Paolo Montero, osobisty ochroniarz Zizou
Weszło

Paolo Montero, osobisty ochroniarz Zizou

Powszechnie uznawany za jednego z najtwardszych, najbardziej agresywnie i bezpardonowo grających obrońców swojej generacji. Choć ma ledwie 179 centymetrów wzrostu, rywalizacji z nim obawiał się swego czasu każdy napastnik w Serie A. I to wówczas, gdy świat calcio jak magnes przyciągał najwybitniejszych snajperów z całego świata. Cóż – nie przez przypadek Paolo Montero jest rekordzistą wszech czasów włoskiej ekstraklasy, jeżeli chodzi o liczbę czerwonych kartoników. Wyrzucano go z boiska aż szesnaście razy. Dziś drobny, szczuplutki Urugwajczyk już nie przeraża – zwykł nosić okulary z grubą oprawką, które upodabniają go raczej do akademickiego wykładowcy niż boiskowego zabijaki. Jednak niech pozory nikogo nie zmylą – na liście facetów, z którymi nie opłaca się zadzierać, były zawodnik Juventusu wciąż powinien zajmować bardzo wysoką lokatę.

Przekonali się o tym między innymi:

  • Luigi Di Biagio, który dostał od Montero plombę w ryj.
  • Francesco Totti, któremu Montero prawie złamał nogę.
  • Daniel Fonseca, któremu Montero prawie nogę urwał. Na treningu, podczas gry w dziadka.
  • Obafemi Martins, któremu Montero… A, każdy się już chyba domyśla.
  • Tifosi Juventusu, którzy ośmieli się podnieść rękę na Zinedine’a Zidane’a, więc dostali w cymbał.

W ETOTO MOŻECIE TYPOWAĆ SPOTKANIA ELIMINACJI DO EURO 2020

NA PRZYKŁAD POSTAWIĆ NA ZWYCIĘSTWO FINLANDII Z WŁOCHAMI. KURS: 5.00!

Szczególna była zwłaszcza więź między Urugwajczykiem i słynnym Zizou. Stanowi ona chyba dość dobry punkt wyjścia dla opowieści o skomplikowanej osobie nieokiełznanego Montero.

Obrońca trafił do Juventusu w 1996 roku, podobnie jak Zidane. Obaj zawodnicy, choć na boisku różniło ich właściwie wszystko, zawiązali przedziwną przyjaźń. Ich rola w zespole rzecz jasna totalnie się różniła – Francuz szybko stał się największą gwiazdą nie tylko Turynu, ale i europejskiego futbolu. Szaleli na jego punkcie kibice, działacze i szatnia. Montero, jako naczelny wykidajło Juventusu, poczuwał się zatem do roli bodyguarda Zizou. W jego obecności rozgrywający był nietykalny. Na boisku i poza nim. Nawet jeżeli chciał go „tknąć” trener, co w świetnej anegdocie opisał Carlo Ancelotti.

– Pewnego dnia, w pierwszym roku mojej pracy w Juventusie mieliśmy punktualnie wyjechać na mecz wyjazdowy, ale Zidane jeszcze się nie stawił. Zniknął i nie odbierał komórki. Odczekałem chwilę, po czym podjąłem decyzję: „Jedziemy. To jego problem, jak nas dogoni” – opowiadał Carletto w swojej autobiografii: „Nienasycony zwycięzca”. – Siedzący w głębi autobusu Montero zerwał się na równe nogi. Ruszył przejściem między fotelami w moim kierunku. Podszedł do kierowcy i skrzyżował ramiona na piersiach: „Nikt stąd nie wyjedzie bez Zidane’a”. Poświęciłem kilka sekund na analizę sytuacji. OK, stoję tu twarzą w twarz z tym morderczym maniakiem, który z wściekłością patrzy mi prosto w oczy i zaciska pięści. Mając do wyboru dobro i mniejsze dobro, zawsze stawiał na to drugie. Celuje w piłkę, kopie w nogę. Celuje w stopę, kopie w nogę. Chociaż w sumie trzeba mu przyznać, że gdy już celuje w nogę, to trafia. „W porządku, Paolo. Poczekajmy na niego”. Zizou pojawił się dziesięć minut później i przeprosił za spóźnienie. Ruszyliśmy w drogę.

D1dTkJiXgAAyI9Y

Piłkarska droga Montero, tak jak wielu innych gwiazdorów urugwajskiej piłki, zaczęła się rzecz jasna w Montevideo. Mieście zwariowanym na puncie futbolu.

***

Znacznie lepiej mieć Montero po swojej stronie, niż grać przeciwko niemu.

Alvaro Recoba
***

Paolo urodził się właśnie w urugwajskiej stolicy, 3 września 1971 roku. Kilka dni temu obchodził zatem 48 urodziny. Był niejako skazany na futbol, nie tylko dlatego, że stanowił on podstawową pasję właściwie wszystkich lokalnych dzieciaków. Piłkarzem był również ojciec chłopaka. Julio César Montero Castillo z reprezentacją Urugwaju pojechał na mistrzostwa świata w 1970 i 1974 roku. Naprawdę duża kariera. – Ojca w akcji widziałem niestety dopiero na ostatni etapie kariery, kiedy grywał już raczej amatorsko. Był świetnym zawodnikiem. Oglądałem też nagrania z jego udziałem. Jednak moim największym idolem był Hugo de Leon, urugwajski stoper. Filar naszej defensywy podczas mistrzostw świata w 1990 roku. Wzorowałem się na nim. Nauczył mnie, że czasem trzeba urwać się z łańcucha.

Montero junior swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w barwach lokalnego Penarolu Montevideo. Tata surowo kontrolował jego postępy, lecz nie tyle te boiskowe, co przede wszystkim naukowe. Układ był prosty. Chcesz iść w moje ślady i zostać piłkarzem? Brawo. Ale najpierw pokaż świadectwo z czerwonym paskiem.

Szybko się okazało, że Paolo na murawie radzi sobie nie gorzej niż na lekcjach matematyki. W 1990 roku, jeszcze jako nastolatek, zadebiutował w seniorskiej drużynie Penarolu. Wkrótce zanotował też premierowy występ w kadrze Urugwaju. A już dwa lata później zapracował sobie swoją postawą na uwagę działaczy Atalanty Bergamo. Sporo wtedy Włosi ryzykowali, wszak nie każdy obrońca mierzący mniej niż 180 centymetrów wzrostu może grać na tym poziomie co legendarny Franco Baresi. Ale nieustraszony Montero od początku swojej kariery wyglądał na boiskowego wojownika, który bez problemu zdoła spacyfikować nawet znacznie wyższych od siebie napastników. – Nigdy nie obawiałem się wielkich, rosłych strzelców. Nie cierpiałem grać przeciwko drobniejszym, dynamicznym graczom. Szczególnie działał mi na nerwy Vincenzo Montella. Potrafił mnie skarcić za najmniejszy błąd w ustawieniu. I strasznie dużo gadał na boisku. Pamiętam, jak po jednym z fauli na nim sędzia wyrzucił mnie z boiska. Obejrzałem czerwoną kartkę, a on dalej nadawał. Powiedziałem tylko: „Montella, zamknij wreszcie tę mordę. Przecież widzisz, że schodzę”.

– Zawsze gram, aby wygrać. Nie czuję żadnej personalnej złości w stosunku do moich oponentów. W szatni mogę każdemu uścisnąć rękę, nawet jeżeli na boisku walka między nami była ostra. Oszukiwanie sędziego nie plami sumienia, jeśli drużyna na tym korzysta. Nie krytykuję faulujących, nie krytykuję symulantów. Piłka nożna jest sportem dla spryciarzy. Ja jestem obrońcą. Moim zdaniem jest raz w tygodniu utrudnić spryciarzom życie.

ARMENIA POKONA BOŚNIĘ I HERCEGOWINĘ? KURS: 3.85 W ETOTO!

Jednak podczas występów w Atalancie urugwajski obrońca zwrócił na siebie uwagę nie tylko niesamowitą walecznością, zahaczającą po prostu o brutalność. Był przede wszystkim zawodnikiem nieźle wyszkolonym technicznie, który naturalną twardość uzupełniał zupełnie przyzwoitymi umiejętnościami rozegrania piłki. Oczywiście nie ma porównania do współczesnych stoperów, zawodników pokroju Matsa Hummelsa czy Leonardo Bonucciego. Ale na początku lat 90-tych poziom gry prezentowany przez Montero dalece przekraczał ligową średnią w tym elemencie futbolowego rzemiosła.

1 KXVMtod3wM4yCFiLi2lKng

Wszystko za sprawą nauk Luiza Menottiego, zwanego El Flaco, czyli „Chudzielec”. Legendarny argentyński napastnik był trenerem Montero, jeszcze za czasów Penarolu. – Pamiętaj, dzisiaj obrońca nie może się już koncentrować tylko na przerwaniu akcji – nauczał trener swojego młodego podopiecznego. – Musisz być bardziej elastyczny. Trzymać się bliżej środkowej strefy boiska, pomagać drugiej linii. Poruszaj się razem z akcją, nie koncentruj tylko na obronie.

Wreszcie błąkająca się między Serie A i Serbie B Atalanta okazała się za ciasna dla tak utalentowanego zawodnika. Klub na początku dekady miał jeszcze ambicje sięgające nawet regularnej gry w europejskich pucharach, ale szybko został rozszarpany na strzępy i pozbawiony największych gwiazd przez jeszcze potężniejsze ekipy ze świata calcio, który w tamtym okresie był u szczytu swojej potęgi. Atalanta próbowała się w tym tym ekskluzywnym towarzystwie rozpychać łokciami, ale finalnie zabrakło dla niej miejsca przy stole, gdzie frykasami zajadali się ci najwięksi i najbogatsi. A piłkarski biznes to nie wigilia – nie ma dodatkowego nakrycia dla niespodziewanego gościa.

Urugwajczyk zdążył rozegrać dla Nerazzurrich 114 ligowych meczów, gdy swój drapieżny wzrok zwrócili w jego stronę działacze Interu oraz Juventusu.

***

Paolo Montero uwielbiał Zizou, a ja uwielbiałem Paolo. To był człowiek czysty sercem i silny duchem. Spokojnie mógłby zostać przestępcą, miał jednak wewnętrzny kodeks honorowy. I misję, za którą gotów był walczyć: łapy precz od Zidane’a.

Carlo Ancelotti
***

Kulisy przenosin Montero do Juventusu dobrze zna Claudio Pasqualin. Procuratore sportivo, czyli – po prostu – agent piłkarski. – Paolo był już jedną nogą w Interze. Pamiętam to jak dziś. 1996 rok, jesteśmy w siedzibie Nerazzurrich. Papiery na stole. Nagle do Paolo dzwoni telefon. On odbiera i toczy z kimś rozmowę. Do dziś nie wiem na pewno, z kim wtedy rozmawiał. Ale ta osoba tak go oczarowała, że postanowił zerwać negocjacje z Interem. Nie wyobrażacie sobie nawet, jaki wstyd wtedy czułem jako agent. Wszystko dopięte prawie na ostatni guzik, transfer dogadywany od tygodni. Ale czułem się zobowiązany działać zgodnie z zaleceniami mojego klienta. Odwołałem transfer. Czasem w futbolu jeden telefon może zadecydować o wszystkim.

Autorzy książki „Montero. L’Ultimo Guerriero” ujawnili potem, czego i bez ich pomocy można się było domyślać. To niezrównany w takich sytuacjach Luciano Moggi przekonał Montero do zmiany zdania.

Kultowy i otoczony wieloma kontrowersjami działacz Juventusu, współtwórca potęgi Bianconerich, niezwykle sobie cenił osobowość Urugwajczyka. Czuł, że Juve potrzebuje takiej postaci, która pozwoli scalić szatnię. Moggi wiedział, że ofensywne gwiazdy to nie wszystko. Wprawdzie w 1996 roku Stara Dama zatriumfowała w Champions League, ale było to zwycięstwo raczej niespodziewane, wynik trochę ponad stan. Nie można było zatem dopuścić, by drużyna osiadła na laurach. Moggi chciał jeszcze podsycić ogień pod Stadio delle Alpi. Zresztą, wielkim orędownikiem tego transferu był ówczesny trener Juve, Marcello Lippi. – Widziałem, że taki zawodnik jest nam potrzebny. Niesamowita osobowość. Wielu zapamiętało przede wszystkim jego czerwone kartki, ale prawda jest taka, że 90% interwencji Paolo to były idealne, czyste wejścia.

AMSTERDAM, NETHERLANDS - MAY 20: CHAMPIONS LEAGUE 97/98, Finale, Amsterdam; JUVENTUS TURIN - REAL MADRID 0:1; Pablo MONTERO/TURIN (Photo by Gerd Scheewel/Bongarts/Getty Images)

– Montero był świetnym zawodnikiem. Miał osobowość przywódcy, choć nietypową – wspominał Luciano. – Nigdy nie słyszałem, żeby podniósł głos. Został jednogłośnie uznany za lidera grupy, bo wszyscy chcieli go słuchać. Myślę, że urzekło go środowisko Juventusu. Kiedy do niego zadzwoniłem, nakłaniając do zerwania umowy z Interem, zrozumiał, jak wiele może z nami osiągnąć. Miał w sobie głód sukcesu, co powinno charakteryzować każdego zawodnika Juventusu. Nie wkurzały mnie nawet te wszystkie czerwone kartki. Walczył za Juventus, za czarno-białe barwy. Nigdy nie odstawił nogi. Taka jest prawda o Paolo Montero.

Sam Urugwajczyk opisywał sprawę bardzo podobnie. – Zakochałem się w Juventusie od pierwszego dnia. Jak tylko naprawdę zrozumiałem, jak bardzo ten klub jest znienawidzony przez całą resztę Italii. Przekształciłem ich nienawiść w swoją miłość do Juve. Koszulka stała się jak zbroja.

W drugiej połowie lat 90-tych Montero właściwie się z tą zbroją nie rozstawał. Grał bardzo dużo, czy to na środku, czy to z lewej strony bloku defensywnego. Z Ciro Ferrarą stworzył wręcz kultowy duet obrońców. Juventus w 1997 roku zdobył scudetto i zawędrował – drugi raz z rzędu – do finału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza od Starej Damy okazała się Borussia Dortmund. Co stanowiło w tamtym czasie mega-sensację, bo wielu spodziewało się, iż turyńczycy bez problemu obronią tytuł. Podczas gdy wspominany Zinedine Zidane oczarowywał kibiców w ofensywie, Montero demolował rywali w obronie. Abstrahując od porażki w finale Champions League, nie było wtedy na Starym Kontynencie mocniejszej, bardziej kompaktowej drużyny niż Juve.

A jeżeli Bianconerich wskazujemy jako najbardziej znienawidzony zespół w Italii, to Montero mógł się pewnie w swoim czasie ubiegać o miano najbardziej znienawidzonego zawodnika w całej lidze. Nie miał najmniejszego poszanowania dla zdrowia przeciwników. Czasami grał po prostu twardo, ale niekiedy naprawdę przeginał i postępował jak boiskowy zwyrodnialec.

– Piłkę stworzono dla przebiegłych ludzi. Wojna jest jej częścią. Mój ojciec grał w reprezentacji Urugwaju, która była uznawana za najokrutniejszą w historii mistrzostw świata. Mam to po prostu w genach – opowiadał Urugwajczyk. – Zawsze tak grałem, zawsze będę tak grał. Nie potrafię zrozumieć, co w tym dziwnego. Celem gry w piłkę nożną jest zwyciężanie. Nie wychodzę na boisko po to, żeby dawać dobry przykład moim synom albo kibicom. Brutalna gra to zdrada ideałów fair play? Bzdura. Nie ma takich ideałów. Chodzi o wygranie meczu. Możesz w tym celu faulować, udawać kontuzję, ciągnąć rywala za koszulkę, wsadzać mu palce do oka. Jeżeli wygrasz, to znaczy, że zrobiłeś słusznie. Mnie też wielokrotnie faulowano, napastnicy w polu karnym miażdżyli mi stopy i twarz. Nie uskarżałem się. Na tym polega ta gra.

ROME, ITALY: Paolo Montero (R) of Juventus receives the red card during the soccer match against AS Roma at the Olympic stadium in Rome, 08 February 2004. AS Roma won the match 4-0. AFP PHOTO/ Vincenzo PINTO (Photo credit should read VINCENZO PINTO/AFP/Getty Images)

Z punktu widzenia całego świata calcio, poza biało-czarną częścią Turynu, podejście Montero do futbolu było rzecz jasna nie do przyjęcia. Ale we własnym obozie Urugwajczyk był uwielbiany. Przymykano oko na to, jak często na boisku traci chłodną głowę. Kibice Juve darowali mu wiele przewin. Choćby kumpelskie relacje z ultrasami Torino. Tifosi próbowali co prawda jakoś wpływać na towarzyskie kontakty Urugwajczyka, ale ten szybko pokazał im miejsce w szeregu: – Kiedyś nie pozwoliłem wybierać sobie znajomych nawet mojej mamie. Więc wy nawet nie próbujcie.

Turyńscy ultrasi puścili Paolo w niepamięć nawet… awanturę o Zidane’a, o której również opowiadał Carlo Ancelotti:

– Wracaliśmy właśnie z Aten, gdzie rozegraliśmy żenujący mecz z Panathinaikosem w ramach rozgrywek Ligi Mistrzów – relacjonował były trener Juve. – Gdy wysiedliśmy z samolotu, na lotnisku czekała na nas mała grupka kiboli. Popchnęli Zidane’a, gdy ten przechodził obok. W ten sposób podpisali na siebie wyrok – nie był to może wyrok śmierci, ale ściągnęli na siebie nagłą i natychmiastową karę. Montero obserwował całe zajście z daleka, po czym spokojnie zdjął okulary i eleganckim ruchem schował je do futerału. Kilka sekund później biegł już na pełnej szybkości z uniesionymi pięściami ku grupce chuliganów. W sukurs poszedł mu Daniel Fonseca, kolejny zawodnik chętny do bitki. Chuligani zebrali ostre cięgi. Kilku zaległo na ziemi. Po paru godzinach uświadomiliśmy sobie pewien problem: to byli kibole, i to z tych bardziej agresywnych. Niedługo później wpadli do nas z wizytą.

– Nasi chłopcy zawsze byli chętni do awantur. Wystarczyła iskra, aby sytuacja zmieniła się w prawdziwe piekło. Paolo Montero, Daniel Fonseca, Edgar Davids: Ivy League, załoga w komplecie. Gdy tylko zwietrzyli gdzieś jakąś zadymę, bez zastanowienia rzucali się w wir bijatyki. Pewnego razu na Stadio Olimpico w Rzymie cała drużyna zeszła już na przerwę do szatni. Na zewnątrz usłyszeliśmy podniesione głosy, co zapowiadało zbliżającą się burdę. Montero krzyknął: „Gdzie jest Zidane?”, po czym osobiście wypadł z szatni zobaczyć, co się tam dzieje. Wmieszał się we wszystko i stwierdził, że to tylko grupa kibiców Romy, którzy wściekle kłócą się we własnym gronie. Spojrzeli w górę i zobaczyli zbliżającego się Montero, gotowego roznieść ich zupełnie bez powodu – dodał Carletto. – Montero był po prostu świrem.

Bodaj najgłośniejszy incydent z udziałem Montero to wspomniana już fanga, wymierzona w twarz Luigiego Di Biagio. Pikanterii całej scenie dodaje fakt, że Włoch był wtedy zawodnikiem Interu. Czyli klubu, gdzie za Urugwajczykiem z Turynu niespecjalnie przepadano, z wiadomych względów. No i sam poszkodowany również był niezłym boiskowym zakapiorem. Trafił frant na franta.

Działacze Interu i poobijany Di Biagio domagali się po całym incydencie srogiego zawieszenia dla zbója z Juventusu. Montero spokojnie reagował na ataki: – To jest piłka nożna. Di Biagio jest mięczakiem, powinien przerzucić się na siatkówkę.

Ostatecznie Montero, choć nie obejrzał za swój atak czerwonego kartonika wskutek nieuwagi arbitrów, musiał odpękać trzy spotkania zawieszenia. Niezadowolony był z tego faktu Gianni Agnelli, twórca potęgi Fiata. – Pamiętam, że L’Avvocato zapytał mnie z goryczą, jak mogłem coś takiego zrobić. Byłem zszokowany i przerażony. Dopytałem, o co dokładnie chodzi, a on odpowiedział: „Paolo… Porządny pięściarz uderzyłby rywala w taki sposób, by ten upadł. Dlaczego trafiłeś go tak kiepsko?”.

Nie bez kozery Ryan Giggs przyznał w jednym z wywiadów, że nigdy nie grał przeciwko bardziej nieprzyjemnemu duetowi obrońców jak para Montero – Ferrara.

David Trezeguet opowiadał natomiast o swoim byłym koledze z szatni: – Widziałem, że przeciwnicy naprawdę się go bali. Bali się do niego zbliżyć. Jego filozofia była taka – pierwsza interwencja musi być bezwzględna, żeby napastnik poczuł ją w nogach. Potem cały czas wydzierał się w stronę rywali. Gadał do nich non stop. Wielu z nich nie wytrzymywało psychicznie, szukało sobie miejsca po innej stronie boiska.

Montero wzbudzał nawet respekt u dziennikarzy. Łowcy sensacji z włoskich bulwarówek chętnie obsmarowywali dokuczliwymi artykułami rozmaitych gwiazdorów Serie A, ale Montero cieszył się u nich taryfą ulgową. Choć nie stronił od suto zakrapianych imprez. Jego nocne wypady z Markiem Iuliano i rodakiem, Fabianem O’Neillem były tematem plotek w całym Turynie, ale do prasy właściwie nigdy nie przeciekały żadne kompromitujące zdjęcia, telewizja nie publikowała żadnych głośnych nagrań. Dlaczego? Cóż – opowiedział o tym sam Iuliano. – Pewnego wieczora siedzieliśmy w nocnym klubie większą grupą zawodników. Nagle doszła do nas informacja, że w lokalu pojawił się znany dziennikarz. Następnego dnia mieliśmy mecz, więc wszyscy natychmiast pochowali się w toalecie, żeby tylko ich nie zauważył. Natomiast Paolo wstał od stołu i przywitał się z tym redaktorem. Powiedział mu tylko: „Jeżeli coś jutro o tym przeczytam, będę wiedział, kto to napisał. Miłego wieczoru”.

– Nie jest łatwo trenować i grać, gdy wieczór się przedłużył – przyznał Montero. – Najlepszą odpowiedzią na krzywe spojrzenia trenera po imprezie było po prostu zwycięstwo.

***

Urodziłem się obrońcą. I umrę obrońcą.

Paolo Montero
***

Początek XXI wieku to dla Montero okres powolnego regresu formy z powodu coraz liczniejszych kontuzji. Ostatecznie jego bilans w Juventusie w latach 1996 – 2005 stanął na 277 rozegranych meczach, sześciu zdobytych golach, 47 żółtych i 12 czerwonych kartkach. Co ciekawe – Urugwajczyk tylko raz trafił do siatki w Serie A, natomiast aż cztery gole wpakował w ramach rozgrywek Champions League.

Niezwykłą wagę miało jego trafienie z Barceloną w ćwierćfinale LM z 2003 roku.

Ostatecznie Stara Dama dotarła wtedy do finału rozgrywek. Trzeciego w karierze Urugwajczyka. Wszystkie zakończyły się porażkami. Jednak bolesna była zawłaszcza ta ostatnia, ponieważ Paolo zmarnował swój strzał w serii jedenastek. Uderzył po prostu katastrofalnie. Jeżeli w ogóle można karnego obronić z łatwością, to był właśnie taki przypadek.

– Moim przeznaczeniem było bronić zespołu przed utratą gola, a nie zdobywać bramki – kajał się potem.

– Jeżeli czegoś w swojej karierze żałuję, to właśnie braku triumfu w Lidze Mistrzów – wyznał Urugwajczyk. – Potrafiliśmy regularnie zwyciężać w rozgrywkach Serie A, a liga stała na naprawdę wysokim poziomie. Mieliśmy wspaniałych zawodników, świetny klimat. Zabrakło tylko kropki nad „i”. Nie rozpamiętuję jednak zmarnowanej jedenastki. Moje motto brzmi: „Albo razem przetrwamy, albo wszyscy zginiemy”. Na boisku każde zagranie jest konsekwencją działań całego zespołu. Gol strzelony bez napastnika byłby niemożliwy bez skutecznej defensywy. I odwrotnie.

Urugwajczyk nie napisał też żadnej niezwykłej historii w narodowych barwach. Rozegrał dla kadry 61 meczów, wystąpił na mundialu w 2002 roku i na Copa America w 2004. Bez większych sukcesów. Na dodatek zakończył reprezentacyjną karierę w bardzo smutnych okolicznościach. Urugwaj mierzył się akurat z Australią w międzykontynentalnym barażu o kwalifikację do mundialu w Niemczech. Reprezentanci Ameryki Południowej zwyciężyli u siebie 1:0, ale na wyjeździe przegrali w tym samym stosunku, gorsi okazali się również w rzutach karnych.

Do których sam Montero nie dotarł – nabawił się kolejnej kontuzji i musiał przedwcześnie opuścić boisko. Zaraz po meczu zakończył karierę reprezentacyjną, a w 2007 roku w ogóle odwiesił buty na kołku, pisząc ostatni rozdział swojej futbolowej opowieści w Penarolu.

WŁOCHY WYGRAJĄ NA WYJEŹDZIE Z FINLANDIĄ? KURS: 1.80 W ETOTO!

Dzisiaj dawny boiskowy zabijaka próbuje swoich sił w trenerskim fachu, flirtował również z rolą piłkarskiego agenta. Choć jego nazwisko wciąż sporo znaczy w świecie calcio, Montero buduje swoją pozycję praktycznie od fundamentów. Wiosną 2019 roku objął klub w Serie C, wybierając chyba drużynę o możliwie najtrudniejszej do napisania nazwie: S.S. Sambenedettese Calcio. Po dwóch meczach obecnego sezonu, klub ma na koncie zwycięstwo i remis. – Myślę, że w życiu podjąłem wiele złych decyzji, ale najlepszą z nich było odpuszczenie gry w piłkę we właściwym czasie. Kiedy masz 36 lat, nagle powrót do zdrowia po każdym meczu zajmuje ci trzy dni, a nie kilkanaście godzin. To znak, że czas dać sobie spokój i pozwolić organizmowi odpoczywać.

Screenshot_2019-09-08 (1) Verso Vis Pesaro-Samb l'allenatore Paolo Montero - YouTube

– Moim zdaniem piłka nożna to świat pełen hipokrytów. Ja nie udawałem nigdy kogoś innego. Mówiłem otwarcie – jestem brutalnym graczem. Natomiast w futbolu wielu jest takich, którzy zgrywają dobrotliwych facetów, a potem sami oszukują. Jednego dnia pokazują się w kościele z różańcem w ręku, by następnego dnia okraść swojego sąsiada. To nie mój świat.

Michał Kołkowski

fot. NewsPix.pl

PAMIĘTAJCIE O PROMOCJACH W ETOTO!

etoto

KOMENTARZE (4)