Weszło dało na psy
Weszło

Weszło dało na psy

Dajemy na psy. Hasło, które kojarzy się z donosicielstwem, ale podczas pierwszej rundy Pucharu Polski we Wrocławiu donoszono tylko – by posłużyć się sucharem najwyższych lotów – pieniądze do puszki. Do Pucharu Polski, nie bez powodu zwanego też Pucharem Tysiąca Drużyn, może zgłosić się każdy, każdy może też pokonać w nim wystarczająco dużo szczebli, by trafić na Legię, Lecha czy Wisłę. Do zapisania się wystarczy jedenastu chłopa, trener z licencją Grassroots C, boisko i wypełnienie prostego formularza wydanego przez okręgowy ZPN.

Ręka w górę, jeśli komuś nie marzy się występ w Pucharze Polski. Niby prosta sprawa, a jednak z jakichś powodów niewiele amatorskich drużyn decyduje się na wejście na drogę kończącą się na Stadionie Narodowym. Drużyna SPF Futboholicy to pierwsza wrocławska ekipa amatorów, jaka zgłosiła się do tych rozgrywek w XXI wieku. Grupa zapaleńców z Wrocławia uznała, by przy okazji dać na psy, czyli zebrać środki na funkcjonowanie Oleśnickich Bid, azylu dla zwierzaków. Jak połączyć zebranie 6248 złotych na cel charytatywny z fajną zabawą? By to zbadać wybraliśmy się na mecz SPF Futboholicy – Wratislavia Wrocław.

36565369_1688950067886165_71432478727864320_n 56247805_2078562192258282_5330391161246842880_n

Jak wyobrażasz sobie miejsce, w którym schronienie znajdują niechciane psy? Zamknij oczy. Przez głowę przechodzą ci właśnie smutne klatki, w których pozamykane są zwierzaki zapomniane przez świat. Ujadają, szczekają. Jest ich cała horda. Jeden wielki jazgot. Dostaną raz na kilka godzin michę i to jedyne zainteresowanie, jakim obdarza ich świat. 

Oleśnickie Bidy wyglądają inaczej. W głównej mierze dlatego, że to azyl, a nie schronisko. To dużo więcej niż tylko zbieranie bezpańskich psów z ulicy. Oleśnickie Bidy w większości same odbierają zwierzaki interwencyjnie. Wtedy, gdy spotyka ich przemoc. Wtedy, gdy właściciel nie potrafi zadbać o swojego pupila i bagatelizuje jego ciężką chorobę. Wtedy, gdy pies żyje w warunkach, w jakich nie powinien żyć. Każdy pies jest traktowany indywidualnie. W ośrodku jest więcej wolontariuszy niż zwierząt. 

Opowiada pani Magda, jedna z czterdziestu osób działających w azylu: – Gdy dostajemy od osób prywatnych wiadomość, że gdzieś źle się dzieje w obrębie Dolnego Śląska, jedziemy zweryfikować sytuację. Odławiamy też zwierzęta błąkające się po ulicach, czym kiedyś zajmował się pan hycel. Usilnie ogłaszamy, że znaleziono psa, by trafił z powrotem do właścicieli. Zazwyczaj się udaje. Często ludzie zgłaszają na przykład, że ktoś gdzieś umarł, jakiś starszy właściciel i pies zostaje bez opieki. Dostajemy też zgłoszenia, że koty się mnożą, a właściciel nie jest w stanie o nie zadbać, więc zabieramy je ze skrajnych warunków, leczymy, bo zazwyczaj są chore i szukamy domu. Mamy behawiorystkę, która ocenia nasze zwierzęta i domy, do których mogą trafić. Frekwencje mamy bardzo dobrą, wiele psów znajduje domy.

– Jak wygląda taka interwencja? Osoby, którym się odbiera zwierzaka, nawet jeśli traktują go w straszny sposób, stawiają opór?

– Wtedy potrzebujemy pomocy policji. Dostajemy zgłoszenie ze zdjęciem czy filmem, najpierw sami jedziemy ocenić sytuację. Jeśli sytuacja jest trudna i ktoś jest oporny, prosimy o pomoc służby. Ostatnio w taki sposób odebraliśmy psa z wioski pod Oleśnicą, gdzie w złych warunkach żyły też konie. Byłyśmy w kropce, bo nie mamy takich warunków, by zabrać konia, który – jak mówił weterynarz – musiał być natychmiast dostarczony do Wrocławia na operację. Współpracujemy z innymi organizacjami, więc zgłosiłyśmy to fundacji Centaurus, która zabezpieczyła konie, a my zabrałyśmy psa. Właściciel nie dbał o te zwierzęta. Mamy też na swoim koncie rozbicie dużej pseuodohodowli w 2017 roku, gdy wraz z innymi organizacjami odebraliśmy jednemu panu 65 psów i 20 owiec. Do tej pory sprawa toczy się w sądzie.

– Czym jest pseudohodowla?

– Niby hodowlą, w której psy są sprzedawane bez rodowodu, tam akurat też bez szczepień, chore wręcz. Skrajne warunki. To była głośna sprawa, mówiły o nas Polsat i TVN, można odszukać. Myślałyśmy, że tam po prostu jest dużo psów, a na miejscu okazało się, że pan sobie je produkował. I to pan radny, postać znana w okręgu Oleśnicy. Do tej pory ciągnie się ta sprawa. Przez dwa lata te zwierzęta są na domach tymczasowych, ich prawnym właścicielem wciąż jest pan niby hodowca, ale na pewno już do niego nie trafią. Jak trafią, będziemy się odwoływać. Są też takie sytuacje, że ktoś jest nieporadny życiowo, żyje w skrajnej biedzie, ale chce jak najlepiej opiekować się zwierzakiem. Wtedy pomagamy finansowo. Przywozimy budę, dowozimy karmę.

– Zdarza się też przemoc?

– Mamy też takie sytuacje, gdy ktoś się znęcał nad zwierzęciem. Ostatnio odebrałyśmy owczarka niemieckiego księdzu. Amputowałyśmy psu łapę, bo żył z wielkim guzem, a ksiądz latami nie widział w tym problemu. Dostałyśmy wezwanie i to był po prostu dramat. Niestety pies nie przeżył. Ostatnie miesiące był u nas i zaczął super funkcjonować, myślałyśmy, że to się dobrze skończy.

– Nasza praca polega często na leczeniu zwierzęcia, gdy właściciel nie jest w stanie tego zrobić, dlatego robimy różne zbiórki, zrzutki na skrajne przypadki. Jeśli to są podstawowe rzeczy typu odrobaczenie, szczepienia czy wychudzenie, dajemy radę. Dostajemy karmę od firm. Współpracujemy z weterynarzami, dzięki czemu płacimy za zabiegi mniejsze pieniądze. Wszystko kręci się wokół pieniędzy, nie ukrywam. Każdy grosz jest potrzebny. Cztery lata temu byłyśmy maleńką grupką kilku bab, które próbowały coś zrobić. W tej chwili działamy prężnie i solidnie. Oczekiwania ludzi są coraz większe, chcą żebyśmy były wszędzie i coś zrobiły.

– Jakie są moce przerobowe azylu? Ile zwierzaków może pomieścić, ile osób się opiekuje?

– Mamy swój wolontariat, w skład którego wchodzi ogólnie 40 osób, także młodzież. Zaczęłyśmy od kawałka ziemi, który dostałyśmy od gminy. Postawiłyśmy prowizoryczne 4-5 boksów i przyjmowałyśmy te zwierzęta, które trafiały do hycla. Ten do tej pory posyłał je do schroniska w Raciborzu, ale od 2015 roku żadne zwierze z Oleśnicy tam nie trafiło. Po krótkim czasie gmina odmówiła nam miejsca, zaczęła coś na nim robić. Przeniosłyśmy się na ziemię wydzierżawioną przez ludzi, po roku kupiłyśmy kawałek swojej ziemi.

– Za własne pieniądze?

– Tak, uciułałyśmy, nazbierałyśmy od darczyńców. Jesteśmy już na swoim. Inwestujemy. Postawiłyśmy profesjonalne kojce, wybiegi dla psów. Dostajemy pomoc od firm i piszemy różne projekty, by móc dostać pieniądze. Mamy 15 kojców, czyli miejsce na docelowo 17-18 psów. Wspólnymi siłami co roku coś stawiamy. W tej chwili został nam kawałek ziemi do ogrodzenia. Będzie tam boks eksperymentalny, w którym będą żyły ze sobą te zwierzęta, które mogą ze sobą żyć. Trafiają do nas też staruszki, które mają marne szanse na dom, chociaż skuteczność mamy dużą, już któryś z kolei trafił do nowej rodziny. Usilnie szukamy i ogłaszamy, gdzie się da, by psy i koty miały domy. Mamy też psy, które są dożywotnio na domach tymczasowych. Należy do nich na przykład pies, który ma silną padaczkę. Pan, u którego jest psiaczek, wysyła nam tylko SMS-a, że leki się kończą, a my wtedy je dowozimy wraz z karmą, bierzemy na badania. Najważniejsze, że jesteśmy u siebie i czujemy stabilizację, że już nikt nas nie wyrzuci.

– Jak mogą wam pomóc ludzie z Gdańska, Warszawy, Krakowa? Znalazłem na stronie, że jest coś takiego jak wirtualna adopcja.

– Tak, polega ona na tym, że ktoś wybiera danego zwierzaka i wpłaca na niego cyklicznie określoną kwotę. Może zawsze zadzwonić i zapytać, co u niego słychać, ja zawsze udzielę wszystkich informacji. Jeśli ktoś chce się czegoś dowiedzieć, zawsze można do mnie zadzwonić (numer na dole artykułu – przyp. red.) czy odnaleźć nas na Facebooku.

– Wiadomo już na co zostanie przeznaczona uzbierana kwota?

– Grodzimy resztę terenu i jesteśmy jeszcze bez prądu i bez wody. To priorytet, bo póki co wozimy psom wodę w baniakach pięciolitrowych. Mamy też baniaki po tysiąc litrów, które uzupełniamy dzięki uprzejmości straży pożarnej i ta woda służy nam do mycia kojców. Marzy nam się prąd, porządne myjki ciśnieniowe, do tego dążymy. Zimą bez tego będzie dramat.

***

Na stadion przy Sztabowej docieram kilka godzin przed rozpoczęciem spotkania. W oko od razu rzuca się potencjalna wymówka wysokiej porażki – sztuczna murawa. W powietrzu unosi się klimat amatorskiej piłki, ale takiej robionej na poważnie. Jest grill z kiełbasą i karkówką, stoiska z rękodziełem i frykasami dla zwierząt, do występu szykują się tancerki. Na wejściu trzeba kupić cegiełkę. Koszt – jeden cołask wrzucony do puchy oklejonej vlepkami z logiem “Dajemy Na Psy”.

Redakcja Weszło otrzymała jednak akredytację prasową. Typ akredytacji: taka, żeby bigos był.

DSC04695

– Sprawdziliśmy, czy możemy przejść do historii. Największa porażka w oficjalnych rozgrywkach to 34:0. Wszystko poniżej 20:0 będzie na plus.

Jak w amerykańskim filmie, wszystko zaczęło się od wielkiego wydarzenia. W tym przypadku był to mecz Piaska Potworów z SF Fairantem Kraków. Opowiada Michał Mączka, groundhopper, organizator: – Jak zobaczyliśmy, że jadą pół Polski by zagrać ze sobą mecz, wiedzieliśmy, że i do nas przyjadą. Wracaliśmy w dobrych humorach, padł pomysł, by zrobić turniej. Gdy chłopaki obudzili się po tym wyczerpującym dniu przypomniałem im, co wymyśliliśmy. Szacunek dla kolegów współorganizatorów, bo bez zająknięcia się przystąpiliśmy do działania.

Tak powstał Futboholik Cup, zimowy turniej halowy, pierwsza charytatywna inicjatywa Futboholików. Udział wzięła cała plejada amatorskich drużyn – Naprzód Świbie, Bar Ulubiona ETV Warszawa, Muchobór Wrocław, LKS Niedźwiedź, SF Fairant Kraków, Muchobór Wrocław, Piasek Potworów. Zbierano wpłaty, ale też zorganizowano kilka licytacji: bitwa toczyła się o wyjazd na derby Belgradu, występ w La Liga Loca czy ostatni złoty medal Śląska Wrocław za mistrzostwo Polski w koszykówce. Udało się zebrać wówczas ponad 21 tysięcy złotych na fundację opiekującą się chorymi na szpiczaka.

Michał Mączka: – Oszaleliśmy po tym wyniku. Powiedzieliśmy sobie, że jeśli zbierzemy pięć tysięcy złotych, to będzie wow. 

Suma robi wrażenie, można mówić o dużym sukcesie, więc chłopaki postanowili iść za ciosem i zrobić też coś latem. Promocja meczu pucharowego odbyła się z grubą pompą. Powstał specjalny hashtag #DajemyNaPsy, który krążył od wielu tygodni na Twitterze, promując internetową zrzutkę. Udało się przekonać do pomocy Piasta Gliwice…

 

Śląsk Wrocław…

 

Nakręcić własny film promocyjny…

Zaprosiliśmy także do WeszłoFM.

D-zsWlwXUAAiOv5

Maciejo Szczęsny, twitterowy memiarz, organizator: – Chcemy przez nasze inicjatywy pokazać, że trzech anonimów może zrobić coś fajnego. Nie mamy ojców w spółkach skarbu państwa, nie jesteśmy medialni. Jesteśmy tylko zajawkowiczami, którzy pewnego dnia stwierdzili, że chcą coś takiego zrobić. Jeśli się zbierzecie w kilka osób – a polecam w kilka, więcej pomysłów się pojawia – możecie przenosić góry. Po zimowym turnieju zaczęły pojawiać się firmy, które chcą nam pomóc, byśmy nie musieli wykładać wszystkiego ze swoich pieniędzy.

Michał Mączka: – Futboholik Cup zorganizowaliśmy za nasze pieniądze. Teraz ktoś zauważył, że potrafimy zrobić coś dobrego.

Mateusz Rył, człowiek orkiestra w Muchoborze Wrocław, organizator: – Historia jest bardzo prosta. Na turnieju koszykówki chłopców do 9 lat poznałem pana Tomasza z firmy Alba i opowiedziałem o naszej działalności. Powiedział, że to super sprawa i chce się zaangażować. Potem była druga, czwarta, piąta osoba i udało się nawiązać współpracę. Dla nas to ogromna firma, ale tam też pracują ludzie.

Dla dużej firmy, zarażonej pozytywną energią, to ułamek budżetu na promocję, dla drużyny amatorów wszystko – boisko, stroje, wszelkie opłaty związane z organizacją.

***

Sponsor jest, boisko dograne, nazwa wymyślona. Brakuje jeszcze tylko jednego – trzeba ściągnąć jednego z dostępnych na karuzeli trenerów.

Wybór padł na kobiecą myśl szkoleniową, czyli Zuzę Walczak, którą możecie kojarzyć z działań w PZPN-owskim departamencie Grassroots. Zuza papiery trenerskie ma jeszcze świeże, ale już porusza się po środowisku z gracją starej wygi. Wiedziała, że poprowadzenie Futboholików może zakończyć się rychłym zwolnieniem i jeszcze przed meczem zaklepała sobie posadę asystenta w Okęciu Warszawa.

DSC04701

– Jaką taktyką podejdzie pani trener do meczu?

Zuza Walczak: – Przede wszystkim autobus. Nie ma co się oszukiwać, nie jesteśmy faworytem, co stawia nas też w dobrej sytuacji, bo możemy sprawić niespodziankę. W to wierzę, bo wierzę w swój zespół. Za wiele nie mogę zdradzić, bo jesteśmy przed meczem. Ale zaczynamy od autobusu.

– Z jakiego wyniku będziesz zadowolona?

Sprawdzałam przed meczem, jaki jest rekord Polski: 0:34.

– Wszystko poniżej rekordu na plus?

– Oczywiście. Pamiętajmy, że to drużyna przyjaciół, niezrzeszona, grają ze sobą od kilku tygodni. To zbieranina fajnych ludzi, ale nie piłkarzy, którzy trenują ze sobą regularnie. Na pewno zabraknie zgrania. Ale myślę, że będzie fajna zabawa. Najważniejsze, by każdy pograł i wszyscy byli zdrowi. Mogę zadeklarować, że wejdą wszyscy. Kilka osób odpadło nam przed rozgrywkami, między innymi Kasia Sołtys, w której pokładaliśmy duże nadzieje, bo na treningu była jedną z lepszych, jeśli nie najlepszą.

– Chodzą słuchy, że niektórych można było spotkać przed meczem na mieście o późnych porach. Trener weryfikowała te plotki?

– Ufam swoim zawodnikom, że zrobili wszystko, żeby się profesjonalnie przygotować do meczu. Wiem, że poszli spać wcześniej niż zazwyczaj. Wiele to dla mnie znaczy.

***

DSC04720

Pierwsze trudy meczu widoczne już na rozgrzewce. 

DSC04699

– Dlaczego drużyna się nie rozgrzewa?

Michał Mączka: – Drużyna jest rozgrzana.

– Dzień przed czy w dniu meczu?

– Mogę mówić tylko za siebie. I moja odpowiedź brzmi: pomidor. To wszystko, co mam do powiedzenia.

– Jak się odnajdujesz w realizowaniu taktyki autobus?

Świetnie. Kocham to. Jestem orędownikiem defensywnego futbolu. Jestem pierwszym człowiekiem na ziemi, który broni triumfu Greków na Euro 2004. Piłka ma 160 lat i od zawsze jej elementem jest obrona. A jak wszyscy czegoś nie lubią, to ja to lubię.

***

DSC04697

– Widziałem, że pan Dominik robił piętki na rozgrzewce. Nie boisz się, że wystrzelasz się z najlepszych zagrań?

Dominik Piechota: – Tego akurat nie, bałem się tylko, że wybiegam na rozgrzewce wszystko, co mam. Jak widać pojawił się, jak to się mówi, element potu. Wie pan, ja jestem piłkarz techniczny, ofensywny. Wiem, że taktyka jest defensywna. Po prostu nikt już mi nie chciał zaproponować kontraktu, więc poszedłem do zespołu defensywnego. Trener mnie lubi, więc liczę, że dostanę parę minut. Wygrywamy razem, przegrywamy razem, vamos Futboholicy.

– Postarasz się przemycić hiszpańskiego ducha na pucharowe boiska?

– Tak. Obiecuję, że minimum trzy zagrania będą takie, że publiczność wstanie i będzie klaskać. Nawet jeśli przegramy 0:20, to będzie to taki smaczek. Menedżer jest na miejscu i już nagrywa. Mam nadzieję, że negocjuje już kontakty dla mnie. Niech pan pisze dobrze o mnie, to zaprosimy pana na wycieczkę!

***

DSC04756 DSC04723

Wratislavia Wrocław to rywal o wiele bardziej renomowany. Ponad 20-letnia tradycja, wrocławska A-klasa. Szykowało się grube lanie dla Futboholików.

Ale lania nie było, defensywna taktyka zdała egzamin. Do przerwy Futboholicy przegrywali tylko 0:2, co w szeregach drużyny przyjęto za bardzo dobry rezultat.

– Czy 2:0 to niebezpieczny wynik?

Michał Mormul: – Tak, niebezpieczny.

– Czego się obawiasz?

– Że z 2:0 zrobi się 3:0. Ale nie obawiam się tego, bo drużyna funkcjonuje dobrze, szczególnie po moim zejściu. Prawdę mówiąc myślę, że każdy z nas jest zadowolony z wyniku. Oni grają w A-klasie, u nas większość gra swój pierwszy oficjalny. Nawet jak się skończy 0:5, to i tak będzie spoko.

– To prawda, że na boisku rozglądałeś się za ambulansem?

– To prawda. Mniej więcej od 13. minuty zacząłem to robić. Niestety go nie było.

– Jaka była druga myśl?

– Zacząłem się rozglądać za sznurem. Nie było, więc myślałem, że może padnę na boisku. Ale nie padłem! Dzięki temu będę mógł napić się teraz izotonika. Dziękuję pani trener, że w porę mnie zdjęła z boiska. Jeszcze dwie minuty i mogłoby być różnie, a na trybunach są moi rodzice, więc byłoby im pewnie przykro, gdybym padł.

– Jak się czujesz z tym, że koledzy zrobili ci szpaler?

– Jestem wzruszony, że moja trwająca 30 minut kariera piłkarska została doceniona.

***

DSC04704

Mecz Futboholików uświetnił występ między słupkami prezesa dolnośląskiego ZPN-u, Andrzeja Padewskiego. Nota? Najwyższa z drużyny, prezes zszedł z czystym kontem, popisał się jedną świetną paradą. Nie bez znaczenia przy tym wyczynie jest fakt, że na boisku wytrzymał tylko trzy minuty. 

Prezesie, co się stało w trzeciej minucie? Długie przygotowania i szybkie rozczarowanie.

– Nawet bardzo długie przygotowania. Rower, pływanie, bieganie, treningi indywidualnie z Tomkiem Kuszczakiem.

– Aż tak?

– Oczywiście. Ja to traktuję poważnie. Podczas rozgrzewki poczułem lekkie ciągnięcie. Niestety, musiałem dać spokój. Natomiast wykreowaliśmy nową gwiazdę, bramkarza, który bronił zdecydowanie lepiej, niż gdybym stał ja. I fajnie, bo na kontuzji niektórych bramkarzy korzystają zmiennicy, a potem łapią klatkę do końca życia.

– Z czego wynika fakt, że w historii DZPN-u tak rzadko zdarza się, by drużyna amatorów przystąpiła do Pucharu Polski?

– Odkąd ja pamiętam, drużyny amatorskiej nie było. To dla nas do zastanowienia, dlaczego tak się dzieje. Być może sprawimy, że w przyszłości kolejne drużyny amatorskie będą się zgłaszać. Marzeniem byłoby 50 drużyn amatorskich, wówczas amatorzy graliby na amatorów. Dziś zagraliśmy z A-klasą i wyszło jak wyszło. 0:10, nowy kierunkowy do Wrocławia.

– Na Dolnym Śląsku są bardzo rozwinięte rozgrywki lig biznesu i oldboyów. Może to przyczyna, dlaczego tak się dzieje? Na pewno w przyszłym roku wystartują już sędziowie, bo to zadeklarowali. Fajnie byłoby, gdyby każde środowisko mogło taką drużynę wystawić. Zaprosimy służby mundurowe, księży, strażaków, policjantów. Pomyślimy o tym, jak to rozwinąć.

Pech prezesa okazał się szczęściem dla… kierowcy Ubera. W kadrze Futboholików był tylko jeden bramkarz, prezes właśnie. Maciej Szczęsny jadąc na stadion zamówił transport. Los chciał, że kierowcą okazał się jego kolega, bramkarz. Od słowa do słowa padła propozycja, by przyjechał na mecz i wszedł na boisko w drugiej połowie. Odstawił więc samochód, udał się na stadion i wszedł już w 3. minucie. Co więcej – został zawodnikiem meczu. Mimo że po piłkę schylał się dziesięć razy, wybronił przy tym kilka setek.

***

DSC04706

Porażka 0:10 musiała zakończyć się – jak to w polskiej piłce – zwolnieniem trenera i dyrektora sportowego.

– Zuza, dlaczego już żegnasz się z posadą?

– To jeszcze nic pewnego. Na razie wiem, że dyrektor sportowy podał się do dymisji, ale za chwilę pewnie ja też polecę. Czemu? Nie wiem. Wszyscy są zadowoleni, dobrze się bawili. Nie rozumiem decyzji zarządu. Póki co jej nie komentuję.

– Mówi się, że nagrałaś sobie już drugą fuchę.

– Tak, znam rynek trenerski i wiem, jak się zabezpieczyć.

– Jak oceniasz wynik?

– Gdybyśmy mieli swojego podstawowego bramkarza, wyglądałoby to zupełnie inaczej.

– Jak bardzo przeszkodziła sztuczna murawa?

– Przeszkodziła, bo póki co trenowali na naturalnej. Dla wielu był to pierwszy kontakt ze sztuczną murawą. No i sędziowie, było widać, że są przychylni drugiej drużynie.

– Pogoda?

– Pogoda akurat pomogła, bo deszcz nasz schłodził. A tak serio, nie będziemy szukać wymówek. Jesteśmy drużyną amatorów, fajnych ludzi, którzy sami się zorganizowali i chcieli zagrać w oficjalnych rozgrywkach. Rywalem była drużyna, która dobrze sobie radzi w lidze, ma regularne treningi. My wyszliśmy z serduchem, oni z przygotowaniem. Rezultat oddaje to, co się działo na boisku, ale nie oddaje dobrej zabawy. Wszyscy zeszli zdrowi, to najważniejsze. Teraz zabawa i piwko.

– Z ławki słyszałem głównie “wybij”, w myśl polskiej szkoły trenerskiej.

– Normalnie bym nie krzyczała i mam nadzieję, że w mojej karierze nigdy nie będę tego musiała robić. Ale dziś sytuacja była taka, że głównie zależało nam na oddalaniu gry. Trzeba się dostosowywać. Wielu z chłopaków zakładało, że da radę tylko 45 minut. W przerwie podchodzę i słyszę: “Nie, dam radę cały mecz”. Łamali swoje ograniczenia i to było bardzo fajne.

DSC04754

Karol Młot, rzecznik prasowy Piasta Gliwice i dyrektor sportowy Futboholików, po meczu pożegnał się z posadą. Na szczęście tylko z jedną. 

***

– Dominik, miał być transfer i co?

– Zupełnie inaczej sobie to wyobrażaliśmy. Nie zrealizowaliśmy założeń pani trener. Nie tak sobie to układaliśmy w głowie. Nie byliśmy w stanie zneutralizować przeciwnika, który był bardzo dobrze dysponowany. Oni na sztucznej murawie grają znacznie częściej niż my.

– Czyli jednak najpopularniejsza wymówka ostatnich tygodni.

– Sny o pucharze polski musimy odłożyć o rok. Ale jestem przekonany, że wrócimy silniejsi. Wieczorem jest kolejny mecz na after party, więc trzeba podnieść głowy. Rywal jeszcze nie jest znany, prawdopodobnie będzie nim alkohol.

Michał Mormul: – Pozwolę sobie się wtrącić, jeśli chodzi o potyczki z tym rywalem, mamy znacznie większe doświadczenie niż na sztucznej murawie.

– Liczy się dla nas tylko najbliższy przeciwnik. Mam nadzieję, że wrócimy silniejsi.

***

DSC04757 DSC04752

– Co się czuje po takim meczu, wiedząc, że dzięki zwykłemu kopaniu w piłkę przez 90 minut udało się zebrać ponad sześć tysięcy?

Michał Mączka: – Zajebistą satysfakcję. I mega lekkość, bo organizacji było dużo. Jeszcze nawet dziś jeździłem po jakiś przedłużacz, którego nam zabrakło. Zadzwoniłem w czwartek o fakturę o boisko, a pani powiedziała, że nie ma nas w systemie rezerwacji. Trzeba było dzwonić, gdzie się da, by to w ogóle to zorganizować. Taki stres, że – jak mówił Grzegorz Skwara – mnie po prostu rozsadza. Teraz jest taki moment, że jak patrzę w lustro, mam zajebistą satysfakcję. Schodzi całe ciśnienie, przeradza się w pozytyw. Moment, w którym mieliśmy dwie szanse w meczu był wielką radością, serio. Sekunda dłużej i strzeliłbym bramkę, ale presja słowa “napierdalaj” zrobiła swoje. Są minusy, ale ciężko powiedzieć, że coś było nie tak, skoro zrobiliśmy coś dobrego. To utarty slogan, ale każda złotówka się liczy.

– Z wyniku na boisku jesteś zadowolony?

– Gdyby Wratislavia zagrała pierwszym garniturem, byłby większy. Nie próbuję się oszukiwać, oni nie chcieli nam tego zrobić, było to czuć. Docenili, co zrobiliśmy i sami się włączyli do akcji. Doszli do dychy i widocznie to był ich cel. Gdyby musieli wygrać 30:0, wygraliby 30:0. Szeroko rozgrywali, zrobili sobie trening gry w przewadze i nie dali nam strzelić bramki.

– Jesteś zadowolony z frekwencji?

– Mierzyłem w trzysta osób, było dwieście. A jeśli coś zakładałem, chciałem ten cel spełnić. Nie cierpię się usprawiedliwiać, bo zalatuje europejskimi pucharami, ale mecz pucharowy jest trudniejszy niż zimowy turniej. Chociażby dlatego, że nie przyjechały zaprzyjaźnione drużyny Fajrantu, Ulubionej czy LKS Niedźwiedź, bo grały swoje mecze. Padał deszcz, zawsze może padać. Jest to trudniejsze, ale z drugiej strony za rok kolejne wyzwanie, jak poprawić tę liczbę. Dwieście osób to nie jest najgorszy wynik. Zbiórka jest proporcjonalnie dużo wyższa niż frekwencja. Średnio każdy uczestnik imprezy dał ponad 30 złotych. Do puszki wpadło więcej banknotów niż monet. Sprawdziliśmy też już, że było więcej dwudziestozłotowych banknotów niż pięciozłotówek.

– Napędziło to was do większych turniejów?

– Śmiejemy się, że zimą zrobimy Copa America, bo będziemy mieli 12 drużyn. Z tą różnicą, że nie będzie u nas tego absurdalnego systemu rozgrywek. Dzisiaj podeszło do mnie kilka osób i powiedziało, że w następnym turnieju też chcą zagrać. Krok po kroku, może za rok zgłosi się przynajmniej 4-5 drużyn, jak w Warszawie, gdzie Radek z Katrtoflisk super to rozkręcił i czapki z głów dla niego. Zawsze miałem takie marzenie, by zrobić z pierwszej rundy Pucharu Polski coś na zasadzie Wielkiej Orkiestry Piłkarskiej Pomocy. By pierwsza runda w całej Polsce oznaczała zbieranie kasy. To mój cichy pomysł, który chciałbym wdrożyć w ciągu kilku lat. Wiele wody w Wiśle upłynie, zanim to by się mogło stać.

DSC04711 DSC04758

***

Na piłkę amatorską robi się moda i takie akcje jak Dajemy Na Psy pokazują, jak duży potencjał w niej drzemie. Przecież każde miasto, nawet każda wieś, ma swoją lokalną społeczność, ma ludzi z pozytywną energią, gotowych do działania. Zgłoszenie drużyny do Pucharu Polski to bułka z masłem. Ogarnięcie boiska, strojów i zainteresowanie ludzi to już zadanie nieco trudniejsze, ale wciąż jest w stanie zrobić to każdy.

Jeden mecz i ponad sześć tysięcy złotych dla zwierzaków, przyczynienie się do bieżącej wody i prądu dla nich, a przy tym świetna zabawa, okazja by się spotkać, integracja. Zapewniam – tak trzeba żyć.

JAKUB BIAŁEK 

Jeśli chcesz pomóc Oleśnickim Bidom, możesz skontaktować się przez FANPAGE lub STRONĘ INTERNETOWĄ. Telefon do pani Magdy: 531 111 336.

DSC04767

KOMENTARZE (4)