Legia musi być dzisiaj jak Butch w Pulp Fiction
Weszło

Legia musi być dzisiaj jak Butch w Pulp Fiction

22 sierpnia, a my mamy wciąż polski klub w pucharach: pora odtrąbić jak nie sukces, to przynajmniej postęp. Mało: to nie efekt gruntownej reformy terminarza UEFA, Legia faktycznie jest o zaledwie dwumecz od fazy grupowej, czyli o dwumecz od całej jesieni gry w Europie. Jeszcze mało: Legia jest rozstawiona w tej finalnej rundzie, co w teorii powinno gwarantować może nie autostradę, ale chociaż pole position.

Problem w tym, że dobrze już było. Piłka na Starym Kontynencie robi się coraz bardziej konkurencyjna, kto się nie rozwija, ten się zwijał. Dlatego jeszcze do niedawna polski klub rozstawiony w play-off LE trafiał na Sheriff Tyraspol, Videoton, Aktobe, w najgorszym wypadku na Zorię Ługańsk. Teraz są to Rangersi i legendarne Ibrox, Rangersi i wschodząca gwiazda trenerska Stevena Gerrarda, Rangersi i ich rosnące ambicje, potwierdzone w zeszłorocznym sezonie pucharowym.

Legia, mimo rozstawienia, najzwyczajniej w świecie faworytem nie jest.

Kursy na mecz w Etoto: Legia Warszawa 3.10 – remis 3.30 – Rangers 2.45

Nie chodzi nawet o jakiegoś wielkiego pecha w losowaniu, choć owszem, wiadomo, że współczynnik Rangersów niebawem będzie zdecydowanie lepszy, a teraz mają taki a nie inny tylko dlatego, że parę lat temu zbankrutowali i zamiast klepać punkty UEFA, obijali się o Third Division, wystawiając tam zawodników, którzy później próbowali robić karierę w Zawiszy Bydgoszcz (kojarzycie Argyriou?). Przecież gdyby Legia nie trafiła na Rangers, mogłaby trafić jeszcze na:

Torino, które w czterech meczach zdemolowało rywali z naszego regionu łącznie 13:2 (7:1 Debreczyn, 6:1 Szachtior Szoligorsk), Torino, które ma Zazę, Belottiego, Sirigu, Ansaldiego i innych, którzy na Ekstraklasę nie spojrzą nawet szukając przygód w Football Managerze.

Vitorię Guimaraes, która w poprzedniej rundzie przewiozła się 9:0 po łotewskim Ventspilsie, a wcześniej odprawiła luksemburskie Jeunesse Esch 5:0, co naturalnie być może kiedyś moglibyśmy przyjąć wzruszeniem ramion, ale nie obecnie, zarówno rywalizacje polsko-łotewskie jak i polsko-luksemburskie aktualnie kojarzą się z eurowpierdolami.

Apollon FC, który w poprzedniej rundzie ograł Austrię Wiedeń 5:2.

Nie twierdzimy, że Legia stałaby na straconej pozycji, z Rangersami też nie stoi, ale fakt faktem – niby losowanie nie najlepsze, a mogło być mimo rozstawienia jeszcze gorsze, bo Torino to byłby w zasadzie wyrok. Zarówno do meczu z Vitorią, jak i Apollonem podchodzilibyśmy pewnie z większym optymizmem, ale też za faworyta Legia uchodziłaby głównie wśród polskich optymistów, tak naprawdę bowiem wylosowanie polskiego zespołu byłoby świętowane zarówno w Portugalii jak i na Cyprze; cypryjski Apollon, na którego pewnie najchętniej patrzylibyśmy z góry, sam pewnie uznałby, że trudniejszą część roboty ma już za sobą, bo pokonał Austrię Wiedeń.

W ten sposób myślą właśnie w Rangers: ciężko już było. Midtjylland to ekipa, która wydała sześć milionów euro na transfery tylko tego lata, a jednak pokonali ich dość pewnie. Z Legią mają tylko zwieńczyć dzieło.

I być może wypada powiedzieć to, co powiedział Butch wracając w „Pulp Fiction” do swojego mieszkania po zegarek ojca, zastając tam Vica Vegę w kiblu, a jego pistolet maszynowy na kuchennej ladzie obok tostera:

„Tak ich pokonasz, Butch. Nie doceniają cię”.

Nie udawajmy, że przyjechały ogórki. Rangers wygrało w tym sezonie osiem na dziewięć meczów. I niestety, nie możemy się śmiać, że dwa z tych zwycięstw to spotkania z zespołami z Gibraltaru, a po drodze zdarzył się remis w Luksemburgu – polska piłka w ostatnich dwóch sezonach straciła prawo do żartów z takich rezultatów. Rangersi u siebie wygrali natomiast efektownie 6:1 z Hibernianem, a już dwumecz z Midtjylland 7:3 – u nas zapewne zapanowałaby euforia, gdybyśmy tak ich ograli. Nawet sparingi Rangers mieli obiecujące, by wspomnieć 4:0 z Olympique Marsylia,

Gol Kulenovicia? Kurs 3,50 w Etoto

Ale polski futbol europucharowy nie rządzi się żadnymi prawami. Przynajmniej prawami zdroworozsądkowymi. Tak, ostatnio obrywamy często. Ale bywały już takie okresy we wcale niedalekiej przeszłości i zwykle przerywane były nagle, w zasadzie znikąd, a polski klub robił wówczas coś kompletnie nieracjonalnego, przeskakując rywala stojącego w teorii ponad nim, zaczynając niejednokrotnie coś nowego, lepszego. Oczywiście zwykle kończyło się tak, że trwoniliśmy ranking, szansę, kolejne rozstawienia i znowu znajdywaliśmy się tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, ale pamiętacie sezon, w którym Legia ograła Spartak? Gdyby decydował rozsądek czy wydane pieniądze, Legia odpadłaby już z Gaziantepsporem, bo prawda jest taka, że wciąż byle turecki słabiak płaci lepiej niż polska czołówka. Tymczasem to wtedy, gdzie Legia poszła ścieżką zwycięstw tam, gdzie w teorii nie powinna mieć na nie żadnych szans, położył podwaliny pod zupełnie niezłą pozycję rankingową Legii – wtedy Legia nie mogła liczyć na żadne rozstawienia, w kolejnych sezonach już tak.

Faworytem są The Gers, ale Legia ma dość jakości, by powtórzyć tamten scenariusz. Ekipa Vukovicia może nie rzuca na kolana, może w ofensywie czasem krwawią oczy od oglądania ich poczynań, ale w europejskich pucharach o wiele cenniejsze od fantazji jest wyrachowanie. Polskie kluby nie są na takim etapie, by móc sobie pozwolić na ładną grę i wyniki, czego dowodem Lechia – Brondby i Piast – BATE. Są natomiast argumenty za tym, by sądzić, że Legia mogłaby się przerodzić w twardy orzech do zgryzienia dla mocniejszych – to nie przypadek, że tracą tak mało bramek, organizacja gry w tyłach poprawiła się. Nie jest to jakiś mur nie do przebycie, ale jednak wygląda to obiecująco. Ofensywa wciąż ma problemy ze skutecznością, ale być może Legia zmarnowała już tak wiele dobrych okazji, że teraz dla równowagi wykorzysta ze dwie średnie.

 

KOMENTARZE (37)