W Piaście od B-klasy do Ekstraklasy. Dziś kibic i nie tylko
Weszło

W Piaście od B-klasy do Ekstraklasy. Dziś kibic i nie tylko

Jarosław Kaszowski to żywa legenda Piasta Gliwice i chyba jedyny były zawodnik tego klubu, który jest z nim powszechnie kojarzony. Trudno się dziwić, bo prawdopodobnie mówimy o fenomenie na skalę światową. Nie znamy innego przypadku, gdy jakiś piłkarz przeszedł z jednym zespołem drogę od ligi najniższej w danym kraju do najwyższej – w tym przypadku od B-klasy do Ekstraklasy. Chyba się więc nie dziwicie, że w cyklu „Bliżej klubów”, w którym będziemy przedstawiać osoby ważne dla społeczności poszczególnych klubów PKO Bank Polski Ekstraklasy, w kontekście Piasta bohaterem jest właśnie Kaszowski. 

Wszystko zaczęło się w sezonie 1997/98, gdy gliwiczanie po kilku latach niebytu odbudowywali się od zera. „Kasza” w Piaście zaczynał treningi, ale do seniorów trafił nieco okrężną drogą. – Piast sprowadził mnie z powrotem, gdy wraz z paroma kolegami poszliśmy do Polonii Prószków. Byliśmy tam rok, potem wróciłem do juniorów do trenera Gajdy. Pierwszy mecz w B-klasie był przeciwko Zniczowi Poniszowice, wygraliśmy 4:0, a ja strzeliłem drugiego gola. Miłe początki, nikt wtedy nie zakładał, gdzie kiedyś klub może dojść – wspomina.

Wiadomo, że w barwach „Piastunek” rozegrał ponad 300 meczów, lecz nikt nie podał precyzyjnej liczby. – Około 350, ale nie wiem dokładnie, bo nigdy tego nie liczyłem. W tych pierwszych latach na najniższych poziomach drużyn było dużo mniej, nie rozgrywaliśmy tylu meczów co później – tłumaczy.

Piast Gliwice w czasach B-klasy. Fot. archiwum prywatne

Piast Gliwice w czasach B-klasy. Fot. archiwum prywatne

Kaszowski mimo braku pieniędzy przez lata był wierny Piastowi na niższych szczeblach, ale nie ukrywa, że w dużej mierze zawdzięcza to możliwości zarabiania na siebie poprzez futsal. Tu chodziło o naprawdę poważne granie. – Łączyłem to do początków w III lidze. Tak naprawdę dzięki futsalowi mogłem się utrzymywać. Gdyby nie to, pewnie musiałbym szukać pracy gdzie indziej i nie miałbym czasu na Piasta. Z Clearexem Chorzów zdobywałem mistrzostwa Polski, weszliśmy do najlepszej ósemki futsalowej Ligi Mistrzów, grałem w reprezentacji, z którą dostaliśmy się na mistrzostwa Europy w Moskwie. Był to pierwszy taki awans dla naszej kadry. Fajne przeżycia, super wspomnienia, ale w pewnym momencie musiałem wybrać, na co stawiam.

Dylematy był poważny? Kaszowski przyznaje: – Tak, chwilami bardziej skłaniałem się ku futsalowi. Pewnego razu siedziałem z prezesem Zdzisławem Wolnym, rozmawialiśmy o tym. Na hali mogłem zarobić dużo więcej niż na trawie, ale wydawało mi się, że Piast idzie w tym kierunku, że realna jest przynajmniej ówczesna druga liga, czyli dzisiejsza pierwsza. Wybrałem Piasta i nie żałuję.

Mecze w najniższych ligach to często kopalnia historii. Kilka postaci do dziś wzbudza uśmiech na jego twarzy. – Robert Walkowiak, dla nas „Waluś”, gdy dostał piłkę w polu karnym, to albo mieliśmy karnego, albo piłka wpadała do siatki. Miał niezwykły dar naprawdę ładnego, przekonującego upadania, każdy mógł się nabrać. Wielokrotnie go pytałem, jak to robi, ale mówił, że po prostu tak jest. Z tym się trzeba urodzić. W wielu momentach ratował nam skórę i strzelał gole. Dziś „Waluś” gra w oldbojach Piasta i choć szybkość nie ta, technika pozostała. Historii i osób było mnóstwo. Cieszę się, że tworzyliśmy wtedy zgraną paczkę, z którą mamy co wspominać.

IMG_4969

Być może nie byłoby legendy Kaszowskiego w Piaście, gdyby z różnych względów nie wychodziły transfery do klubów, które się nim interesowały. Poważne były co najmniej dwa tematy. – Przez złamany obojczyk podczas meczu na hali nie poszedłem do Polonii Warszawa. Była wtedy mistrzem Polski, miałem jechać z nią na obóz na Cypr. Wszystko pilotował dyrektor Piasta, Andrzej Tarachulski. Strasznie się na mnie wkurzył, gdy dowiedział się o kontuzji. Powiedział mi wtedy, że mogłem grać za schabowego, a będę grał za frytki. Do dziś pamiętam to zdanie. W trzeciej czy czwartej lidze pojawiło się też zainteresowanie Zagłębia Lubin, ale klub szybko ucinał temat, mówiąc, że nie ma takiej opcji, jestem nie na sprzedaż. Docierało to do mnie później. Nie miałem agenta, nie potrzebowałem go. Dobrze się czułem w tym klubie i w tym mieście. Miałem przekonanie, że cały czas będę mógł się w Piaście rozwijać – przekonuje „Kasza”.

Przez te wszystkie lata spotkał na swojej drodze wielu trenerów. Ze zdecydowaną większością ma głównie miłe skojarzenia. – Na pewno dużo zawdzięczam Zygmuntowi Kajdzie. Namawiał mnie, żebym wrócił do Piasta i już nie jeździł do tego Opola. Był trener Gontarewicz, który budował Piasta od samego początku. Był trener Cholewa, który później to przejął i pomagał. Zabawny człowiek. Pytałeś go o coś, a on podchodził do ciebie, klepał po policzku i mówił „lalala”, „papapa”, będzie dobrze. Niedawno graliśmy mecz oldbojów z Lechią Gdańsk, był naszym trenerem i znowu mogliśmy to usłyszeć. Uśmiech sam pojawiał się na twarzy. Doceniam trenerów Józefa Dankowskiego, Marka Majkę, Piotra Mandrysza. Piłkarsko chyba najbardziej rozwinąłem się u Jacka Zielińskiego, wtedy poszedłem do góry. Świetnie nam się współpracowało. Czasami śmiał się: – Kasza, ty w zimie jesteś zaśnieżony, a latem jeszcze jesteś w lesie. Z trenerem Furlepą wiedzieli, że w okresie przygotowawczym funkcjonuję na zwolnionych obrotach, ale jak jest liga, to odpalam. Z Markiem Wleciałowskim na początku w Ekstraklasie nam nie szło, ale potem było lepiej. Bardzo dobrym fachowcem jest Dariusz Fornalak, uzupełniali się z Dankowskim. Byli przeciwieństwami i tworzyli zgraną mieszankę.

O dziwo jednak do tego grona nie można zaliczyć Marcina Brosza, z którym nie do końca było mu po drodze. Jak dziś na to patrzy? – Wiele mogłem się od niego nauczyć, zwłaszcza w kwestiach taktycznych. Natomiast… Jak to się śmiali inni piłkarze „Jarek, jak tam, byliście już na tej kawie?”. To już był symbol, bo na pierwszym obozie trener mówi, że musimy sobie usiąść i pogadać, bo jestem tutaj kapitanem, a mamy czas, 10 dni obozu. Dni mijały i nie pogadaliśmy, w ostatnim dniu zgrupowania zasugerowano, bym poszedł i kupił kawę. Chyba dopiero po ośmiu miesiącach w końcu się tej kawy napiliśmy. Wtedy drużyna przechodziła trudne momenty, nie szło nam. A wydawało się, że szybko wrócimy do Ekstraklasy. Jak nie idzie, odbija się to zawsze na zawodnikach najbardziej doświadczonych i najmocniej związanych z klubem. Nie zawsze zgadzam się z takim podejściem, bo to, że ktoś gra już długo w jednym miejscu nie oznacza, że w danym momencie jest pierwszym winnym. Jak wszystko jest fajnie, takie osoby są klepane po plecach i wynoszone ponad resztę, ale w kryzysie są pierwsze do odstrzału – mówi.

Najbardziej frapujące w jego historii jest to, jak radził sobie z ciągłymi przeskokami. Za każdym razem chodziło przecież o wyższy poziom sportowy, z czasem również dochodziła inna otoczka, większa presja i zainteresowanie mediów. Mimo to Kaszowski ciągle miał swoje miejsce na boisku.

 – Po każdym awansie podczas obozów rozgrywaliśmy sparingi z drużynami wyżej notowanymi. Już będąc w okręgówce czy w czwartej lidze czuliśmy, że zbytnio nie odstajemy. W trzeciej czy drugiej lidze człowiek czuł już wyraźny przeskok, ale największym był awans do Ekstraklasy. To już inny świat, kamery, kibice, dodatkowy stresik, wtedy człowiek poczuł największą różnicę. Każdy awans był wyzwaniem, ale zawsze dawałem radę i na tym polegał mój atut. Ktoś mi kiedyś powiedział: – Kasza, zawsze umiałeś się przystosować. Potem to do mnie dotarło. Jeśli w ciągu trzech lat potrafiłem przeskoczyć o cztery ligi, no to coś w tym musiało być. Mam tę satysfakcję, że zmieniał się poziom, przychodzili inni trenerzy i zawodnicy, a ja utrzymywałem się na powierzchni i to nie za zasługi czy ładne oczy – podsumowuje.

Wreszcie, mając już na karku 30 lat, dostał się z Piastem do elity. Zadebiutował w niej 9 sierpnia 2008 roku, on i koledzy wygrali z Cracovią 2:0. Na ekstraklasowy debiut na gliwickiej ziemi czekał znacznie dłużej, bo Piast przez ponad jedną rundę musiał występować w roli gospodarza w Wodzisławiu Śląskim. Wreszcie 3 kwietnia 2009 zagrano już normalnie w Gliwicach i od razu w prestiżowym starciu pokonano Górnika Zabrze po pięknym golu Mariusza Muszalika.

Kaszowski w pierwszym sezonie miał pewne miejsce w składzie, rozegrał 28 z 30 meczów ligowych. W drugim było już znacznie gorzej, poprzestał na pięciu epizodach. Piast spadł do I ligi i przygoda „Kaszy” z Ekstraklasą zakończyła się na trzydziestu trzech spotkaniach.

 – Jeśli chodzi o Ekstraklasę odczuwam duży niedosyt. Z jednej strony poczułem spełnienie, długo nawet nie zakładałem, że trafię na najwyższy szczebel. Ale mogłem zrobić więcej, zwłaszcza w drugim sezonie. W pierwszym szło mi nieźle, regularnie grałem na prawej obronie. Potem przesunięto mnie do pomocy, co trochę podcięło mi skrzydła, bo już w pełni poczułem się dobrze jako obrońca i myślałem, że tak zostanie. Do tego jesienią doznałem kontuzji. Zamiast od razu dać nogę pod nóż, próbowałem ciągle to odwlekać i dopiero po kilku miesiącach doszło do operacji. Chyba za późno. Sezon miałem stracony, spadliśmy do I ligi. Ostatni mecz z Cracovią będzie nam się śnił do końca życia. Przegraliśmy 0:1 w 90. minucie, wcześniej Kamil Wilczek nabił Mariusza Muszalika na linii bramkowej i nie było gola. Szkoda, bo gdybyśmy się utrzymali, pewnie miałbym w Ekstraklasie bogatszą kartę – nie ukrywa lekkiego żalu.

Tak czy siak dzięki tej drodze od B-klasy do Ekstraklasy dziś jest w zasadzie jedyną powszechnie kojarzoną postacią związaną z Piastem. Jeżeli potrzeba wypowiedzi byłego zawodnika tego klubu, niemal na pewno wybierze się numer Kaszowskiego. Stał się ikoną Piasta i nie ma się co krygować, że jest inaczej.

Kaszowski: – Nie lubiłem określenia „legenda”. Mówiłem, że gram w piłkę i nie patrzę na to, co się dzieje wokół. Natomiast teraz, gdy tak sobie siadam, no to trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: coś się udało, coś się zrobiło. Żałuję, że nie mogę grać na takich pięknych stadionach i murawach jakie dziś mamy, natomiast taka jest kolej rzeczy. Ktoś wcześniej zrobił wiele, żeby później mogły się wydarzyć inne rzeczy. W pewnym sensie położyliśmy podwaliny pod to, co jest teraz. Szkoda, że wiele z tych osób zostało zapomnianych. O mnie się pamięta ze względu na tę drogę od samego dołu na szczyt. To jednak jest coś, można mówić o ewenemencie. Nie jestem już tą osobą, która wychodzi na murawę czy śpiewa z kibicami – a dawniej się zdarzało – ale cieszy, że ludzie nie zapomnieli. Umiejętności miałem jakie miałem, szkolenie nie wyglądało dawniej tak jak obecnie, w sporej mierze byłem samoukiem. Dzięki futsalowi szlifowałem technikę użytkową, ale specjalistyczne treningi zacząłem dość późno. Gdybym zaczął ileś lat wcześniej, mógłbym być dużo lepszym zawodnikiem. Braki musiałem nadrabiać zadziornością, ambicją, bieganiem i nawet się udawało.

smartcapturesmartcapturesmartcapture

Nie wszyscy wiedzą, że Kaszowski nadal jest związany z Piastem nie tylko emocjonalnie. Na co dzień pracuje bowiem w klubie. – Jestem w dziale sprzedaży, to już praca zza biurka, przed komputerem. Zajmuję się przede wszystkim biletami. Staram się, aby wszystkie zamówienia od sponsorów i innych podmiotów zostały zrealizowane jak najsprawniej. Oprócz tego mieliśmy program „Szkoła na stadionie”, szkoły i przedszkola mogły nabyć bilety dużo taniej. Byłem odpowiedzialny za realizację tego programu. Teraz czekamy na decyzję, w jakiej formie od września ten projekt będzie kontynuowany – tłumaczy.

Na tym jednak jego zawodowa aktywność się nie kończy. Kaszowski już od ośmiu lat prowadzi akademię piłkarską Team, w której trenuje kilkaset dzieci. Bez fałszywej skromności przyznaje, że projekt coraz lepiej się rozwija. – Przez ten czas doszliśmy do momentu, w którym możemy się chwalić, że to szkolenie rzeczywiście idzie w dobrym kierunku i stoi na dobrym poziomie. Mamy już swoje roczniki w ligach wojewódzkich na Śląsku. Może wkrótce któryś z wychowanków trafi gdzieś do fajnego klubu i zagra kiedyś w Ekstraklasie lub nawet na wyższym poziomie. Ten rok jest dla nas przełomowy jeśli chodzi o inwestycje. Otrzymaliśmy ziemię od miasta, na końcowym etapie znajdują się planowanie i projektowanie, więc jeszcze w tym roku chcemy wybudować boisko pod balonem razem z całym zapleczem socjalnym. Mamy świetnego sponsora Marka Ślibodę, szefa firmy Marco. Gdyby nie on, mówilibyśmy tylko o marzeniach, a nie planach. W tej hali znacznie łatwiej będzie nam pracować nad techniką i ogólnie indywidualnym wyszkoleniem dzieci, które jest najważniejsze – opowiada.

smartcapture

Jak ognia unika mówienia o wynikach i wywieraniu presji na trenujących. – Zaplanowaliśmy sobie szkolenie do 15. roku życia, do czasu ukończenia przez dzieci szkoły podstawowej. Wtedy mogą podejmować decyzję, czy idą do klasy sportowej i stawiają poważniej na piłkę, czy nie i myślą bardziej o nauce. Zależy na nam tym, by w czasie podstawówki dzieci miały zapewnione szkolenie na wysokim poziomie, ale by mogły jednocześnie normalnie chodzić do swoich szkół, bez konieczności zmiany otoczenia – tłumaczy.

Nie ukrywa przy tym, że jakaś rywalizacja z Piastem na polu szkoleniowym istnieje. – Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Pewnie, że jest. Chyba o to chodzi. Mamy roczniki od 2007 w dół, które ze sobą grają, ale nie będę mówił o wynikach, bo nie taki jest cel na tym etapie. Zależy nam, żeby nasi wychowankowie trafiali na przykład do kadry Śląska, co się ostatnio udało. A wierzę, że prędzej czy później doczekamy jakiegoś reprezentanta kraju – kończy.

Tekst i zdjęcia: PRZEMYSŁAW MICHALAK
Video: MATEUSZ STELMASZCZYK

KOMENTARZE (0)