Błysk na MŚ U-20 wszystko zmienił
Weszło

Błysk na MŚ U-20 wszystko zmienił

Mundial U-20 w wykonaniu reprezentacji Jacka Magiery był nieudany. Ledwo wyszła z grupy – głównie dzięki rozbiciu amatorów z Tahiti – a w fazie pucharowej od razu odpadła z Włochami. Większości naszych zawodników występ na organizowanych w Polsce mistrzostwach na pewno nie pomógł. Ba, w niektórych przypadkach postawił nawet znak zapytania co do prawdziwych możliwości. Jednym z niewielu, których ta impreza popchnęła do przodu jest Michał Skóraś. W efekcie po powrocie z wypożyczenia do Termaliki, otrzymał nowy kontrakt w Lechu Poznań i poszedł ogrywać się już do PKO Bank Polski Ekstraklasy, a konkretnie do Rakowa Częstochowa. I to właśnie wychowany w Jastrzębiu Zdroju zawodnik jest kolejnym bohaterem naszego cyklu „Patrzymy w przyszłość”, który tworzymy razem z PKO Bankiem Polskim. 

Skóraś nie ukrywa, że gdyby kilka razy nie błysnął w kadrze U-20, możliwe nawet, że dziś poznański rozdział byłby już definitywnie zamknięty. – Szczerze mówiąc, ostatni kwadrans meczu z Włochami pozwolił mi podpisać nowy kontrakt z Lechem. Wcześniej myślałem o odejściu, nie do końca mi się podobało, jak klub traktował mnie podczas wypożyczenia do Termaliki – mówi wprost.

I uściśla, co ma na myśli: – Zdarzało się, że trenerzy z Lecha pojawiali się na moich meczach, ale brakowało zwykłych telefonów, sygnałów, że jestem na bieżąco obserwowany i w razie czego mam gdzie wracać. Nie mówię, że mieli dzwonić co tydzień, zdarzyło się jednak, że kontakt nastąpił dopiero po pół roku. Zawodnicy na wypożyczeniu powinni czuć, że nie dostali biletu w jedną stronę, że klub wiąże z nimi jakieś plany i się interesuje. Sądzę jednak, że potem sobie to w Lechu wyjaśniliśmy i dziś wszystko jest w porządku.

Mowa więc o pewnym paradoksie, że dosłownie kilkanaście udanych minut na turnieju młodzieżowym aż tak potrafi zmienić sytuację piłkarza. – Myślę, że jednak chodzi też o pracę, którą wykonałem w Termalice. A na MŚ nie wypadłem dobrze tylko przeciwko Włochom. Z Tahiti po wejściu z ławki powinienem mieć asystę. Z Senegalem było ciężej, no i ten ostatni mecz stanowił pewne ukoronowanie. Mogę być jednym z tych, którzy pozytywnie zapamiętają ten turniej – przyznaje.

Tym bardziej może być zadowolony z takiego obrotu sprawy, że do kadry wskoczył w ostatniej chwili. Przed mundialem u Jacka Magiery rozegrał tylko towarzyski mecz z Japonią.  – Nie był to dobry występ, trochę się wtedy spaliłem. Stres, presja, chyba za dużo oczekiwań na siebie nałożyłem. Trenerzy musieli się opierać głównie o to, co pokazałem w I lidze. Przychodziłem do Niecieczy z Centralnej Ligi Juniorów, nie spodziewałem się, że rozegram tyle meczów i pójdzie to w miarę łatwo – mówi Skóraś.

Na papierze w Termalice szału jednak nie było i to delikatnie mówiąc. Gol i trzy asysty w 27 meczach na drugim froncie nikogo nie mogły rzucić na kolana. Jak to tłumaczy sam zainteresowany? – Trzeba było się przestawić na szybsze podejmowanie decyzji i bardziej fizyczne granie. W piłce seniorskiej jest dużo więcej ostrych pojedynków. Na początku było trudno, ale dostosowałem się. Z każdym meczem łapałem doświadczenie. Wiadomo, były sytuacje, które należało wykorzystać. Zmarnowałem jakieś sam na sam i trochę się podłamywałem. Na początku narzuciłem sobie zbyt dużą presję, że jak będę miał dobre liczby w I lidze, to szybko wrócę do pierwszego zespołu Lecha. Początkowo moim celem był powrót do Poznania już po rundzie jesiennej. Sądziłem, że zbieranie liczb przyjdzie trochę łatwiej. W praktyce wyszło inaczej, dziś jestem już mądrzejszy, choć moim zdaniem w samej grze wyglądałem lepiej niż wskazywałyby na to konkrety w ofensywie. Dużo się nauczyłem w Termalice i to dziś procentuje. Im dalej w las, tym statystyki powinny być lepsze. 

Pilka nozna. Fortuna I liga. Bruk-Bet Termalica Nieciecza - Garbarnia Krakow. 04.05.2019

Bez wątpienia 19-letni skrzydłowy nie wykorzystuje jeszcze w pełni swojego potencjału. Trener Marcin Kaczmarek podkreślał, że mimo umiejętności wygrywania pojedynków, za rzadko się na nie decyduje, podobnie jak na strzały wewnętrzną częścią stopy. – Szczerze, nie mam pojęcia, dlaczego tego nie używam. Dziś już chyba i tak nastąpiła wyraźna poprawa. W Termalice z tyłu głowy miałem za dużo obaw typu „co by powiedzieli starsi zawodnicy”, gdybym stracił. Wolałem zagrać pewną piłkę do tyłu czy w poprzek, niż podjąć takie ryzykowne działania. To był mój największy problem. Dopiero w ostatnich 4-5 meczach uporałem się z tymi obawami. Koledzy byli już pewni co do moich umiejętności w wygraniu pojedynków, ale bardzo długo brakowało odważnych decyzji – potwierdza Skóraś.

Teoretycznie wcale nie musiał tego lata szukać nowego miejsca. Pojechał nawet z Lechem na obóz do Opalenicy, ale czuł, że jego czas przy Bułgarskiej jeszcze nie nadchodzi. – Rozmawiałem z trenerami, rozmawiałem z dyrektorem, nie chciałem jednak zostawać na siłę. Trudno było się zdecydować, ale ostatecznie w porozumieniu z agentami uznałem, że w tym momencie wypożyczenie do Rakowa będzie najlepszym rozwiązaniem. Tutaj mam nieco większe szanse na grę, mogę się też rozwinąć pod względem taktycznym, poprawić swoją grę w obronie. U Marka Papszuna jestem przewidziany do roli wahadłowego, więc mam inne zadania niż grając normalnie jako skrzydłowy – tłumaczy.

Zaznacza, że grę na wahadle traktuje raczej jako ciekawe, ale tymczasowe doświadczenie. – Jestem skrzydłowym i chciałbym, żeby tak pozostało. Futbol jednak ciągle się zmienia, dziś każdy zawodnik z pola musi umieć coś pokazać i w ofensywie, i w defensywie. Równie dobrze za kilka lat mogę trafić na prawą obronę, sprawdzić się w tej roli i zostać w niej na stałe.

Do Rakowa nie poszedł w ciemno, byle tylko w kadrze znajdował się jeszcze jeden młodzieżowiec. To była przemyślana decyzja z obu stron. – Miałem pewność, że klub dokładnie wie, po co mnie bierze. Telefony z Częstochowy dostawałem jeszcze przed mundialem. Wiele razy rozmawiałem z trenerami i z prezesem Wojciechem Cyganem. To ułatwiło podjęcie decyzji. Pojawiało się zainteresowanie z innych kierunków – głównie z I ligi, ale z Ekstraklasy też – tyle że już bardziej po mistrzostwach. A zależało mi na tym, żeby w nowym klubie wiedzieli, w jakiej dyspozycji byłem wcześniej w Termalice i swoich chęci nie opierali głównie na podstawie MŚ – precyzuje Skóraś.

Na razie jednak za dużo w beniaminku Ekstraklasy nie gra. Po siedmiu kolejkach ma na koncie tylko trzy wejścia z ławki na końcówki. Paniki jednak nie ma. – Wiedziałem, że tak to może wyglądać. Przychodzi nowy zawodnik, nie zna taktyki, ma grać na trochę innej pozycji niż wcześniej. Zdarzają mi się jeszcze błędy w obronie, w przesuwaniu, trenerzy zwracają mi na to uwagę. Cały czas nad tym pracuję i liczę, że z czasem zacznę dostawać więcej szans.

Rakow Czestochowa - Lechia Gdansk

Wychodzi na to, że dotyka go ten sam problem, co wielu innych piłkarzy sprowadzonych latem do Rakowa. Trener Marek Papszun już dobrych kilka tygodni temu narzekał w „Przeglądzie Sportowym”, że nowi zawodnicy – czyli w większości obcokrajowcy – mają nadspodziewanie dużo problemów z dostosowaniem się do jego wymagań taktycznych. Inna sprawa, że w częstochowskim zespole sam status młodzieżowców niewiele gwarantuje, bo do pierwszego składu pukają lub już w nim są również Marcin Szczepański, Jakub Apolinarski i Kamil Piątkowski.

Skóraś konsekwentnie chce robić swoje. – Po tym sezonie byłbym zadowolony z wywalczenia miejsca w składzie Rakowa, z poprawy gry w defensywie i większego wykorzystywania akcji jeden na jeden. Liczę, że da mi to więcej asyst niż wcześniej. Bramki? Jak będą asysty, to i gole się pojawią – zapewnia.

Wcześniej może byłby bardziej niecierpliwy, szybciej się denerwował. Łukasz Włodarek, jego trener z czasów Jastrzębia, wspomina: – Był gadatliwy, ale największy problem w młodym wieku miał z reakcją po stracie piłki. Machał rękami i kręcił głową, trzeba było popracować, żeby swoje umiejętności wykorzystywał też do gry w defensywie. Michał był kreatywnym, inicjatywnym dzieciakiem, który zawsze lubił komentować, ale nie lubił zwracania uwagi. Czasami wymagał ostrzejszej reakcji. Ambicja zawsze go rozpierała. Był zły, gdy nie grał, gdy przegrywał, gdy dostał czerwoną kartkę, a to już na pewno dobra reakcja, pokazująca, że mu zależało. W swojej pracy zawsze był profesjonalny. Na boisku nigdy nie odpyskowywał trenerowi, przynajmniej na głos (śmiech). W trakcie naszej pięcioletniej współpracy Michał odbywał mnóstwo dodatkowych treningów, co nie było i w sumie dalej nie jest normą wśród jego rówieśników. A on razem z Danielem Ściślakiem, który dziś gra w Górniku Zabrze, szedł na orlika, brali zabawki i ćwiczyli. Opłaciło się.

Skórasiowi już od trzech lat pomaga trener mentalny Rafał Kubów, w czym Łukasz Włodarek też maczał palce, bo to on ich ze sobą zetknął. – W Lechu miałem bardzo duże problemy z aklimatyzacją. Szybko opuściłem swoją strefę komfortu, mocno tęskniłem za domem, za rodziną i znajomymi. Przestałem czuć miłość do piłki. Były momenty, że chciałem wracać. Traciłem mobilizację do treningów, źle znosiłem krytykę. W Jastrzębiu byłem lokalną gwiazdeczką, a w Lechu chłopaków o porównywalnych umiejętnościach grało wielu i na początku trochę mnie to przytłoczyło. Musiałem zacząć więcej pracować i stąd trener mentalny. Rafał Kubów mocno mi pomógł. Zmienił moje myślenie. Zdarzają się jeszcze momenty, z którymi sobie nie radzę, niedawno też mieliśmy sesję. Dawniej pracowaliśmy raz na tydzień, teraz tylko wtedy, gdy mam taką potrzebę – opowiada piłkarz.

I dodaje: – Do Lecha mogłem już trafić trzy lata wcześniej, ale rodzice wtedy byli na „nie”, nie puścili mnie nawet na testy. Uważali, że to za szybko, byłem jeszcze dzieciaczkiem z podstawówki. Mieli rację. Skoro jako 15-latek i tak miałem problemy aklimatyzacyjne, to co byłoby wtedy? A gdy już odszedłem, tata jakoś sobie poradził. Wiedział, z czym się to wiąże. Mama bardziej przeżywała, płakała. Ale takie jest życie piłkarza. Jeśli nie grasz w klubie ze swojego miasta, cały czas jesteś na walizkach. Z walizką chyba się nie zżyję, ten aspekt piłkarskiej kariery zawsze będzie doskwierał.

22.06.2019 LECH POZNAN - WIDZEW LODZ SPARING PILKA NOZNA

Skóraś jest człowiekiem religijnym, dlatego przeprowadzka do Częstochowy ma swój dodatkowy atut. – Już trzy razy byłem na Jasnej Górze, blisko siebie mam też kościół. Niekiedy są problemy, żeby pójść w niedzielę na mszę, zwłaszcza na wyjeździe. Wtedy zdarza się, że mamy w dniu meczowym tylko trzy godziny wolnego i akurat w tym czasie nie ma w pobliżu żadnej mszy. Idę więc wcześniej w sobotę lub w poniedziałek po powrocie. Proszę Pana Boga o brak kontuzji, zdrowie dla rodziny i wsparcie w tym, co robię. Wiarę wyniosłem z domu, dziękuję za to rodzicom, babci i dziadziusiowi – mówi na koniec.

Teraz musi pójść za ciosem i potwierdzić, że kilka dobrych akcji na młodzieżowym mundialu nie stanowiło przypadku. Przed nim jeszcze dość daleka droga, ale jeśli będzie pracował naprawdę sumiennie, trudno zakładać, by Marek Papszun nie dostrzegł tego faktu.

Tekst: PRZEMYSŁAW MICHALAK
Video: ADAM ZOSZAK

Fot. newspix.pl

 

KOMENTARZE (1)