To ja, Nick niepokorny
Inne sporty

To ja, Nick niepokorny

Buntownik, walczący z tenisowym zakłamaniem czy raczej błazen, robiący z kortów własny cyrk? Gość, na którego utratę ATP nie może sobie pozwolić czy człowiek, który więcej nie powinien wyjść na kort? Szczery. Emocjonalny. Wrażliwy. Porywczy. Przede wszystkim jednak – genialny tenisista. Nick Kyrgios pokazał się nam w swej karierze z wielu stron. Która (a może wszystkie?) jest jego prawdziwą? I czy na pewno powinien się zmienić?

Trzy tygodnie z życia Nicka

29 lipca. Zaczyna się tenisowy Citi Open, turniej rangi ATP 500, rozgrywany w Waszyngtonie. Do rywalizacji w stolicy USA przystępuje i Nick Kyrgios. Po Australijczyku raczej nikt nie spodziewa się sukcesu. Bo zaczyna od pierwszej rundy, bo nie jest rozstawiony, bo przez ostatnich kilka miesięcy prezentował się raczej słabo. Jasne, to wciąż gość, którego stać na to, by rozgrywać mecze wielkie, ale trudno przewidywać, by mógł wygrać cały turniej.

Kyrgios ma jednak nieco szczęścia. Przez pierwsze cztery rundy trafia na zaledwie jednego rozstawionego zawodnika – w swoim drugim meczu odprawia Gillesa Simona. Poza tym do półfinału dochodzi pokonując tenisistów z drugiego szeregu. Dopiero w 1/2 trafia na Stefanosa Tsitsipasa (z którym zresztą grał też w Waszyngtonie w deblu, ale bez powodzenia – odpadli w pierwszej rundzie). Greka pokonuje w trzech setach, po świetnym meczu, zakończonym dramatycznym tie-breakiem. W finale – po kolejnych dwóch tie-breakach – odprawia Daniiła Miedwiediewa. Wygrywa turniej.

To był jeden z najlepszych tygodni w moim życiu – mówi dziennikarzom. – Zrobiłem ogromny krok. Udowodniłem sobie, że mogę rywalizować na najwyższym poziomie. Mam przy sobie ludzi, którzy mnie wspierają i nigdy nie utracili we mnie wiary, nawet, gdy ja sam ją straciłem. Ten tydzień znaczy dla mnie wiele, świetnie jest tu wygrać. To niesamowite, kiedy pomyślę o tym, gdzie byłem sześć miesięcy temu i jakie rzeczy wtedy robiłem. Ranking? Nie skupiam się na tym, nie dbam o miejsce. Chcę rozwijać się jako osoba, człowiek. Jeśli za tym pójdzie rozwój tenisisty. Chcę wykształcać małe nawyki, starać się być lepszym. Wciąż wiele muszę zmienić. Mam mnóstwo niezdrowych nawyków, które zaczynały pokazywać się na tenisowym korcie. Tu, w Waszyngtonie, stałem się kumplem z gościem od smoothie, pod koniec turnieju wiedział już, które smoothie chcę. Grałem też w ping ponga z jakiś dzieciakami, zanim wychodziłem na kort… To naprawdę był tydzień wart zapamiętania.

Brzmi świetnie, prawda? Oczywiście, pomijamy tu nieco fakt, że i w trakcie tego turnieju Nick potrafił poszaleć. Rozwalił rakietę, wyrzucił piłkę poza stadion w złości czy nazwał jednego z arbitrów (Fergusa Murphy’ego, ujmując rzecz dokładniej, jego postać za moment powróci) „ziemniakiem z nogami i rękami”. Inna sprawa, że przynajmniej coś mu to dało – wygrał turniej. A zwycięzcy więcej się wybacza. Dlatego wtedy mało kto komentował tę sprawę. W kolejnych tygodniach Nick dał jednak wszystkim mnóstwo powodów do rozmów.

Po „jednym z najlepszych tygodni w życiu”, gdy sam mówił, że musi się poprawić i zmienić swoje „niezdrowe nawyki”. Po awansie na 27. miejsce w rankingu i znakomitej grze. Po zademonstrowaniu krytykom, że wciąż tkwią w nim wielkie możliwości. Po tym wszystkim Kyrgios poleciał do Kanady na Rogers Cup. I odpadł już w pierwszej rundzie, gdy w dwóch setach ograł go Kyle Edmund. Ale to nie na to zwracało się przede wszystkim uwagę.

Nick stracił bowiem w tym meczu panowanie nad sobą z powodu… braku białego ręcznika. Zaczęło się od tego, że zapytał sędziego, czy ten może mu jeden dać. Arbiter odparł, że nie może opuścić swojego krzesełka. Nick powiedział, by skontaktował się przez radio z kimś, kto ten ręcznik przyniesie. A potem nastąpiła eskalacja. Po kolejnych kilku zdaniach Kyrgios zaczął celować w osobę sędziego i głośno, w niecenzuralnych słowach, wyrażać swoje zdanie. „Jestem wkurwiony, człowieku. Pierdolony biały ręcznik… Pytałem go, jak trudne to jest. To tylko biały ręcznik. Czekam pięć gemów na biały ręcznik” krzyczał. Ręcznik, ostatecznie, otrzymał. Ale do meczu już w pełni nie wrócił, gładko oddał go rywalowi.

To był jednak tylko przedsmak tego, co czekało wszystkich w Cincinnati. Tam, podczas meczu z Karenem Chaczanowem, Nick odleciał. Na zupełnie inną orbitę. Głównego sędziego – Fergusa Murphy’ego, oczywiście – wyzywał po tym, jak ten dał mu ostrzeżenie za spowalnianie gry przy serwisie. – Chcesz mi powiedzieć, że Rafa Nadal gra szybko podczas swoich serwisów? To wstyd. Nie rozśmieszaj mnie. Jeśli Rafa gra tak szybko, to kończę karierę, rezygnuję z tenisa. Jesteś najgorszym sędzią, z którym miałem do czynienia. Gdy tylko siadasz na krześle, powstaje z tego jakieś gówno – wołał do arbitra Australijczyk. Potem poprosił go o przerwę toaletową. Pozwolenia nie dostał, co nie przeszkodziło mu zejść z kortu. Ledwo wszedł do strefy dla zawodników, a rozwalił w korytarzu dwie rakiety, po czym… wrócił z nimi na kort.

Po zakończeniu meczu nie skończyło się wcale kyrgiosowe przedstawienie. Arbitra nazwał „pierdolonym narzędziem”, nie podał mu ręki i splunął w jego stronę. Rzucił też buty w trybuny, a zniszczone rakiety oddał młodym fanom. W dalszym ciągu obrażał też sędziego. Tak dosadnie, że komentatorzy musieli przepraszać za transmisję tego typu rzeczy. Gdy ATP to wszystko podliczyło, wyszło im, że Nick musi zapłacić 113 tysięcy dolarów, co oznacza, że suma kar z jego kariery (tylko tych największych, wynoszących jednorazowo co najmniej kilka tysięcy dolarów) przekroczyła już ćwierć miliona. Inna sprawa, że Nick – z samego kortu – podniósł w trakcie kilku lat zawodowej gry już osiem milionów dolców. Więc może sobie pozwolić.

To zaledwie trzy tygodnie, w trakcie których Nick Kyrgios przeszedł drogę od gościa wygrywającego turniej i szczerze się tym cieszącego, do frustrata wyzywającego sędziego i rozwalającego rakiety. Takie zmiany to w jego karierze żadna nowość. Przy tym gościu niczego nie można być pewnym. Próby przewidzenia, co stanie się w danym meczu, trzeba sobie darować, o ile nie jest się Nostradamusem. A możliwe, że i on by wymiękł.

Bo taki właśnie jest Nick Kyrgios. Jakby siedziały w nim dwie osoby.

Doktor Jekyll i pan Hyde

– Myślę, że Nick Kyrgios potrzebuje większego zrozumienia – mówi nam Tomasz Lorek, komentator Polsatu Sport. – Wiem, że nie wolno obrażać ludzi i że Nick czasem przesadza w formie. Szkoda jednak, że ludzie i media nie koncentrują się na tym, jaki on jest naprawdę.

A jaki Nick Kyrgios jest naprawdę? Cóż, podobno gdy schodzi z kortu to gość, którego każdy z nas chciałby mieć za przyjaciela. Zawsze skory do pomocy, uważnie słuchający, wesoły, potrafiący wprawić każdego w dobry humor (zresztą to przebija się i w trakcie meczów, choćby w Waszyngtonie, gdzie potrafił pytać kibiców o to, w którym kierunku ma akurat zaserwować). Do tego wszystkiego również bardzo troskliwy.

Nie jest przypadkiem, że Kyrgios bardzo angażuje się w rodzinne życie. To zresztą musi być ciekawe, skoro jego matka jest Malezyjką, która zrzekła się pozycji szlachetnie urodzonej, ojciec Grekiem, a Nick wychował się w Australii. Ciekawa mieszanka, co? Nick naprawdę poznał życie od wielu różnych stron. Jakiś czas temu założył fundację nazwaną po prostu „NK Foundation”, pomagającą dzieciom z biednych rodzin. Angażuje się też w inne akcje charytatywne, przeznacza na to duże kwoty. Z dzieciakami często gra w kosza czy tenisa. Zawsze uśmiechnięty, powtarza, że to tam czuje się jak w swoim żywiole. Dodaje też, że to właśnie dla tych dzieciaków gra i wygrywa mecze w turniejach ATP.

Chcę, by fundacja się rozwijała, stawała coraz większa. Czasem jest trudno znaleźć mi radość i emocje w tenisie. Ale to wszystko wraca, gdy myślę o tych dzieciach. Odbicie z nimi kilku piłek, czyni mój dzień lepszym. Im, taką mam nadzieję, przywraca nadzieję na sukces. Możliwe, że sporo mogę ich nauczyć, bo sam przez wiele przeszedłem. Może dzięki mnie nie popełnią takich samych błędów – mówił.

Podobno świetnie też da się z nim dogadać w szatni. Choć są tenisiści, którym to się pewnie nigdy nie uda, to jednym z lepszych przyjaciół Nicka w tourze jest choćby Andy Murray. Ostatnio z kolei media i kibice emocjonowali się „bromance’em” Kyrgiosa z Tsitsipasem, gdy ten pierwszy przynosił drugiemu buty na kort. Inny przykład? Kiedy na US Open Nick doznał kontuzji w singlu i przegrał przez to swój mecz, następnego dnia i tak wyszedł na kort, żeby wystąpić w deblu z Mattem Reidem. Potem tłumaczył, że Matt pomagał mu cały rok i chciał mu się po prostu odpłacić.

Kiedy Nick gra w australijskiej kadrze, to wszystko wygląda zupełnie inaczej – mówi Tomasz Lorek. – Możliwe, że ten gość jest po prostu urodzony do gry zespołowej. Możliwe też, że bardziej pasowałby do swojej ukochanej koszykówki, bo tam jest drużyna, presja się rozkłada na innych. W trakcie meczów w Pucharze Davisa Nick naprawdę był gościem do rany przyłóż.

Tyle tylko, że w przypadku Kyrgiosa zawsze jest to „ale”. „No tak, pomaga dzieciom, ale co zrobił w Cincinnati…”; „super w szatni, ale kiedy wychodzi na kort….”. Przykłady można mnożyć tak, jak on mnoży złe zachowania. Jest geniuszem, jednym z najbardziej utalentowanych (jeśli nie najbardziej) zawodnikiem na świecie. Ale tego talentu nie umie wykorzystać, bo do głosu dochodzi jego własny pan Hyde.

To on potrafił powiedzieć Stanowi Wawrince w trakcie meczu, że jego dziewczyna została „puknięta” przez Thanasiego Kokkinakisa. To on odbiera telefon między gemami, bo dzwoni jego kumpel, mimo że ta rozmowa to „w sumie nic ważnego”. To on przeklina, obraża sędziego, czy krzyczy do kibiców, żeby się „kurwa zamknęli”. Jest w tym tak dobry, że w trakcie turnieju w Acapulco (który zresztą wygrał), Meksykanie zaczęli dopingować Johna Isnera. Sęk w tym, że Isner jest… sympatykiem Donalda Trumpa.

To ten drugi Nick Kyrgios potrafi odpuścić gemy, sety czy nawet całe spotkanie. To on dzieli tenisową społeczność, serwując od dołu (Rafa Nadal uważa, że to brak szacunku dla rywala, Roger Federer twierdzi jednak, że to normalna rzecz i świetna taktyka, gdy przeciwnik ustawia się do returnu daleko za linią). To on powtarza, że „nic nie jest winny fanom”, bo ci nie muszą przychodzić na jego mecze, jeśli nie chcą. To on w trakcie przerwy między gemami z butelką w ręce udaje, że się masturbuje. To jego sędzia musi uczyć, jak działa błąd stóp przy serwisie. To on rzuca rakietę w trybuny, nie zważając na to, czy kogoś nią zrani. To on też rzuca krzesełkiem na kort, butelką w krzesło sędziego czy piłkami gdzie popadnie. To w końcu on mówi, że tenis nie jest dla niego ważny i nie daje mu radości.

A mimo tego na korcie aż tak się nim emocjonuje. Dlaczego?

– Trudno odnieść mi się konkretnie do tego przypadku. Czasami jednak zawodnicy deklarują, że coś nie jest dla nich ważne, że nie zależy im na sporcie lub wyniku. Zdarza się jednak często w takich przypadkach, że jest wręcz przeciwnie – że sport jest dla nich niezwykle istotny i budzi z różnych powodów wiele trudnych emocji. Takie deprecjonowanie znaczenia sportu czy sukcesu, o którym mówi się, że nie jest ważny, bywa bardzo silnym mechanizmem obronnym – mówi Daria Abramowicz, psycholog sportowy.

Więc może Kyrgios faktycznie się broni, a inni po prostu tego nie widzą. Bo, bądźmy szczerzy, patrząc sprzed telewizora, można dostrzec mniej więcej to, co w Nicku widziała Sally Pearson, była australijska lekkoatletka, mistrzyni olimpijska, która w programie „Channel Nine’s Sport Sunday”, ujmowała to tak:

Widzę bardzo sfrustrowanego sportowca i sama staję się sfrustrowana, gdy to oglądam. To rozczarowujące, bo odwraca uwagę od sportu. Rozmawiamy o jego osobowości, nastawieniu. A ja chcę rozmawiać o tym, jak Nick gra. […] Rozmawialiśmy o tym, że połamane rakiety wręczał dzieciom na trybunach. Ale jaki to daje im przykład? Czy to jest w porządku? Nie wiem, czy to właściwa rzecz do zrobienia. Rozmawiałam z innymi zawodnikami, którzy mówili, że Nick to świetny gość. I wspaniale, że taki jest, ale chciałabym widzieć tego więcej na korcie. Nie znam Nicka osobiście, wiem jednak, że potrafi zrobić show również swoją dobrą stroną. Niech więc to jej się trzyma.

Sęk w tym, że Nick Kyrgios nie jest w stanie tego zrobić. I nie chodzi o to, że nie próbuje. Bo jeśli coś w przypadku Australijczyka zaskakuje, to z pewnością jest to jego…

Samoświadomość

Wychodziłem każdej nocy, chodziłem spać o czwartej nad ranem. Grałem, a w torbie miałem ubrania na wyjście. To było szalone. Jeździłem na skuterach wodnych, imprezowałem i wygrałem turniej. Po wszystkim pytałem sam siebie: „Jak?” – mówił Nick w marcu, po wygraniu turnieju w Acapulco. A potem dodawał: – Myślę, że to najlepszy tenis, jaki grałem od dłuższego czasu. Pokazałem na co mnie stać. A ostatnio przechodziłem przez naprawdę trudny okres, walczyłem mentalnie, widywałem się z psychologiem. Mam tylko nadzieję, że jestem dobrym przykładem dla ludzi, którzy mają problemy. Pokonałem Rafę, Stana [Wawrinkę], [Saschę] Zvereva… Naprawdę można przejść przez wszystko.

Sami widzicie – ten gość po prostu jest szczery. Wprost mówi, że imprezował. Wprost, że przechodził przez trudniejszy okres. Wprost, że to było szalone. A nade wszystko potem dodaje jeszcze dwa zdania. Kluczowe. – Myślę, że moja gra to poziom najlepszej 10 rankingu, ale to, co robię poza kortem – mój profesjonalizm, etyka pracy – jest zdecydowanie niżej. Jeśli chcę dostać się do najlepszej 10, muszę to zmienić – mówi. Więc, skoro o tym wszystkim wie, to czemu mu się to nie udaje? Swoją teorię ma Tomasz Lorek.

– Nick kiedyś powiedział, że chciałby być taki jak Sascha Zverev – pod linijkę. Trenować codziennie w określonych godzinach, dobrze się zachowywać. Ale równocześnie chyba zdaje sobie sprawę z tego, że wtedy zaprzedałby duszę diabłu. Bo on boi się utraty naturalności. Jest zadziorny, ma takie „motocyklowe” poczucie humoru, którego tenisowy świat – dążący do elegancji – nie kupuje. Nick trochę bojuje, niepotrzebnie traci na to energię, ale z drugiej strony, jak już ktoś jest tak naturalny, to pozwólmy mu tak naturalnym być. Tak jak kiedyś było z Johnem McEnroe, choć oczywiście on przekuł to na szlemy, a Kyrgios na razie tego nie umie. I może nigdy nie będzie umiał.

Samemu Nickowi zdarzyło się, nawet kilka razy, powiedzieć, że być może miałby już jakiegoś szlema (albo nawet kilka), gdyby był profesjonalistą w pełnym tego słowa znaczeniu. Ale równocześnie mu na tym nie zależy. Bo jeszcze częściej powtarza, że tenisa nie lubi, a gra, bo jest w tym dobry. I tyle. W wywiadach twierdził nawet, że z całego „top 100 wykonuje najmniej pracy”. I nie mamy powodu, by mu nie wierzyć. Nie dba też o ciało. Objada się jedzeniem z fast foodów, gra w kosza w trakcie sezonu, imprezuje i wszystko to relacjonuje w social mediach. A mimo tego potrafi wygrywać turnieje. Nawet te duże.

Wiem, do czego jestem zdolny. Jestem znakomitym zawodnikiem, ale nie robię innych rzeczy. Nie jestem profesjonalistą. Nie trenuję każdego dnia. Musiałbym poprawić wiele rzeczy, żeby doskoczyć na poziom Rafy, Novaka [z którym, co ciekawe, Nick ma dodatni bilans spotkań – przyp. red.] czy Rogera. W tym momencie wiem, że nie jestem w stanie walczyć o tytuł wielkoszlemowy.

Można wręcz dojść do wniosku, że Kyrgios przypomina kogoś uzależnionego. Wie, że powinien zmienić swoje zachowanie. Wie, że postępuje źle. Próbuje podjąć leczenie. Ale mimo tego ostatecznie niczego nie zmienia i twierdzi, że jest mu z tym dobrze. Zapytajmy raz jeszcze: dlaczego tak jest? Tym razem odpowiada Daria Abramowicz:

– Może dzięki temu jest mu nieco „lżej”, bo pozbywa się emocjonalnego balastu? Może jest przekonany, że takie postawy i zachowania pozwalają na poprawę jakości jego gry? Może z kolei istotny jest tu aspekt wizerunkowy? Tu także trudno o odpowiedź na poziomie analizy myśli i emocji. To jednak z pewnością ciekawe, na ile jest w stanie kontrolować swoje zachowanie, a na ile poddaje się impulsom. Może być oczywiście także tak, że są to destrukcyjne sposoby radzenia sobie z bardzo dużym napięciem, które może dotyczyć sportu, zarówno w kontekście tego, co dzieje się na korcie podczas rywalizacji, jak i szerzej, całego funkcjonowania w nim. Czasami może być także związane z aspektami znajdującymi się zupełnie poza sportem – a na korcie widać „efekt”, na przykład właśnie w postaci takich wybuchów.

Nick z różnych powodów współpracował z psychologiem. Nie tylko ze względu na to, co na korcie, ale też i wspomniane rzeczy spoza niego. Sam przyznawał, że ma różne problemy. Nie można więc napisać, że nie myślał o zmianach, że nie próbował. Ale albo te próby nic nie dały, albo ostatecznie doszedł do wniosku, że lepiej służy mu obecna sytuacja. Pytamy więc: czy to możliwe, że Nickowi te wybuchy faktycznie służą? Wspomniany już wcześniej John McEnroe potrafił przecież czerpać z takich motywację do lepszej gry. Raz jeszcze odpowiada Daria Abramowicz:

– Ważna byłaby tu odpowiedź na pytanie, na ile Kyrgios kontroluje to, co robi. Co do zasady, tak impulsywne reakcje emocjonalne odbywają się poza racjonalnymi mechanizmami kontroli. To z kolei sprawia, że trudno nad nimi zapanować i w jakikolwiek sposób „użyć” ich do tego, aby poprawić jakość gry. Czasami, gdy zawodnik zyskuje samoświadomość, nabiera zrozumienia wobec różnych doświadczeń czy mechanizmów, wówczas może z nich korzystać. Po porównaniu wyników, które osiąga Kyrgios, z potencjałem, jakim dysponuje, trudno mówić tu jednak o takiej sytuacji. Nauka regulacji emocji to spore wyzwanie dla każdego, kto zechce nad sobą w tym zakresie pracować. I ta praca jest niezbędna do tego, aby być w stanie świadomie emocjami zarządzać – nawet jeśli ma to polegać na „kontrolowanym wybuchu”.

Trudno też sądzić, że w grze pomagają sytuacje, gdy odpuszcza się mecze. Albo dyskwalifikuje się poprzez wyrzucenie krzesełka na kort. Czy traci punkty za upomnienia od sędziego. A Kyrgios często do tego doprowadza. Na tyle, że stał się przedmiotem rozważań psychologów na całym świecie. Kilku sugerowało na przykład, że Australijczyk po prostu woli popularność od wygrywania. Że cieszy go szum, jaki wokół siebie tworzy. Z drugiej strony jednak sam Nick przyznaje często, że nie lubi mediów i wywiadów, i że wolałby stać w cieniu niż w świetle reflektorów. A każdym takim wybuchem to światło na siebie rzuca.

Jeszcze inna teoria głosiła, że Kyrgios boi się rozczarowania, wynikającego z osiągnięcia bardzo dobrego wyniku i porażki na ostatniej prostej. Wyobraźcie sobie, że tak emocjonalnie reagujący gość dociera do finału Wimbledonu. Presja, oczekiwania, miliony telewidzów, tysiące kibiców w samym Londynie, do tego Australijczycy, wierzący w sukces, na który trochę już w męskim singlu czekają. I porażka. Być może, mówią psychologowie, Nick po prostu wie, że czegoś takiego by nie zniósł. I woli pozbawić się szans na dojście do tego momentu. Ale znów pojawiają się wątpliwości: bo często widzieliśmy Kyrgiosa grającego w meczach z największymi, które rozstrzygały się w samych końcówkach. I często to właśnie w tych kluczowych momentach grał najlepiej.

Oczywiście, że zmagałem się z wieloma rzeczami poza kortem i na nim – mówił pod koniec 2018 roku. – Nie było mi łatwo. Ale widuję się z psychologiem, staram otworzyć się na temat mojego zdrowia psychicznego. Prawdopodobnie zbyt długo z tym zwlekałem. Ale teraz to robię i czuję, że łatwiej mi o tym rozmawiać, nie muszę tego więcej kryć. Chcę po prostu wyjść na kort i cieszyć się sobą oraz tenisem. Mam nadzieję, że gdy wszystko w moim życiu się ułoży, tenis sam o siebie zadba.

Na razie jednak wygląda na to, że Nick jest od poukładania wszystkiego daleki. Przynajmniej na korcie. Ale świadomość posiadania określonych problemów to podobno pierwszy krok do ich rozwiązania. Więc możliwe, że – w perspektywie roku, dwóch lat a nawet pięciu – zobaczymy wreszcie Nicka Kyrgiosa wykorzystującego w pełni swój potencjał.

Wciąż pozostaje jednak jedno pytanie. Bo właściwie czemu wszyscy oczekujemy od Australijczyka zmian? Bo Roger Federer – który za młodu też był buntownikiem – stał się dżentelmenem kortów? Ale to Roger, inny człowiek, nie można tego w ten sposób porównywać. Bo nie chcemy oglądać meczów frustrata? Pełne trybuny na jego spotkaniach mówią co innego. Więc może po prostu….

…pozwólmy mu na to?

Jasne, nie na wszystko. Bo Nick kilkukrotnie przekraczał już granicę. Ale dlaczego mielibyśmy na siłę go zmieniać? Dlaczego nie pozwolić mu być sobą? Sam Groth, jego rodak, już tenisowy emeryt, napisał niedawno w swoim felietonie, że „tenis potrzebuje Nicka dużo bardziej, niż Nick tenisa. On rzuca krzesełkami, butelkami, wyzywa fanów, sędziów, wygrywa tytuły w dziwny sposób, a mimo to ludzie przychodzą na jego mecze. Sam, gdyby akurat w turnieju nie grali Rafa i Roger, kupiłbym bilety właśnie na mecze Kyrgiosa”.

– Bilety na mecze Nicka się sprzedają, ludzie tam chodzą – mówi Tomasz Lorek. – ATP jest przez to pod ścianą. Nie wie, czy Nicka zdyskwalifikować, zabronić mu gry, czy też czerpać z tego korzyści. Bo on przyciąga ludzi, fascynuje ich. Być może jednak poprawność polityczna się tak zakorzeniła, że nie można już tak wyrażać swojego zdania. Ernests Gulbis był traktowany podobnie. Może nie był tak wyrazisty, ale też walił prosto w oczy, krytykował choćby Nadala. Trzeba mieć do tego dużą odwagę, a nikt nie docenia tego, że Gulbis czy Kyrgios, będąc blisko szczytu, dalej zachowali naturalność. Oni kłócą się z tym, że tenisistów formuje się na określoną modłę. Ludzie genialni zawsze będą wyrażali swoje zdanie. Jeżeli będą czuli, że coś cuchnie, to powiedzą, że to cuchnie. Nick to cholernie inteligentny facet. Ale dzisiejszy świat tego nie kupuje, chce ułożonych tenisistów. On z tym walczy. Może się w ten sposób unicestwić i dojść do momentu, że będzie zbyt stary, by osiągnąć sukces. Ale taki jest.

A Nick faktycznie wali prosto z mostu. Nadala określił mianem irytującego i powtarzał, że Rafa jest spoko gościem, ale tylko dopóki wygrywa. Gdy jednak przegrywa, jest zupełnie innym facetem, który narzeka na to, że „Kyrgios nie szanuje jego, fanów i gry”. – Wtedy zastanawiam się, o czym on gada? Grałem dokładnie tak samo jak wtedy, kiedy mnie pokonywał, nic się nie zmieniło. Jestem tą samą osobą, gram tak samo. Nie wiem też, czemu miałbym go automatycznie szanować. Wszystko, co robi, to przebijanie piłki przez siatkę – mówił w odpowiedzi na takie zarzuty Nick. Podobnie zdarzało mu się pojechać po Djokoviciu, który – jego zdaniem – ma „chorą obsesję bycia lubianym. Chce być jak Roger. Wydaje mi się, że chce być tak lubiany, że nie potrafię go znieść”. Poza tym dostawało się m.in. Fernando Verdasco.

Za każdym razem, gdy mam mikrofon, ktoś pyta mnie o Nicka – mówił Andy Roddick, który przecież przesadnie związany z Kyrgiosem czy australijskim tenisem nie jest. – To pokazuje, jak interesującą jest postacią. Myślę, że jest wspaniały dla tego sportu. Jak każdy fan tenisa, chcę go więcej. Chciałbym też, by osiągnął więcej, bo zależy mi na tym sporcie, ale też dlatego, że mam wiele szacunku dla jego czystego talentu.

I tego czystego talentu – jak już ustaliliśmy – Nick ma ogrom. Nie wykorzystuje go w pełni, oczywiście. Być może nie wykorzysta go nigdy, być może kiedyś mu się to uda. Ale zastanówmy się, kiedy będzie to ciekawsze – jeśli zrobi to na warunkach narzuconych mu z zewnątrz, czy jeśli uda mu się to zrobić po swojemu?

A jeśli po drodze rozwali rakietę czy dwie albo powie wprost co myśli o którymś z kolegów po fachu, to cóż – może to po prostu jest cena, jaką musimy zapłacić za oglądanie jego gry?

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

KOMENTARZE (5)