Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Uwaga, będzie o ŁKS-ie Łódź i nie będzie to apel o zwolnienie szkoleniowca, dyrektora sportowego, prezesa oraz przynajmniej czterech zawodników pierwszego składu. Teraz, jak już zostaliście ostrzeżeni, przechodzę do rzeczy: jestem szalenie rozczarowany propozycjami, które wysuwa część kibiców w dyskusjach na temat pięciu porażek Łódzkiego Klubu Sportowego. 

Jestem rozczarowany nie tyle jako fanatyk ŁKS-u, który chciałby dla swojego klubu jak najlepiej, jestem rozczarowany jako sympatyk futbolu, który chciałby kiedyś oglądać mecze Ekstraklasy z przyjemnością, a nie uczuciem marnowanego potencjału (i czasu).

Najpierw jednak zerknijmy co się naprawdę stało. Beniaminek polskiej Ekstraklasy, który jeszcze do niedawna występował w III lidze, wchodzi do elity ze skromnym budżetem oraz niewielkimi możliwościami na rynku transferowym. Pomimo pewnych trudności finansowo-organizacyjnych (posiadanie jednej trybuny, brak wujka w Dubaju), wygląda naprawdę nieźle w pierwszych trzech meczach, w których zbiera 4 punkty. Potem przegrywa cztery kolejne spotkania, w dwóch z nich grając naprawdę słabo. Po 7 seriach spotkań ŁKS ma 4 punkty, jedno oczko straty do bezpiecznego, trzynastego miejsca.

Słowa kluczowe? Beniaminek. Skromny budżet. Jeszcze niedawno w III lidze. Wygląda nieźle.

W ETOTO POTROJĄ TWOJE ŚRODKI NA GRĘ. BONUS 200% OD TWOJEGO PIERWSZEGO DEPOZYTU, AŻ DO 200 ZŁ. SPRAWDŹ JUŻ TERAZ!

Czy spodziewałem się, że ŁKS będzie miał aż takie problemy przy przerwie na kadrę? Nie, nie spodziewałem się. Wydawało mi się, że wygramy z Piastem (i może byśmy wygrali, gdyby nie karny) czy z Wisłą Płock (okazja Sekulskiego na 2:1), nie brałem pod uwagę pięciu porażek. Ale czy to faktycznie sensacja, że klub o niewielkim budżecie, który nie zdecydował się w okienku transferowym na wielkie wzmocnienia z pomocą kominów płacowych przegrywa kilka kolejnych meczów? Wspominam zeszły sezon i start poukładanej finansowo Cracovii, która uzbierała w siedem meczów całe trzy punkty. Tak, to była sensacja. ŁKS? Co najwyżej drobne zaskoczenie, zwłaszcza po fajnym pierwszym wrażeniu w dwóch pierwszych kolejkach.

Jako osoba żywo zainteresowana losami ŁKS-u, postanowiłem sprawdzić, jakie sposoby na wyjście z tego kryzysu suflują kibice łodzian. I w tym momencie się załamałem. Według części fanów potrzebni są:

– pomocnik, co się wpierdoli rywalowi w nogi
– trener, co będzie przypominał piłkarzom, żeby zapierdalali
– napastnik, co pierdolnie z główki
– jakiś obrońca, który opierdoli kolegów

Oczywiście piłkę w obronie zamiast rozgrywać, trzeba wypierdolić,  pod polem karnym zamiast szukać prostopadłych podań czy innych kombinacji trzeba pierdolnąć na bramę.

Wybaczcie takie nagromadzenie wulgaryzmów, ale im dłużej się tym wszystkim dyskusjom przypatruję, tym mocniej do mnie dociera, że kibice po prostu żądają futbolu wulgarnego. Że jakikolwiek ambitniejszy plan, niepoparty natychmiastowymi wynikami, nadaje się wyłącznie do wyrzucenia. Kompletnie nie dociera do nikogo, że to wszystko jest przecież jeden ekosystem. Słyszę: tak, grajmy piłką, ale dopiero, jak będziemy mieć do tego wykonawców. No kurczę. 20-letni Jan Sobociński, który był odkryciem I ligi, to nie jest kandydat na wykonawcę do takiej gry? Reprezentant U-20, obecnie przebywający na zgrupowaniu U-21 ma być genetycznie niezdolny do grania piłką? Inaczej: kiedy i gdzie ma się nauczyć takiej gry, jeśli nie właśnie w tym momencie? Poza tym jak przekonać juniorów w klubie, by uczyli się ambitnej gry, jeśli oni sami będą widzieć, że bardziej liczy się celny wślizg i dalekie wybicie?

ŁKS, ale z tego co wiem także parę innych klubów, nie tylko w Ekstraklasie, ma dość ambitną wizję: wprowadzić jednolity system gry od trampkarza po seniorów, system, w którym piłka raczej krąży między piłkarzami, a nie lata nad ich głowami. By to wypracować, potrzeba niesamowitej cierpliwości, odwagi i wiary. Cierpliwości – bo pewnie z pięć razy przegrasz, zanim zacznie wychodzić. Odwagi – bo musisz zagrać z pierwszej piłki, gdy nadbiega rywal z pressingiem. Wiary – bo jeśli nie dowierzasz, że potrafisz, nawet średni pressing wydaje się dla ciebie uzasadnieniem do lagi na aferę.  W I lidze się dało, w Ekstraklasie na razie nie wychodzi. Może nie wyjdzie przez cały sezon, kto wie. Ale jaka jest gwarancja, że ŁKS zmieni styl gry i nagle zacznie punktować jak Śląsk Wrocław, a nie ubiegłoroczne Zagłębie Sosnowiec?

Zresztą, to są naprawdę nietrudne do przewidzenia rzeczy. Jeśli ŁKS co trzecią bramkę traci po stałym fragmencie, to po co pomocnik-walczak, który będzie przerywał akcje faulem? Jeśli ŁKS ciągle jest w czubie przebiegniętych kilometrów, to po co mu trener, który „każe zapierdalać”? Ale okej, załóżmy, że ŁKS grający prościej, bez takiego kombinowania, punktowałby lepiej. Ile zebrałby oczek w meczach z Lechią, Cracovią, Lechem, Piastem, Wisłą Kraków, Legią i Wisłą Płock? Siedem? Przecież to komplet pucharowiczów plus Lech, to dziabnięcia wydawały się jedynie obie Wisły, w meczach z którymi zresztą ŁKS zagrał najsłabiej.

etoto

Pal licho zresztą styl gry i dyskusję o punktowaniu. Bardziej mnie martwią zarzuty innego rodzaju: dotyczące okienka transferowego i ogółem polityki personalnej klubu. Słucham, że powinno się ściągnąć trochę doświadczonych ligowców, jakąś sprawdzoną gwiazdę i generalnie zainwestować na grubo, bo z tym składem to się nic nie da zrobić.

To, co szczególnie boli, to fakt, że podobne tezy formułują kibice ŁKS-u, tego samego ŁKS-u, który ledwie osiem lat temu zbankrutował, próbując jakoś pokryć kontrakty m.in. Macieja Iwańskiego, Wojciecha Łobodzińskiego, Grzegorza Bonina i całej reszty zasłużonych ligowców, ściągniętych w roli strażaków. Wtedy też ŁKS wszedł do Ekstraklasy, też zaliczył bardzo słaby początek, też stwierdzono, że trzeba „troszkę więcej zainwestować”. Okazało się, że doświadczony zaciąg utrzymania nie dał, za to wyzerował kieszenie właścicieli, co zresztą nie jest żadnym zarzutem do wspomnianych piłkarzy, którzy i tak nie odzyskali w całości należnych im pieniędzy. Całe szczęście, że o tamtych przygodach pamiętają chociaż łódzcy fanatycy, którzy na razie zamiast ściągania piłkarzom koszulek i innych tego typu akcji, głośno zapewniają ich: jesteśmy z wami, czy wygrywasz, czy nie.

Czasem się śmieję, jak słyszę, że któryś z klubów I ligi „nie chce awansować do Ekstraklasy”. No rany, jak można nie chcieć awansować do ligi, gdzie z miejsca dostajesz kilkanaście baniek więcej z kontraktów telewizyjnych i sponsorskich? Rozumiem, że każdy boi się drogi tamtego ŁKS-u, który w dwa lata po powrocie do Ekstraklasy zniknął z mapy Polski. Każdy boi się powtórzenia błędów Górnika Łęczna czy paru innych klubów, które po spadku z Ekstraklasy totalnie się rozsypały. Zastanówmy się jednak, z czego to wszystko wynikało?

„Straszny” przecież nie był sam awans, ale dopiero rzeczywistość po odcięciu kroplówki z Canal+. Być może się mylę, ale moim zdaniem największym problemem były rozpaczliwe ruchy: kontraktowanie piłkarzy, którzy nie dawali gwarancji utrzymania, za to dawali gwarancję kosztów przewyższających możliwości klubu. Właściciele czy prezesi kombinowali – dziś wydam dziesięć złotych, ale jutro dostanę dwadzieścia z Canal+. A potem w I lidze nie starczało na wodę i rachunki. Problemy po „zbyt szybkim awansie” pojawiały się w klubach, które grały all-in na własne utrzymanie. A granie all-in na wynik jednej drużyny, to zawsze droga donikąd.

Ja rozumiem: kibice, media, presja. Ale kto właściwie broni grać w Ekstraklasie w opcji budżetowej, bez milionowych transferów i pensji, nawet jeśli wiąże się to ze spadkiem? Kurczę, spadną trzy drużyny. Mądry prezes klubu, któremu grozi spadek powinien już teraz się zastanawiać, z jakimi kontraktami i odprawami zostanie za rok w I lidze, bez środków z C+. Gdy usłyszałem o kwotach, które obecnie wydaje Arka… Nie chciałbym być na miejscu gdynian, gdyby jednak nie udało się utrzymać.

Co mnie martwi? Cóż, martwi mnie, że za stan polskiego futbolu, na który wszyscy zgodnie narzekamy, odpowiadamy również my, kibice, żądający sukcesów tu, teraz, niezależnie od ceny, którą przyjdzie za nie zapłacić. Cierpliwa praca u podstaw? Zastosowanie się do tej słynnej rady Jordana, że trzeba spudłować 9000 razy i przegrać 300 meczów, by osiągnąć sukces? Gdzie tam. Ani kroku w tył, ani godziny czekania. Ekstraklasa albo śmierć.

Dlatego tak często polskie kluby umierają i odradzają się od IV ligi.

KOMENTARZE (34)