Ogień na trybunach, ogień na boisku. Derby Rzymu nie zawiodły
Włochy

Ogień na trybunach, ogień na boisku. Derby Rzymu nie zawiodły

Jakim cudem w dzisiejszym starciu Lazio z Romą padły tylko dwa gole? To chyba nie jest sprawa wyłącznie dla piłkarskich analityków, nad tym fenomenem powinien pochylić się jakiś specjalista od zjawisk nadprzyrodzonych. Dzisiejsze derby Rzymu wręcz kipiały od podbramkowych sytuacji, a obie ekipy z Wiecznego Miasta zaprezentowały mnóstwo intensywnego, mega-otwartego futbolu. W obydwu polach karnych działo się tak wiele, że gdyby spotkanie zakończyło się remisem 5:5, a nie 1:1, to rezultat znacznie lepiej oddawałby przebieg tego niezwykłego widowiska.

Swoją drogą – takie mecze chyba pomału stają się wizytówką Serie A. Jeżeli przymknąć oko na smęcący niemiłosiernie Milan, można wyraźnie dostrzec, że włoska liga z roku na rok staje się coraz bardziej ofensywna, spektakularna. Aczkolwiek zawodnicy Lazio i Romy przekroczyli dziś wszelkie granice i rozmachem swojej gry spokojnie dorównali wczorajszemu hitowi, czyli starciu Juventusu z Napoli. Zwłaszcza w pierwszej połowie.

Dzisiejsze Derby della Capitale zaczęły się od istnej nawałnicy. Obie drużyny przystąpiły do meczu niesamowicie nabuzowane, napompowane atmosferę derbowego starcia. To dość typowe dla rywalizacji o prymat w Rzymie – te spotkania zwykle wyzwalają w uczestnikach dodatkowe emocje i możliwości. Nie inaczej było dzisiaj – Lazio mogło prowadzić w zasadzie już po trzech minutach, ale Romę uratował słupek. Kilkadziesiąt sekund później obramowanie bramki uchroniło przed utratą gola bramkarza Biancocelestich, gdy na płaski strzał z dystansu zdecydował się Zaniolo. W sumie futbolówka huknęła dziś w Rzymie w słupki/poprzeczki aż siedem razy. Czyste szaleństwo. Bramkarze naprawdę mieli więcej szczęścia niż rozumu, że koniec końców tylko dwukrotnie przyszło im wyciągać futbolówkę z sieci.

Początkowo wydawało się, że górą z tego całego szaleństwa może wyjść Roma, której raczej nikt nie stawiał przed spotkaniem w roli faworyta, z uwagi na potężne zawirowania, jakie w ostatnich tygodniach dotykają klub. Lazio dominowało, nacierało, napędzało tempo, ale nie ustrzegło się błędów. Jeden z nich popełnił Milinković-Savić, zagrywając ręką we własnej szesnastce. Rzut karny na gola zamienił doświadczony Aleksandar Kolarov – jeden z ledwie jedenastu zawodników, którym zdarzyło się zagrać w obu rzymskich klubach. Zresztą, Kolarov zdobywał też gola w derbach stolicy, gdy biegał po boisku w błękitnym trykocie.

Ten gol spadł Romie jak gwiazdka z nieba, bo pozwolił cofnąć się i wyczekiwać na kontry. Ale napór Lazio naprawdę trudno było dzisiaj przetrzymać. Wprawdzie podopieczni szalejącego przy linii Simone Inzaghiego (aż dziw, że on jednak nie wparował na boisko i samemu nie strzelił bramki) mieli gigantyczne kłopoty ze skutecznością, ale jednak kreowali sobie tak wiele sytuacji, że coś w końcu musiało wpaść. No i wpadło.

W 58 minucie do siatki trafił Luis Alberto, wykorzystując asystę Ciro Immobile. Jednak akcja bramkowa nie rozgrzesza w pełni tego ostatniego – Immobile powinien dzisiejszy mecz kończyć co najmniej z jednym trafieniem na koncie.

W końcówce emocji nie brakowało, padła nawet nieuznana bramka w doliczonym czasie gry, ale im dalej w las, tym tempo spotkania siadło. Zawodnicy dali z siebie tak dużo w pierwszej połowie, że końcówkę meczu przejechali już raczej na oparach. Niemniej – rzymskie derby i tak były kapitalnym widowiskiem. Remis pewnie nie zadowala żadnej ze stron – oczywiście więcej klarownych sytuacji mieli zawodnicy Lazio, ale gdyby Justin Kluivert z Romy lepiej rozwiązał kilka ze swoich rajdów, to również i goście mogliby się spokojnie pokusić o zgarnięcie kompletu punków.

Cóż – jak mawia znany Romanista, Zbigniew Boniek: „lepiej dwóch rannych niż jeden zabity”. Oba rzymskie kluby muszą uszanować punkt, bo zapracowały na niego cholernie ciężko.

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (0)