Bełchatów odczarowany. Szok! Raków nie tylko gra, ale też wygrywa
Weszło

Bełchatów odczarowany. Szok! Raków nie tylko gra, ale też wygrywa

W meczu z Cracovią Raków Częstochowa był drużyną lepszą, skończyło się 1-3 w ryj. W meczu z Górnikiem Zabrze Raków Częstochowa była drużyną lepszą, skończyło się 0-1 w ryj. W meczu z Lechią Gdańsk Raków Częstochowa był drużyną lepszą, skończyło się… No, tym razem ekipa Marka Papszuna w ryj nie dostała, bo trzy takie porażki z rzędu byłyby już frajerstwem nawet w przypadku beniaminka, który pokornie płaci frycowe. Rakowowi w końcu udało się zdobyć trzy punkty u siebie w Bełchatowie i przy okazji zrewanżować się Lechii za półfinał Pucharu Polski z poprzedniego sezonu. 

Co oznacza, że „był drużyną lepszą”? W naszej definicji mieści się pomysł na grę, jej prowadzenie i kreowanie sobie sytuacji strzeleckich. To wszystko było po stronie ekipy z Częstochowy, ale wcześniej brakowało jej skuteczności, a także koncentracji, bo to głównie z jej braku brały się głupie błędy, które rywale wykorzystywali. To często nie było nawet wyrachowanie szachisty po stronie przeciwnika – Raków po prostu rozwijał przed nim czerwony dywan, dawał drinka do łapy i zapraszał do strzelenia gola.

Dziś przeciwko Lechii, która w pierwszych czterech kolejkach nie przegrała, było trochę inaczej. Jeszcze w pierwszej minucie machnął się Petrasek, na co nie był przygotowany Flavio, ale później Lechia została sprowadzana do parteru, a rywal na niej usiadł i wyprowadzał kolejne ciosy.

Choć dość długo goście skutecznie je blokowali, również za sprawą Kuciaka, który popisywał się świetnymi paradami. Przez chwilę można było nawet pomyśleć, że niechybnie szykuje nam się powtórka z rozrywki. Że za moment Lechia wyprowadzi kontrę/Azemović przelobuje Gliwę z 30 metrów (jest do tego zdolny)/bramkarz beniaminka sam wrzuci sobie piłkę do bramki. Cokolwiek, byle moglibyśmy powiedzieć o „typowym Rakowie”.

No ale nie tym razem. Częstochowianie wyszli na prowadzenie po tym, jak Fila nie sięgnął długiej piłki, a Szczepański wyłożył ją do pustaka Brownowi Forbesowi. A na początku drugiej części gry ślepy los oddał Sapale to, co zabrał mu w Zabrzu – chłopak walnął z wolnego w mur, ale futbolówka odbiła się od Nalepy i wpadła do siatki obok bezradnego Kuciaka.

2-0 to, jak wiadomo, niebezpieczny wynik, ale tym razem udało się go dowieźć. Choć ze dwa zarzuty sporego kalibru do drużyny Papszuna mamy. Po pierwsze – koncentracja po zdobytym golu. Dziś chwilę po trafieniu Forbesa wyrównał Sobiech, gospodarzy uratował tylko minimalny spalony. A zaraz po drugim golu kontaktową bramkę powinien ustrzelić Flavio, lecz kapitalną interwencją popisał się Gliwa. Druga sprawa to Azemović. Ma w sobie ten piłkarz coś takiego, że patrzysz na niego i wiesz, że prędzej czy później coś odwali. Trzymanie go w składzie jest więc sporym ryzykiem, na szczęście dla Rakowa dziś odwalił później. Już w doliczonym czasie gry, w kompletnie niegroźnej sytuacji z gracją słonia po wylewie zahaczył w polu karnym Sobiecha i sędzia wskazał na wapno.

Gol samego poszkodowanego oznaczał nerwówkę, ale jakoś wybronili się częstochowianie. W poprzednim sezonie chcieli mieć na rozkładzie trzy „elki” – udało się z Lechem, Legią, ale polegli z Lechią. Teraz mogą się poprawić, pierwszy krok już został postawiony, za tydzień podejmą Lecha, a następnie pojadą na Legię. W teorii terminarz wyjątkowo zły, ale teoria z ekstraklasową logiką często przegrywa przez nokaut w drugiej rudzie.

screencapture-207-154-235-120-mecz-259-2019-08-18-19_32_36

Fot. 400mm.pl

KOMENTARZE (12)