiero w wiek nastoletni, był uważnie monitorowany przez skautów federacji kraju, słynącego ze sznycla wiedeńskiego. Wychowany na streetballu, uprawiający freestyle czarował techniką. Potrafił dryblować, mijać, był wyraźnie szybszy od rówieśników, a przy tym nie grał samolubnie i to imponowało.

Szybko zachwycili się nim w Salzburgu, gdzie Roger Schmidt umożliwił mu debiut w pierwszej drużynie w wieku szesnastu lat i siedmiu miesięcy. Tym samym został najmłodszym zawodnikiem, wychodząc na boisko w tamtejszej Bundeslidze.

– Nie bałem się na niego postawić, bo jego styl gry zwyczajnie sprzyjał do płynnego przejścia z juniorów do seniorów. Kiedy dostawał piłkę, ale był otoczony większą liczbą defensorów rywali, to nie bawił się w wielkiego bohatera i szukał kolegi na lepszej pozycji od siebie. Co innego w sytuacji, kiedy mógł zagrać jeden na jeden, bo wtedy wykorzystywał swoje przewagi techniczne. I właśnie ta jego zdolność do podejmowania prawidłowych boiskowych decyzji pod wpływem chwili pozwoliła szybko przebić się do pierwszego składu – tłumaczył, w rozmowie z Kickerem, ówczesny szkoleniowiec Red Bulla i nie mylił się, bo jego podopieczny szybko przerósł ligę.

W wieku dziewiętnastu lat miał już na koncie ponad sto występów na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Austrii i wyrobioną bardzo przyzwoitą pozycję w biało-czerwonych barwach:

2014/15: 25 meczów, 4 gole, 6 asyst

2015/16: 17 meczów, 2 gole i sezon nieco gorszy przez dwie poważniejsze kontuzje

2016/17: 29 meczów, 3 gole, 6 asyst

Liczby nie powalają na kolana, ale żaden europejski skaut nie miał wątpliwości, że statystyki w żaden sposób nie oddają jego sposobu gry. To zawodnik, który sprawnie radził sobie na właściwie każdej flankowej pozycji. Występując na boku obrony dominował u niego ciąg na bramkę rywali, ale może głównie przez nieskalany młodzieńczy entuzjazm, nigdy nie miał problemów ze zbyt opieszałymi powrotami na własną połowę boiska. Siłą rzeczy jeszcze lepiej radził sobie usytuowany na skrzydle, grywał również w systemie 1-4-3-3, jako jeden ze środkowych pomocników i w trójce napastników.

***

W pewnym momencie, w maju 2014 roku, czyli kilkadziesiąt dni po wejściu w dorosłość i debiucie w reprezentacji Austrii przeciwko Islandii (1:1), zgłosiły się po niego kilka największych klubów Europy – Manchester United, Real Madryt, AC Milan i Inter Mediolan. Lazaro początkowo zdecydowany był na wyjazd, do któregoś z dwóch klub z włoskiej stolicy mody, ale wtedy dała o sobie znać jego racjonalna natura. Tak, właśnie, racjonalna. Uznał, że to dla niego za wcześnie, że może zaginąć w wielkim świecie futbolu i potrzebuje jeszcze nabrać doświadczenia.

Czas pokazał, że wybrał dobrze.

W 2017 roku przyszła propozycja wypożyczenia do Herthy Berlin. Niemiecka Bundesliga. Inna para butów. Ale wszystko na spokojnie. Stopniowo. Valentino Lazaro dostał zapewnienie, że będzie stopniowo wprowadzony do zespołu i że wszyscy obiecają sobie po nim bardzo dużo.

– Nastawialiśmy się na spokojne wprowadzanie go do zespołu. Bez poganiania i spodziewania się jakichś nieprawdopodobnych rzeczy, ale on właściwie nie potrzebował dłuższego czasu na wprowadzenie. Od początku zaczął pokazywać, dlaczego go sprowadziliśmy. Posiadał olbrzymi potencjał, pasował do naszego zespołu i idealnie wpisał się w klimat Herthy – opowiadał na jednej z konferencji prasowych podekscytowany swoim transferem dyrektor sportowy klubu, Michael Preetz.

W piętnastej kolejce sezonu 2017/18 wywalczył sobie regularne miejsce w wyjściowym składzie i nie oddał go do końca sezonu, zaliczając przy tym 25 występów, w których zdobył dwie bramki i zanotował pięć asyst. A przy tym stanowił kluczowy element układanki Pal Dardaia, który cenił w nim dopasowanie do każdego systemu, który akurat stosował. W konsekwencji ustawiał go na czterech różnych pozycjach. Na każdej się sprawdził, więc nikogo nie zdziwiło, kiedy w w letnim okienku transferowym Hertha wykupiła go z Salzburga za 10,5 miliona euro.

I to był moment, kiedy okrzyknięto go najbardziej utalentowanym austriackim piłkarzem po Davidzie Alabie, a to porównanie mówiące bardzo wiele o jego potencjale, a miniony sezon w Bundeslidze tylko potwierdził, że Lazaro nie jest gwiazdeczką jednego sezonu, a bardzo konsekwentnym w realizowaniu swojego talentu, utalentowanym człowiekiem. Rozkręcił się na dobre. Statystycy policzyli, że od listopada 2017 w Bundeslidze wśród pomocników więcej asyst od niego zaliczyli tylko Sancho, Rodriguez i Caligiuri, a przecież w jego grze liczby stanowił tylko dodatek do cech współczesnego wahadłowego.

W Berlinie nie brakowało mu nic. Duże miasto, tygiel kulturowy, pełno ludzi, możliwość popisywania się swoim nieco ekscentrycznym trybem życia i pewna anonimowość, choć jego dobra forma nie i niesztampowa osobowość nie pozostała nie zauważona przez świat. Lazaro, który jest zadeklarowanym fanem japońskiego anime, otrzymał od Adidasa spersonalizowane buty z przeróżnymi wzorami, nawiązującymi do bajki „Dragon Ball”. Idealny prezent dla człowieka, dla którego ciekawy instagramowy profil to priorytet przy kreowaniu własnej osobowości.

Wszystko to była niego bardzo miłe, ale wtedy już był gotowy na wypłynięcie na szersze wody. Znów racjonalnie. Krok po kroku.

***

Lato 2019.

Do Interu przychodzi Antonio Conte, wcześniej będący autorem skutecznego systemu 1-3-5-2 w Chelsea. To samo chce wprowadzać, przywracając dawny blask upadłemu gigantowi z Mediolanu. Potrzebuje jednak do tego wykonawców. Zarówno doświadczonych, jak i przyszłościowych. Szuka zawodników na każdą pozycję, ale w jednej z pierwszych kolejności marzy mu się młody wykonawca do roli wahadłowego. Najlepiej taki kreatywny, przebojowy, błyskotliwy, ale przy tym ograny w silnej lidze z pewną dyscypliną taktyczną.

Nie musi długo szukać.

Niedługo później Inter za 22 miliony euro sprowadza Valentino Lazaro, a sam zainteresowany nie zastanawia się długo. On racjonalnie prowadzi swoją karierę i wie, że to dobry moment na zmianę. Jest już gotowy, choć nie wcale nie zaliczył w nowych barwach wejścia smoka. Wprost przeciwnie. Zaczął na ławce.

– Nikt we Włoszech jakoś specjalnie nie ekscytował się tym transferem. Przeszedł bez większego echa. Wszystko na spokojnie. Przyjęto go jako młodego i obiecującego zawodnika, który ma być stopniowo wprowadzony do zespołu i odpalić za jakiś czas. Conte przewiduje go do gry na prawym wahadle w 3-5-2, gdzie rywalizuje z Candrevą. W dwóch pierwszych kolejkach w ogóle nie zagrał, stracił przez uraz sporo czasu podczas przygotowań, jeszcze nie jest w pełni sił po prostu, a Candreva sobie radzi, więc będzie z czasem wprowadzany, ale nie ma paniki żeby już teraz musiał grać od 1 minuty – tłumaczy jego sytuację ekspert Serie A, Michał Borkowski.

***

Valentino Lazaro zazwyczaj ma za to pewne miejsce w składzie reprezentacji Austrii, w której wystąpił do tej pory dwadzieścia trzy razy i regularnie tworzy parę skrzydłowych z Davidem Alabą.

– Imponuje mi. Nie sposób nawet, żeby było inaczej. To genialny piłkarz, który umie praktycznie wszystko. Sposób, w jaki porusza się w defensywie, wyprzedza, przewiduje, a przy tym jego energia i skuteczność w ofensywie, to prawie, że niedościgniony wzór dla kogoś takiego jak ja. Każdy przyjazd na zgrupowanie reprezentacji i możliwość czerpania od niego wiedzy o wielkiej piłce, to dla mnie zaszczyt – opowiadał w rozmowie z oficjalną stroną Interu, 23-letni skrzydłowy.

I to prawdopodobnie właśnie ta dwójka, w układzie mentor-uczeń, będzie przez całe dzisiejsze spotkanie testowała wytrzymałość płuc i defensywne umiejętności pary Bereszyński-Kędziora. Oby starczyło im sił, żeby ich zatrzymać.

Fot. Newspix

KOMENTARZE (2)