630 minut bez utraty gola to już nie jest po prostu fart
Weszło

630 minut bez utraty gola to już nie jest po prostu fart

Bardzo wymowny obrazek dla przebiegu spotkania Legii z Rangersami – doliczony czas gry, Artur Jędrzejczyk z pełnym impetem wjeżdża chirurgicznie czystym wślizgiem w przeciwnika i odbiera mu ochotę na dalszą grę w piłkę nożną, przynajmniej dziś wieczorem. O faulu rzecz jasna nie ma mowy. Sheyi Ojo długo nie podnosi się z murawy, a kapitan warszawskiej drużyny jeszcze dodatkowo nakręca siebie i swoich kolegów. Choć było już wtedy właściwie jasne, że goście dzisiaj w Warszawie wiele nie zwojują. Odbili się po prostu od ściany. Czyli od Jędrzejczyka, Lewczuka, Stolarskiego i Rochy.

Choć w zasadzie byłoby chyba jednak trochę nie fair w stosunku do reszty zespołu, gdyby za świetną grę w destrukcji pochwalić dzisiaj tylko nominalnych obrońców. Trzeba powiedzieć, że Legia świetnie się spisała w obronie jako całość. To była porządnie naoliwiona, intensywnie działająca maszynka do uprzykrzania życia rywalowi, wytrącania go z równowagi. Gorzej sprawy miały się z kreowaniem własnych sytuacji, ale to już materiał na inną analizę.

Świętej pamięci Kazimierz Górski pozostawił po sobie wiele kultowych powiedzonek, ale jedno z nich szczególnie trafnie pasuje do Legii Warszawa. „Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście”. Można było rzecz jasna deprecjonować czyste konta zachowywane przez wicemistrzów Polski w rywalizacji z gibraltarską Europą FC. Wiadomo – co to w ogóle za przeciwnik? Ogóry, kelnerzy, amatorzy. Nie ma się czym podniecać, stracić z takimi bramkę to wstyd i paskudny kleks w piłkarskim CV. Potem były dwa mecze na zero z tyłu z fińskim KuPS. I znowu ta sama historia – dziadowski rywal, więc nikomu do głowy by nie przyszło – i słusznie – by chwalić Legię za zachowanie czystego konta na przestrzeni dwumeczu z Finami. Przyjąć sztukę od takich łapserdaków to byłaby hańba. Choć równolegle mistrzowie Polski stracili przecież cztery gole w dwóch meczach z przeciwnikiem z Łotwy, którego trudno traktować jako futbolowego mocarza.

Wreszcie – grecki Atromitos. Przed dwumeczem spodziewano się, że to będzie pierwsza poważna przeszkoda, rzucona pod nogi Legii na drodze do fazy grupowej Ligi Europy. Wszak Grecy wyeliminowali z rozgrywek Dunajską Stredę, która wcześniej poradziła sobie z Cracovią. Tymczasem „Wojskowi” ateńczykom nie pozwolili właściwie na nic. Stuprocentowy spokój we własnym polu karnym.

I znów powtórka z rozrywki – wydawało się, że to Atromitos jest po prostu żałośnie ospały, powolny, nędzny, a nie Legia tak skuteczna w powstrzymywaniu rywali. Ale dzisiaj na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej olbrzymie kłopoty z wykreowaniem sobie dogodnych okazji strzeleckich mieli Rangersi. A to już jest drużyna, którą trudno deprecjonować. O ile na poprzednie mecze eliminacyjne Legii Warszawa bez utraty gola można było patrzeć z przymrużeniem oka, tak teraz wypada docenić pracę legionistów w odbiorze, ustawienie w defensywie, skuteczność w pojedynkach defensywnych. Jasne – goście ze Szkocji mieli za trzy sytuacje do zdobycia gola, w tym jedną bardzo dogodną, którą sknocił Alfredo Morelos przy świetnym zachowaniu Radosława Majeckiego. Jednak nawet Grecja w 2004 roku dopuszczała czasem rywali do okazji strzeleckich. Nie ma w futbolu defensywy idealnej.

Pewnie, można też powiedzieć, że Gerrard nie napalił się na zwycięstwo jak szczerbaty na suchary i jest zapewne zadowolony z bezbramkowego rezultatu. Ale czy – przy zasadzie przewagi goli wyjazdowych – 0:0 na stadionie przeciwnika to rzeczywiście aż tak korzystny wynik? Rangers w pierwszej fazie meczu wcale nie wyglądali na zespół, który przyjechał do Polski po bezpieczny remisik. Po prostu im dalej w mecz, tym bardziej tracili koncepcję na przełamanie defensywy warszawiaków.

Jeżeli chodzi o gospodarzy – mogli się w dzisiejszym meczu podobać właściwie wszyscy zawodnicy bezpośredni odpowiedzialni za wybijanie rywali z uderzenia. Igor Lewczuk na środku obrony zagrał profesurę. Już nawet nie chodzi o to, że stoper Legii zagrażał również bramce przeciwnika po stałych fragmentach gry. On przede wszystkim we własnej szesnastce był zaporą nie do przejścia. Rozbijanie kontrataków, odcinanie rywali od podań, pojedynki powietrzne, starcia siłowe – wszystko na najwyższym poziomie. Wspomniany Morelos, którego tak się w Warszawie obawiano, raz czy drugi może bryknął, ale generalnie – został schowany do kieszeni.

Również InStat potwierdza to, co było widoczne gołym okiem. Igor został oceniony najlepiej spośród wszystkich zawodników, biorąc pod uwagę również piłkarzy drużyny przyjezdnej. Co charakterystyczne – Lewczuk tylko siedem razy brał udział w pojedynku defensywnym. To bardzo mało w porównaniu do jego kolegów (Stolarski 11, Jędrzejczyk 19, Rocha 10). Nie świadczy to jednak bynajmniej na jego niekorzyść – były piłkarz Bordeaux po prostu ułatwiał sobie życie doskonałym ustawieniem i przewidywaniem.

W ogóle to Szkoci częściej jeździli dzisiaj na tyłku, wykonując o osiem wślizgów więcej niż gospodarze. Dalecy jesteśmy do tego, by Legię pochwalić za większą kulturę gry niż ta widoczna w zespole rywala, bo jednak pierwsza połowa kompletnie o tym nie świadczyła. Ale prawda jest taka, że od pewnego momentu to Rangersi tańczyli tak, jak im „Wojskowi” zagrali.

Swoją robotę u boku Lewczuka wykonał kolejny z doświadczonych defensorów, czyli wspomniany Artur Jędrzejczyk, który aż dwunastokrotnie brał udział w pojedynku powietrznym z rywalami. Widać było, że wziął na siebie sporo czarnej roboty w defensywie. Dużych zastrzeżeń nie można mieć również do Luisa Rochy. Pozytywnym zaskoczeniem była natomiast odpowiedzialna i skuteczna gra Pawła Stolarskiego, który w duecie z Marko Vesoviciem zaklajstrował prawą stronę boiska. Dodać do tego oferującego konkrety w środkowej strefie Cafu i już summa summarum mamy drużynę, którą można z czystym sumieniem za występ w destrukcji pochwalić. InStat naliczył Rangersom ledwie trzy klarowne szanse do zdobycia gola. Legia miała ich dwa razy więcej.

Krótko mówiąc – widać w drużynie Legii postępy. Widać, że Vuković – korzystając pewnie na doświadczeniu takich ludzi jak właśnie Lewczuk czy „Jędza” – zdołał coś wypracować, tu i tam drużynę usprawnić. Szkoda, że przede wszystkim – żeby nie powiedzieć: „wyłącznie” – w destrukcji. Przeszkadzać i kontrować jest niestety zawsze łatwiej niż kreować. Ale, biorąc pod uwagę mizerię pucharową pozostałych polskich klubów, to dobre i to.

fot. NewsPix.pl

KOMENTARZE (32)